Wyrównywanie szans kosztuje. Ale czy ktoś nie chce, aby Gdańsk był miastem równości?

Kampania „Gdańsk Miastem Równości” w 2022 roku pochłonęła blisko 500 tys. złotych. Ma ona przypominać o tym, że każdy w mieście, niezależnie od wieku, płci, pochodzenia, sprawności, orientacji czy sytuacji ekonomicznej – zasługuje na szacunek i pomoc.
Dariusz
Szreter
4.11.2022 / 15:36

Czy Gdańsk jest miastem progresywnym? Co to w ogóle znaczy? Czy są w mieście poważne siły, które sprzeciwiają się polityce równości i czy jest ona w ogóle potrzebna?

Gdańszczanie wybierają inaczej niż Putin

Dr hab. Mariusz Czepczyński, geograf kultury, profesor UG, przyznaje, że Gdańsk jest miastem w coraz większym stopniu progresywnym, czyli idącym do przodu (łac. pro – naprzód + gradi – iść). Jako symbol tej drogi wskazuje przemianę Pawła Adamowicza, który w 2005 zakazał organizacji Wiecu Równości, a 12 lat później sam poprowadził Marsz Równości. Wygłosił wtedy emocjonalne przemówienie, w którym mówił: „Jak słyszycie, że ktoś jest zboczony, że ktoś jest zepsuty, to powiem tak: ten jest zboczony, który sieje nienawiść (…). My jesteśmy najnormalniejsi na świecie”.

Pytany o to, czy to władze miasta inicjują zmiany, stosują - jak to często lubią mówić konserwatyści - inżynierię społeczną, czy też raczej odpowiadają na oddolne zapotrzebowanie społeczne, prof. Czepczyński mówi o efekcie synergii.

Mariusz Czepczyński

- Czasami to samorząd jest liderem, a czasami lokalni liderzy stymulują i popychają miasto w wielu sferach. Samorząd uczy się wielu rzeczy od mieszkańców.

A, że nie wszystkim się to podoba?

Amerykański socjolog David Riesman mówił, że są dwie grupy społeczeństw: jedne są zorientowane na teraźniejszość i przyszłość, inne są zorientowane na przeszłość - tłumaczy prof. Czepczyński. - Mam wrażenie, że wiele społeczności lokalnych, w tym zdecydowana większość mieszkańców Gdańska, patrzy i idzie ku przyszłości. Natomiast inne grupy społeczne, neokonserwatywne są zapatrzone w tradycję i w przeszłość. Marsz w kierunku przeszłości jest drogą w tył, jakkolwiek by tego nie nazywać. To chyba musimy to nazwać regresem (łac. re tył + gradi iść).

Dr hab. Mariusz Czepczyński
geograf kultury, profesor UG

Mam wrażenie, że wiele społeczności lokalnych, w tym zdecydowana większość mieszkańców Gdańska, patrzy i idzie ku przyszłości. Natomiast inne grupy społeczne, neokonserwatywne są zapatrzone w tradycję i w przeszłość. Marsz w kierunku przeszłości jest drogą w tył, jakkolwiek by tego nie nazywać. To chyba musimy to nazwać regresem

Pytany o to, co z tymi, którym kierunek rozwoju miasta nie odpowiada, naukowiec ma jedną receptę: uczyć powoli i edukować, że nie zawrócimy kijem Wisły, nie wrócimy do początków XX wieku.

Myślę, że najlepszym elementem uczenia się o tym jest pokazywanie całego kontekstu przeszłości: że jak chcemy wrócić do czasów lat 1930., czy do lat sprzed pierwszej wojny, to pamiętajmy jak wtedy wyglądała sytuacja zdecydowanej większości społeczeństwa, która nie miała praw obywatelskich. Niemal wszędzie dotyczyło to kobiet. W niektórych krajach Żydów albo katolików. Dzieci nie miały żadnych praw: praktycznie można było spokojnie bić, pewnie nawet zabić pod groźbą niewielkiej kary. Wiele osób było głodnych, chorych. Nie było mieszkań socjalnych, opieki lekarskiej. Ludzie ginęli, masowo emigrowali. Jak chcemy wrócić do tamtych czasów, to bierzemy cały pakiet. Proces uzmysławiania ludziom, że to chyba nie był idealny świat, że teraz większości z nas żyje się dużo lepiej, to chyba najlepsza recepta.

