Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Kaszubskość jest fundamentalną częścią mojej tożsamości, a polskość z niej wyrasta

Kaszubskość jest fundamentalną częścią mojej tożsamości, a polskość z niej wyrasta - mówi Jan Wyrowiński, prezes Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskie w rozmowie z Mariuszem Szmidką.

Jak mówi Pan „Kaszuby” to myśli…

Myślę Brusy, ale myślę również Chojnice, bo jestem z tego absolutnie dumny. Jestem absolwentem liceum, które kontynuuje tradycje tego chojnickiego gimnazjum, które przeszli niemal wszyscy wielcy Kaszubi. Mam na myśli Jana Karnowskiego, działacza kaszubskiego i regionalistę, Floriana Ceynowę, językoznawcę i działacza kaszubskiego, Hieronima Derdowskiego, poetę kaszubskiego i działacza polonijnego, Stanisława Kujota, duchownego i historyka Pomorza i wielu innych. Można by tak ciągnąć całą długą listę. To właśnie Chojnice miały to wielkie szczęście, iż na ich terenie powołano jedną z najstarszych pomorskich szkół średnich. Była ona ogniskiem kultury umysłowej na Pomorzu.

Kiedy Pan sobie uświadomił, jak ważne to było miejsce?

Niestety, dopiero niedawno. Teraz wiem, że to była kuźnia talentów, z której wywodzi się wielu działaczy kaszubskich. Na przykład Florian Ceynowa, twórca pisowni kaszubskiej i pierwszych kaszubskich utworów literackich, zwany „budzicielem Kaszub”. Ten syn chłopa ze Sławoszyna właśnie w Chojnicach spędził dziesięć lat za namową brata. Tam się kształtował, tam się formował i tam spotykał kolegów. Choć nie był pierwszym, który podjął sprawę języka i tożsamości Kaszubów, jak też nie on pierwszy pisał po kaszubsku, to jednak do niego przypisane jest pierwszeństwo na drodze tworzenia kaszubskiego języka literackiego. Przez długi czas nie byłem tego świadom.

No tak, ale skoro teraz jest Pan w pełni świadomym Kaszubą z matki i ojca, to zastanawiam się, jak określiłby Pan swoją tożsamość. Nieżyjący już śp. prof. Brunon Synak, były prezes ZKP, w jednym z wywiadów powiedział mi, że czuje się polskim Kaszubą i kaszubskim Polakiem. A Pan?

No cóż, ja swoją tą pierwszą tożsamość, czyli kaszubską, odkryłem dopiero w czasach „Solidarności”. W czasie, kiedy Polska była wzmożona, kiedy wszyscy nawzajem nagle zaczęliśmy się odnajdywać. Kiedy nagle dostrzegliśmy, że jest ktoś obok i ma swoje korzenie, swoje miejsce, z którym się identyfikuje. Zaczęliśmy się spotykać i o tym rozmawiać. A to sprawiło, że poznawaliśmy siebie nawzajem i odkrywaliśmy siebie. Zupełnie inaczej niż w czasach poprzednich. I tak sobie wtedy uświadomiłem, że jestem Kaszubą. I to się stało za sprawą Lecha Bądkowskiego. Jak teraz to czuję, to kaszubskość jest fundamentalną częścią mojej tożsamości. Moja polskość z niej właśnie wyrasta.

A czy to Pana zaangażowanie w działalność opozycyjną, okupione potem internowaniem, włączenie się w działalność solidarnościową, społeczno-kulturalną na rzecz Kaszub wypływało również z tradycji rodzinnych?

