(fot. Uniwersytet SWPS)

Żadna inna partia do elektoratu PiS nie dotrze. Jedynie wnuki mogą przekonać dziadków, by nie wspierali sabotażu kraju

Ordynacje wyborcze i czas przeprowadzenia wyborów można zmieniać w stosunku do następnych wyborów, a nie "pod siebie". Jest to oczekiwanie wobec polityków, którzy mają na uwadze dobro kraju i jakość demokracji - mówi prof. Radosław Markowski, socjolog, politolog z Uniwersytetu SWPS oraz Polskiej Akademii Nauk
Dorota
Abramowicz
22.06.2022 / 07:00

Czy należy brać poważnie kuluarowe doniesienia, że wybory parlamentarne odbędą się jesienią tego roku?
Poważnie i niepoważnie. Zważywszy, że w 2016 r. PiS podeptało demokratyczne reguły gry i nadal trzyma się tej niechlubnej tradycji - wszystko jest możliwe. W Konstytucji powody rozpisania wcześniejszych wyborów są ściśle określone. Jest to chociażby nieuchwalenie budżetu lub wojna na terenie Polski. Nie wiadomo jednak, czy prezydent, który nabrał ostatnio przekonania, że warto być przyzwoitym politykiem, na to się zgodzi. Andrzej Duda stwierdził, ze wybory powinny się odbywać w konstytucyjnych terminach. Nie wiem, czy żartował.

Politycy PiS mówią, że wybory samorządowe zostaną odsunięte na mocy przygotowywanej właśnie ustawy.
Musiałbym zobaczyć najnowsze badania, ale niewykluczone, że władza uważa, iż przegra wybory samorządowe. Jednak jedną z fundamentalnych zasad demokracji jest to, że nie zmienia się reguł gry i terminów pod nadchodzące wybory. Ordynacje wyborcze i czas przeprowadzenia wyborów można zmieniać w stosunku do następnych wyborów, a nie "pod siebie". Jest to oczekiwanie wobec polityków, którzy mają na uwadze dobro kraju i jakość demokracji. Gdy się tego nie ma na względzie, wszystko jest możliwe.

Czy ewentualne wcześniejsze wybory mogą wynikać z sondaży, pokazujących pogarszające się nastroje społeczne?
Jeśli się patrzy na omawiane przez komentatorów badania procentowego wsparcia, ich kontynuacja pokazuje trendy. Wynika z nich, że PiS-owi spada, choć bardzo niewiele. Oprócz procentów liczą się także liczby bezwzględne. PiS utrzymuje ponad 30 proc. poparcia przy zmniejszającej się bezwzględnej liczbie wyborców, gdyż najprawdopodobniej spada też – w liczbach bezwzględnych – poparcie dla opozycji.

Dlaczego?
Bo opozycja, która nie potrafi się dogadać, także nikogo specjalnie nie przekonuje. Za to złą wieścią dla PiS nie są odpowiedzi na pytanie, kto na kogo zagłosuje, ale ocena bieżącej polityki. Jak oceniana jest przyszłość kraju - gospodarcza, polityczna. Tu pogorszenie wizji przyszłości jest bardzo znaczące. Eksperyment klientelistyczny z przekupywaniem grup osób, które nie czytają, nie śledzą spraw publicznych, cieszą się z zasobności własnej kieszeni, nie troszcząc się o jakość sfery publicznej, o służbę zdrowia czy przedszkola, spowodował zapaść gospodarczą z celowo nakręconą przed dwoma laty inflacją. Teraz inflacja wymknęła się spod kontroli, z 500 plus zrobiło się 220 plus, a starsi, zagubieni ludzie dostają "trzynastki"i "czternastki" z pieniędzy, które są coraz mniej warte. To widać po cenach w sklepach. Propaganda z ulotkami z porównywającymi ceny benzyny u nas i w innych krajach przestaje działać.