Jako przykład społeczeństwa, gdzie górę wzięło spojrzenie w przeszłość, prof. Czepczyński wymienia putinowską Rosję, która społecznie się uwstecznia.

Przygotowuję teraz recenzję świetnej książki „Przyszłość sowieckiej przeszłości” o tym, jak obecnie w Rosji pisze się od nowa historię. Nie mówi się o zbrodniach Stalina, tylko się podkreśla jego wielkie osiągnięcia, zwłaszcza zwycięstwo nad Hitlerem. W efekcie w niektórych miastach pojawiają się pomniki Stalina.Czy to ma być dla nas wzór? – pyta retorycznie. – Bo moim zdaniem to jest ślepy zaułek.

Eliminować przyczyny, a nie reagować na skutki

Dr Anna Strzałkowska z Uniwersytetu Gdańskiego, przewodnicząca I kadencji Gdańskiej Rady ds. Równego Traktowania, nie ma wątpliwości, że Gdańsk jest w czołówce miast progresywnych w Polsce.

W 2016 przyjęliśmy Model integracji imigrantów, a w 2018 Model równego traktowania. To były pierwsze w Polsce samorządowe polityki równości – przypomina i jednocześnie zwraca uwagę, że obecnie odchodzi się od myślenia w kategoriach reagowania na skutki dyskryminacji, na rzecz takiego projektowania usług miasta, by nikt nie był wykluczony. Miasto progresywne analizuje, a potem eliminuje przyczyny nierównego traktowania zanim do niego dojdzie.

Takie podejście zakłada przyjęcie perspektywy praw człowieka. Zmienia metodę projektowania usług publicznych pod kątem tego, na ile każda usługa, każda polityka w mieście jest włączająca, nikogo nie eliminuje – mówi dr Strzałkowska.

Anna Strzałkowska

Przyznaje, że wyrównywanie szans będzie kosztowało, ale z drugiej zaniechanie go będzie rodziło jeszcze większe koszty.

To nie jest tak, że oszczędzamy, nie wspierając równości. Oszczędzamy właśnie wtedy, gdy włączamy ludzi w świat społeczny, gospodarczy, kulturalny czyli kiedy nie pozwalamy na wykluczenie. Kiedy ktoś może pracować, nawet jeśli jest osobą z niepełnosprawnością, kiedy jednostka nie jest wyrzucana z pracy za swoją transpłciowość albo bycie gejem czy lesbijką. Wtedy koszty są mniejsze, aniżeli wtedy, kiedy jest cały czas na zwolnieniu, zasiłku, albo jest w kryzysie bezdomności bo został wypchnięty poza nawias społeczny – przekonuje socjolożka. – Na szczęście mamy się od kogo uczyć. W sieci miast praw człowieka są Wiedeń, Barcelona, Graz i wiele innych, a Agencja Praw Podstawowych UE, wydaje aktualnie przewodnik w języku polskim jak to praktycznie robić. Przewodnik uwzględnia naszą pomorską perspektywę, bo polską członkinią zespołu eksperckiego ds. miast praw człowieka jest Marta Siciarek, koordynatorką polityki migracyjnej naszego Urzędu Marszałkowskiego.

Dobra kampania, gorzej z infrastrukturą

Jolanta Banach przewodnicząca ruchu miejskiego Lepszy Gdańsk, przyznaje, że model na rzecz równego traktowania i Gdańskie Centrum Równego Traktowania, to są mocne, namacalne dowody, przynajmniej retorycznie, na progresywność obecnych władz miasta. Ma jednak dużo uwag do tego, jak ten model jest realizowany w praktyce.

- Mam wrażenie, że on jest bardzo obecny w sferze świadomościowej, deklaratywnej, w kampanii społecznej – zauważa. – Są citylighty, billboardy, jest dużo ogłoszeń w autobusach. Tego rodzaju reklamy na rzecz równości są bardzo cenne i pożądane, ale ja odwróciłabym hierarchię, bo mnie brakuje czegoś, co nazwałabym infrastrukturą dla realizacji postulatu równości.