Tak. Jak teraz na to patrzę, to myślę, że obudziło się we mnie wraz z tożsamością kaszubską także zobowiązanie wobec jednego z członków mojej rodziny. Był to urodzony w Piechowicach kuzyn mojej mamy – Alojzy Bruski, kapitan Armii Krajowej, dowódca największego oddziału partyzanckiego w Borach Tucholskich, pseudonim „Grab”. Został on 17 września 1946 roku stracony we Wronkach. I ta historia rodzinna, która przez lata całe była opowiadana szeptem kolejnym pokoleniom, jakoś tam za mną szła. Miałem ją z tyłu głowy. Wzbudzała wciąż naturalne pytanie: „gdzie tu jest sprawiedliwość?”. Stracono człowieka, który tak się poświęcał dla ojczyzny, a przez podkomendnych był traktowany niemal jak święty. Był osobą o wyjątkowej szlachetności. To, obok wspomnianych doświadczeń na studiach, wpłynęło mocno na postrzeganie przeze mnie całego systemu społeczno-politycznego ówczesnej Polski. Narastał we mnie sprzeciw i chęć zmiany naszego życia na lepsze. Chciałem po prostu Polski, która była w snach mojego wuja. To bardzo mnie motywowało. Potem, gdy dowiadywałem się, że mój pradziadek Wojciech Wyrowiński był we władzach pierwszego Banku Spółdzielczego w Brusach, utwierdzałem się w przekonaniu, że kroczę właściwą drogą. To zakorzenienie w tradycji rodzinnej dawało mi stolemową moc.

Która szybko doprowadziła Pana na najwyższy szczebel zarządzania w Zarządzie Głównym Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskim i już w 1994 roku został Pan prezesem tej największej na Pomorzu społeczno-kulturalnej organizacji pozarządowej. A 2 grudnia minęło 65 lat od jej powołania…

Tak, choć było to poprzedzone sporym doświadczeniem pracy społecznej w naszej organizacji. Bo od połowy lat 80-tych byłem członkiem Zarządu Głównego ZKP (86-89). Wtedy prezeską była śp. Izabella Trojanowska, liderka, działaczka i współautorka (razem z Różą Ostrowską) „Bedekera kaszubskiego”. Spotkania u niej w mieszkaniu z udziałem wybitnych działaczy kaszubskich: Tadeusza Bolduana, Stanisława Pestki, Jerzego Kiedrowskiego, Józefa Borzyszkowskiego, Zbigniewa Talewskiego były niezwykłe, dostarczały wiedzy, dawały poczucie współtworzenia wspólnoty i wizji rozwoju naszej organizacji. Ta formuła bardzo mi odpowiadała, bo pokazywała, że tutaj działanie na rzecz społeczności kaszubskiej bierze się z potrzeby serca. Tu nie było żadnego koniunkturalizmu, żadnej kalkulacji. Widać było wyraźnie, że ludzie mają poczucie misji i chcą to robić.

Jak Pan patrzy z perspektywy czasu na kondycję Zrzeszenia, to czy jego status silnego, wpływowego gracza na Pomorzu i w kraju został utrzymany, czy jednak nadszarpnięty? Bo ten podział polityczny na dwie Polski, widać także wśród członków organizacji.

Trudno to ocenić urzędującemu prezesowi. Ale mam przekonanie, że kondycja ZKP jest dobra. W obecnej rzeczywistości społeczno-politycznej byłoby niemożliwe, aby czynny polityk krajowy został prezesem ZKP. W tamtym czasie to nie przeszkadzało w rozwoju organizacji, a wręcz pomagało w realizacji naszych celów kaszubskich. Obecna kadencja ma charakter kontynuacji i rozwoju. Bo Zrzeszeniu nie jest potrzebna rewolucja, my jesteśmy organizacją konserwatywną, w dobrym tego słowa znaczeniu. Szanujemy stabilność instytucji, ale jednocześnie podejmujemy decyzje o zmianach, analizując okoliczności, i jeśli takie zmiany są potrzebne, to odpowiednie decyzje są podejmowane. W ten sposób zrzeszenie funkcjonowało od samego początku, czyli od 1956 roku. Zrzeszenie jest organizacją masową, i dla intelektualistów, i dla ludzi, którzy utrzymują się z pracy własnych rąk. Ta formuła w dalszym ciągu obowiązuje. Mam nadzieję, że takie podejście sprawi, iż ZKP będzie rosło w siłę, skupiając ludzi w różnym wieku, różnych zawodów i z różnych środowisk.

Jaki dzisiaj jest pomysł na działanie ZKP? Jaką macie strategię rozwoju, ochrony języka kaszubskiego, angażowania się w budowanie społeczeństwa obywatelskiego?