Gdzie doprowadzi nas to trzymanie społeczeństwa za puls i lawirowanie za nastrojami wyborców? Nie wpadniemy do czarnej dziury?
Czarna dziura już jest w postaci wielustet miliardów złotych wyprowadzonych poza budżet. Kiedy pojawi się nowa władza, ujawni kreatywną księgowość, wszystkie przekręty, wyprowadzanie pieniędzy do różnych funduszy. Zadłużenie jest gigantyczne. Kraj, który mądrością pana z Żoliborza miał gonić Niemcy, nie inwestuje. Nie mówiąc już o sabotażowym zachowaniu w 2016 roku, gdy polikwidowano nieliczne wiatraki, bo nie były polskie, tylko skandynawskie. Obiecano budowę farm wiatrowych na Bałtyku, i na obietnicach się skończyło... Dziś  znów powracają do idei wiatraków. Nie mówiąc już o karach płaconych za dziwactwa w praworządności. Licznik bije. Mamy jeszcze oszczędności, jeszcze da się, przez wysoką inflację i zyski z grabienia obywateli Polski przez Orlen i inne spółki Skarbu Państwa pozatykać niektóre dziury, ale katastrofa nadchodzi.

prof. Radosław Markowski
socjolog, politolog z Uniwersytetu SWPS oraz PAN

Kiedy pojawi się nowa władza, ujawni kreatywną księgowość, wszystkie przekręty, wyprowadzanie pieniędzy do różnych funduszy. Zadłużenie jest gigantyczne. Kraj, który mądrością pana z Żoliborza miał gonić Niemcy, nie inwestuje.

To, co pan mówi, nie trafia do części wyborców. Może dlatego, że rządzący na tyle dobrze ich zbadali, by wiedzieć, co ludzie chcą usłyszeć i jak do nich mówić?
Dopowiedzmy sobie parę rzeczy. Naukowe badania nad czytelnictwem książek w Polsce pokazują, że dwie trzecie Polaków nie przeczytało ani jednej książki w roku. W Polskim Generalnym Studium Wyborczym, analizującym zachowania wyborcze Polaków, patrzyliśmy na te dane poprzez elektoraty poszczególnych partii. Przy średniej krajowej wynoszącej ponad 60 procent, w elektoracie PiS 80 proc. wyborców nie sięga w ciągu roku po słowo pisane w formie książki. Elektorat ten składa się w dwóch trzecich z ludzi na emeryturze, a spośród głosujących na PiS także dwie trzecie ma wykształcenie podstawowe. Osoby te mieszkają głównie w małych miejscowościach. To nic złego, ja mam obowiązek opisywać elektoraty, ale nigdy w historii demokratycznej Polski do 2015 r. nie zdarzyło się, by jedna partia polityczna miała tak nieprawdopodobnie społeczno-demograficzne skrzywienie w kierunku ludzi będących poza rynkiem pracy, nie wytwarzających dochodu narodowego, nie będących kołem zamachowym gospodarki poza tym, że kiedy dostają pieniądze, to wydają je na konsumpcję. Skoro te osoby nie czytają, trudno się dziwić, że wystarczy im przekaz z Żoliborza. Po drugie PiS używa gigantycznych, publicznych pieniędzy, by analizować społeczeństwo i dzięki temu ma rozeznanie co ludzie myślą w nawet w najmniejszej miejscowości. To jest ta wielka przewaga nad opozycją.

Opozycja nie "wsłuchuje się w elektorat"?
Prawdopodobnie opozycja ma dużo mniejsze możliwości robienia takich pogłębionych badań. Wszystko się bierze stąd, że klasa średnia, wykształceni Polacy, będący za liberalno-demokratyczna, kosmopolityczną Polską, też nie są bez winy. To, co dzieje się w Polsce od 2015 r. jest selektywną demobilizacją. Wówczas 5 mln 700 tys. Polaków na 31 mln uprawnionych do głosowania oddało głos na Prawo i Sprawiedliwość. To 18,8 proc. , które zafundowało sobie większościową, 51-procentową frakcję w parlamencie. W 2019 r. było to nieco ponad jedna czwarta, ale nadal wyraźna mniejszość. Krótko mówiąc - Polacy o zdecydowanie odmiennych niż PiS poglądach są w zdecydowanej większości. Wydawało się im, że cokolwiek robi się w tym kraju, oni się dobrze mają. Niech PiS z sędziami robi co chce. W innych krajach demokratycznych ludzie by wyszli na ulicę i na niej zostali, póki nie doprowadzono by do przywrócenia porządku konstytucyjnego w kraju. U nas nic takiego nie nastąpiło.