Przez infrastrukturę rozumie to, co pozwala w różnych kryzysowych sytuacjach nie wykluczać ludzi o odmiennej orientacji seksualnej, niepełnosprawnych, starszych wiekiem. I takich praktycznych rozwiązań, zdaniem Jolanty Banach, dramatycznie brakuje.

- Nie ma wystarczającej liczby mieszkań ze wsparciem. Usługi środowiskowe w miejscu zamieszkania są niskiej jakości. Od wielu lat rośnie cena godziny usług opiekuńczych, podczas gdy kryteria dochodowe, od których zależy odpłatność, nadal są niskie. Dość powiedzieć, że dzisiaj dwie godziny usług opiekuńczych dziennie przez miesiąc, dla osób niezdolnych do samodzielnej egzystencji, to jest 600 złotych, a więc połowa najniższej renty. A przecież niepełnosprawność w modelu na rzecz równego traktowania jest właśnie wymieniona jako ta przesłanka, która wyklucza, i którą miasto będzie bardzo uwzględniać w swojej polityce – wylicza Jolanta Banach.

Kazimierz Koralewski
przewodniczący klubu PiS w Radzie Miasta Gdańska

Mamy zasady współżycia społecznego, które o tej równości świadczą. Stąd wszystkie te inicjatywy wydają się troszeczkę, można powiedzieć, na wyrost. Bo to sugeruje, jakby równości nie było. Niektóre środowiska tak uważają, ale ja twierdzę, że taka równość jest: bez względu na płeć, czy na cokolwiek.

Wśród innych ograniczeń liderka Lepszego Gdańska wymienia brak mieszkań, w tym także interwencyjnych, które są nieraz absolutnie potrzebne i kiedy okazuje się, że osoba na przykład nieheteronormatywna jest wyrzucona z domu.

Zdaniem Jolanty Banach model na rzecz równego traktowania zyskał duże poparcie i duże zrozumienie ze strony gdańszczan, o czym świadczą jednoznacznie ich wybory polityczne.

- Myślę, że idea miasta równościowego nie jest obca nawet tej tak zwanej opozycji prawicowej, tylko im się wszystko pomieszało. Jak oni zobaczyli w modelu na rzecz równego traktowania przesłankę taką, jak orientacja psychoseksualna, to się od razu zafiksowali, nie rozumiejąc do końca, że osoby nieheteronormatywne wymagają wsparcia w codziennym funkcjonowaniu. Nie słyszałam natomiast, żeby jakikolwiek prawicowiec kwestionował konieczność szczególnego uwzględniania wieku, niepełnosprawności w politykach miejskich, czy w polityce krajowej.

Nie sugerujmy, że nie ma równości

- Wszyscy jesteśmy w Polsce równi wobec prawa – mówi Kazimierz Koralewski, przewodniczący Klubu Prawa i Sprawiedliwości w gdańskiej Radzie Miasta. - Mamy zasady współżycia społecznego, które o tej równości świadczą. Stąd wszystkie te inicjatywy wydają się troszeczkę, można powiedzieć, na wyrost. Bo to sugeruje, jakby równości nie było. Niektóre środowiska tak uważają, ale ja twierdzę, że taka równość jest: bez względu na płeć, czy na cokolwiek.

Pytany o kwestie dostępności niektórych miejsc czy usług np. dla osób niepełnosprawnych radny zauważa, że to są kompetencje i odpowiedzialność gminy.

Kazimierz Koralewski (pierwszy z prawej)

- Powinniśmy się czuć, jako społeczeństwo, zobowiązani do tego, żeby pomagać tym, którzy tej pomocy potrzebują. Nie szydzić z tego, że im się coś nie udało, bo w życiu się różnie składa. Są choroby, różnego rodzaju nieszczęścia i tak dalej. Wspólnota powinna się opiekować tymi, którzy są słabsi i pomóc im z tego wyjść. Mamy to wpisane w naszych statutach, mamy to wpisane w ustawę. W związku z tym, czego nam jeszcze trzeba? Pustych deklaracji o pomaganiu, równości i tak dalej? Nie, trzeba podejmować decyzje i pomagać.

Kazimierz Koralewski zapewnia jednocześnie, że nie sprzeciwia się przyjmowaniu programów mówiących o zagwarantowaniu mieszkańcom równości, czy przeciwdziałaniu dyskryminacji, o ile nie zawierają innych tez czy sformułowań, z którymi on nie może się zgodzić. Wówczas, zgodnie z regułami demokracji, wyraża swój sprzeciw. Ale, jak mówi, nie chodzi z katalogiem takich spraw w pamięci, w związku z czym nie poda konkretnych przykładów.