Myślę, że na II Kongresie Kaszubskim, który odbywał się na początku lat 90-tych, był omawiany taki punkt „Zrzeszenie a polityka”. Ja współprowadziłem go z Tadeuszem Bolduanem. Tam padły otwarte pytania, czy Kaszubi powinni mieć własną partię i otwarcie włączyć się w kształtowanie polityki państwa nawet na poziomie parlamentarnym. I wówczas zdecydowanie i zgodnie odpowiedzieliśmy sobie, że nie. Że nie chcemy zakładać własnej partii. Że więcej da się załatwić, jeśli się ma swoich ludzi, Kaszubów w różnych partiach. Ta formuła została tam bardzo wyraźnie wyartykułowana i znalazła się potem w dokumencie końcowym, uchwale kongresowej. I ona jest dalej oczywiście aktualna. A po drugie, ja sam jestem absolutnie przeciwny upartyjnianiu Zrzeszenia. Po prostu. Tu jest miejsce dla społeczników, którzy w sercu mają miłość do „tatczëzny”, chcą podtrzymywać tradycje kaszubskie, chronić i rozwijać język kaszubski. Czas pokazał, że ta formuła wówczas przyjęta i realizowana, daje nam więcej korzyści. Będziemy trwali i się rozwijali.

A jak dzisiaj wygląda sytuacja wewnątrz Zrzeszenia? Mam na myśli stosunek do drugiej organizacji kaszubskiej, czyli Jednoty, a także do tych dwóch ścierających się nurtów: kaszubocentrycznego i polonocentrycznego. Jaki nurt jest dzisiaj dominujący w ZKP?

Napięcia wokół tematów, które Pan wskazał są obecne w ruchu kaszubskim od początku, od czasów Floriana Ceynowy. On miał stanowisko bardzo radykalne w kwestii statusu Kaszubów, ale pojawił się Hieronim Derdowski, który już miał inne, łagodniejsze spojrzenie na tę kwestię. Ja wychodzę z takiego założenia, że nas Kaszubów jest zbyt mało – od 300 do 500 tysięcy - byśmy skupiali się na jałowych sporach i spersonalizowanych emocjach, które nas dzielą. Tutaj trzeba skupienia wokół spraw, które łączą i wzajemnego szacunku. Mam na myśli choćby rozwój języka, strategię jego rozwoju i zadbanie, by na kierunku Etnofilologia kaszubska na UG było - każdego roku - co najmniej tych 25 studentów. Bo dla naszej społeczności znalezienie takiej liczby młodych Kaszubów, którzy zdecydują się na te studia, jest problemem. Trzeba ich zachęcać i przekonać, że warto w tak jednoznaczny sposób związać się z Kaszubami, by potem nieść ten kaganiec oświaty i edukować kolejne pokolenia Kaszubów. Warto wokół tego zjednoczyć siły.

I w tej kwestii, jestem przekonany, że jest to możliwe. Ale czy da się połączyć siły i przekonać wszystkich działaczy, że słuszna jest formuła, w ramach której wszystkie grupy regionalne: Kaszubi, Kociewiacy, Borowiacy, Krajniacy mają swoje miejsce w ZKP? Bo artykułowane jest przekonanie, że rozmywa ona tożsamość kaszubską, a więc jądro organizacji…

Ja myślę, że ta formuła jednak wzbogaca ZKP, a nie go rozmywa. A Kaszubi zawsze będą najbardziej wyrazistą grupą w ramach organizacji. To oczywiste. Obecne ZKP odzwierciedla całe Pomorze, tak jak to widział jeden z jego założycieli, czyli Lech Bądkowski. Ukazywał on tę naszą wspólnotę o skomplikowanej historii w sposób szerszy i otwarty. Ale w tej formule to Kaszubi mieli i mają dominujący głos oraz wpływ na narrację widzenia siebie w Polsce. Najlepszym tego przykładem jest doprowadzenie przez działaczy kaszubskich do prawnego usankcjonowania statusu kaszubskiego jako jedynego języka regionalnego w Polsce w roku 2005. To wielka nobilitacja rodnej mowy. To pokazuje, że Kaszubi są społecznością najbardziej zdefiniowaną i różniącą się od innych. Z własną dramatyczną historią, językiem, zwyczajami, strojami i cechami takimi, jak pracowitość, pobożność i konsekwencja w dążeniu do celu. I tego wszystkiego powinniśmy bronić i chronić. My, Kaszubi jesteśmy częścią Pomorza, tego samego Pomorza, którego częścią są również Kociewiacy, Borowiacy, Krajniacy, ale jesteśmy częścią również tzw. Wielkiego Pomorza – sięgającego po Koszalin i Szczecin. O tym wszystkim musimy pamiętać.