Co musiałoby się wydarzyć, by stali wyborcy PiS zmienili poglądy?
Szkoda na to czasu. Po co koncentrować się na 18 proc. przekonanych, gdy obok jest 82 proc. przekonanych do czegoś innego? Nie ma sensu inwestowanie wielkich pieniędzy w ludzi, będących de facto sektą polityczną. PiS sobie ich znakomicie zdefiniował jako ludzi uważających, że 500 czy 300 zł idących do kieszeni jest ważniejsze, niż miliardy złotych przekazanych na poprawę systemu ochrony zdrowia, transport publiczny, żłobki. Polak jest sprywatyzowany do cna. Nie rozumie czym jest dobro publiczne, kultura kontraktu. Zadaniem opozycji powinno być mobilizowanie tych 82 procent, by poszli do wyborów. Drugim sposobem oddziaływania na starszych, zagubionych ludzi jest, by młode pokolenie - wnuczki i wnuczkowie - poszli do kochających i kochanych dziadków. I nie jak w 2007 r. "zabrali babci dowód", ale spokojnie , krok po kroku wytłumaczyli, jak przyszłość będzie wyglądać, jeśli tacy ludzie nadal będą rządzić Polską. I poprosili, by dziadkowie nie rujnowali ich przyszłości. Czyli klimatu, finansów publicznych, uniwersytetów. Żadna partia do elektoratu Prawa i Sprawiedliwości nie dotrze. Jedynie ci młodzi ludzie mogą przekonać starszych, by nie wspierali sabotażu kraju.

Czy start opozycji w jednym lub dwóch blokach byłby szansą na zwycięstwo w wyborach?
Wszędzie na świecie, kiedy chce się organizować wielką koalicję, robi się badania, wyrusza z nimi w kraj. I przekonuje się elektorat przykładowego Hołowni, dlaczego w jego okręgu trzeba będzie głosować na elektorat Lewicy. W Polsce mamy z tym problem. Interpretowaniem opinii publicznej zajmują się wyłącznie socjologowie, co nie ma sensu, gdy przechodzi się do spraw politycznych. Wspólnota wyborcza liczy zaledwie 50 procent całego dorosłego społeczeństwa. W związku z tym trzeba wykonać tytaniczną, wielką, inteligentną pracę, by przekonać piaskownicę liderów, w której każdy walczy swoją łopatką, by mieć jak najwięcej. Aby odpowiedzieć na pani pytanie, musiałbym mieć swoje badania, a nie opierać się na tym, co Kantar pokazał. Podstawowym problemem tego typu sondaży jest zdefiniowanie tych, którzy pójdą do wyborów.A tego polskie ośrodki badania opinii publicznej nie potrafią robić. By sensownie mówić o koalicjach, trzeba umieć ustawić badania tak, by uchwycić sensowne zależności. W prowadzonych przez nas badaniach rok temu widać było, że elektorat Hołowni i Platformy Obywatelskiej jest ze sobą synergiczny. Kiedy PO miała 24 proc. a Hołownia 16 proc., to razem mieli 40 proc. Pokazuje to brak wzajemnej niechęci i możliwość połączenia tych partii bez żadnych strat. Inne łączenia PO z Lewicą czy PSL pokazywały, że np. 20 i 10 proc. nie dawało 30 procentowego poparcia, tylko 28 procent. Trzeba jednak takie badania dziś przeprowadzić. I dokładnie tam, gdzie są problemy, na dodatek nie ogólnopolskie, ale regionalne, przywództwo partii przegrywającej w danej miejscowości powinno pojechać w teren, by wytłumaczyć swoim wyborcom, dlaczego mają głosować na inną partię z koalicji.

Jeśli jesienią miałyby się odbyć przyspieszone wybory, trudno będzie opozycji odrobić tę lekcję.
Uważam, że już jest za późno, nawet na wybory w trybie konstytucyjnym. To jest długa, ciężka praca związana z jeżdżeniem po terenie, rozmowami, przekonywaniem ludzi. W stosunku do wyborów jesienią 2023 r. dawno temu powinna już zapaść decyzja w sprawie jednej czy dwóch list opozycyjnych. Politycy już dawno temu powinni byli ruszyć w teren.

Wesprzyj nas,

aby mieć wybór, alternatywę i dostęp do obiektywnej, wiarygodnej i rzetelnej informacji.
BEZ PROPAGANDY

Zawsze Pomorze Logo

 

ZAPRENUMERUJ E-WYDANIE

Zaprenumeruj

Komentarze