- Jeżeli ktoś zaproponuje coś, co się nie zgadza z moim światopoglądem, albo z moją religią, to oczywiście sprzeciwiam się i tylko tyle - kończy radny PiS.

Jolanta Banach
Lepszy Gdańsk

Myślę, że idea miasta równościowego nie jest obca nawet tej tak zwanej opozycji prawicowej, tylko im się wszystko pomieszało. Jak oni zobaczyli w modelu na rzecz równego traktowania przesłankę taką, jak orientacja psychoseksualna, to się od razu zafiksowali, nie rozumiejąc do końca, że osoby nieheteronormatywne wymagają wsparcia w codziennym funkcjonowaniu

Widzę ogromne poparcie dla polityki równości

- Bycie progresywnym to dosyć szerokie pojęcie, w zależności od tego, kto go używa: od ekologii, poprzez kwestie równościowe, po sprawy medyczne. Jeśli mówimy o kwestiach równości w Gdańsku, czyli Modelu na rzecz równego traktowania, to jest tam sześć przesłanek: dotycząca niepełnosprawności, wieku, genderowa, czyli związana z płcią, dotycząca nieheteronormatywności, religii i światopoglądu oraz pochodzenia narodowego, etnicznego i koloru skóry – wyjaśnia na początku rozmowy Monika Chabior, zastępczyni prezydent Gdańska do spraw rozwoju społecznego i równego traktowania. - Pracuję na tym stanowisku od grudnia 2020 roku i nie mam wrażenia, że agenda równościowa jest jakoś szczególnie kontrowersyjna. Odwrotnie, widzę ogromne poparcie dla polityki równości, chociażby wyrażonej w Marszu Równości, który z roku na rok jest coraz większy (w tym roku przyszło 10 tys. osób), a kontrmanifestacje są mikre. Nie widzę też kontestacji programu in vitro. Raczej wszyscy się cieszą z niezwykle pozytywnego wyniku – już niemal 600 dzieci urodziło się w Gdańsku dzięki temu wsparciu. Jeśli chodzi o kwestie imigrantów, to za wyjątkiem tego jednorazowego dziwnego wydarzenia, w którym przez pół godziny uczestniczyło kilka osób, to raczej widzimy ogromną solidarność mieszkańców z uchodźcami.

Monika Chabior

Monika Chabior zwraca też uwagę, że gdańska polityka równościowa oraz ta dotycząca imigrantów, zostały przygotowane w długim i głębokim, oddolnym procesie, z wykorzystaniem zarówno panelu obywatelskiego, jak i konsultacji społecznych, a więc są bardzo ukorzenione demokratycznie.

- Standardy pracy z osobami LGBT+ w pomocy społecznej i w urzędzie zostały wypracowane we współpracy ze stowarzyszeniem Tolerado, które zresztą pozyskało na to środki zewnętrzne. Ale to nie jest żadna „agenda progresywna”, tylko ważne narzędzie pracy urzędników, pracowników socjalnych, psychologów i psychoterapeutów z osobami, które do nich przychodzą i potrzebą pomocy. To jeden z warunków zapewnienia dobrego życia mieszkańcom, którzy mają różne potrzeby. Różnorodność jest cechą społeczeństwa, normą, a nie postulatem. Natomiast jeśli chodzi o usługi opiekuńcze, to owszem, można sobie wyobrazić sytuację, w której samorząd przeznacza większe środki na zadania z tego obszaru, i pewnie każdy z nas chciałby, żeby takie środki były. Natomiast o ile nie było to łatwe wcześniej, tak teraz, przy całkowitej reorganizacji sposobu dzielenia się podatkami, które wprowadził Polski Ład, zwiększanie zakresu usług jest niemal niemożliwe.

Wesprzyj nas,

aby mieć wybór, alternatywę i dostęp do obiektywnej, wiarygodnej i rzetelnej informacji.
BEZ PROPAGANDY

Zawsze Pomorze Logo

 

ZAPRENUMERUJ E-WYDANIE

Zaprenumeruj

Komentarze