A robimy to skutecznie? Bo z jednej strony język kaszubski rozwija się w szkołach, jest obecny w mediach, kościele, samorządach. Samorządowcy stawiają dwujęzyczne tablice i organizują naukę języka kaszubskiego w szkołach, czasami także po to, by otrzymać zwiększoną dotację z budżetu państwa. A z drugiej w domach na Kaszubach ten wyróżnik, jakim jest język kaszubski, zanika.

No tak. To jest oczywiście problem. I ja też go dostrzegam. Musimy zrobić wszystko, by lepiej i skuteczniej dotrzeć do młodych poprzez spotkania, kongresy, które są organizowane, ale też wciąganie ich do zrzeszeniowej pracy. To niezwykle ważne, by zachować ciągłość organizacji. A nawet jeśli nie uda się tych młodych przyciągnąć do Zrzeszenia, to trzeba ich wspierać w promowaniu kultury i języka kaszubskiego, jednocześnie podejmując z nimi dialog.

A może strategią rozwoju w większym stopniu trzeba objąć samorządy, by i one przeznaczały z tej dotacji na kaszubski choćby 10 procent środków, właśnie na takie inicjatywy młodych…

No tak. My w ogóle stoimy teraz przed taką kompleksową oceną skuteczności tego nauczania kaszubskiego w szkołach. Na każdym zjeździe się to powtarza. Zatem chcemy jako ZKP wystąpić o granty na ten cel i go zrealizować, by wiedzieć, co należy poprawić, co zmienić, a co daje najlepsze efekty w nauczaniu kaszubskiego w szkołach od roku 2005. No i tu jednym z wniosków może być określenie w dotacji państwowej na naukę języka kaszubskiego częściowego wsparcia finansowego dla konkretnych działań na terenie gminy z zakresu oświaty. Bo świadomość odrębności kaszubskiej i chęci nauki języka jest imponująca. Pewnie nie wszędzie.

A co jest dla Pana największą wartością Zrzeszenia?

Myślę, że jednak to, że jest, że trwa i od 1956 roku reprezentuje Kaszubów, kształtuje ich świadomość. Mimo tych różnych zawirowań, tego dramatycznego rozstania się z organizacją byłego prezesa Artura Jabłońskiego i próby stworzenia czegoś nowego, ZKP wciąż jest najważniejszą i największą organizacją dla Kaszubów, która się rozwija i w której czują się dobrze. Uważają, że organizacja stwarza im możliwości działania, rozwoju i krzewienia kultury, nauki języka, kultywowania zwyczajów czy poznawania historii. Czy my w tej chwili nadążamy za biegiem czasu, czy ZKP w globalizującym się świecie wystarczająco dużo robi, byśmy przetrwali, pokaże czas. Staramy się, robimy, co możemy. Nawet ta pandemia spowodowała, że otworzyliśmy się maksymalnie na świat, na nowe technologie. Jesteśmy obecni w mediach społecznościowych, na Facebooku, Twitterze, Instagramie. Przede wszystkim czuję, że ZKP to organizacja, w której ludzie chcą być.

Na koniec zapytam o największe Pana życzenie jako działacza kaszubskiego - dla następcy i następnych pokoleń Kaszubów…

Powiem tak. Tym życzeniem są słowa mojego rodaka Jana Karnowskiego: Jô bëm leno chcôł, żebë twòji mòwë, co ją Pón Bóg dôł, nie przëkrëłë grobë…” Jô też jem Jón, Wërowińsczi. To zobowiązuje. Sądzę, że pisząc o tym, Jan Karnowski nie do końca wierzył, że tak będzie. Ale jest i oby tak było. Mówimy język, ale myślimy kultura i sposób życia, myślimy również tradycja, a jednocześnie patrzymy w przyszłość. Twarzą ku przyszłości – tak jak mówił Lech Bądkowski. I tak musimy myśleć o tych sprawach kaszubskich i pomorskich. To jest nasz obowiązek. Także jô bëm leno chcôł…”.


Podziel się
Oceń

Napisz komentarz
Komentarze
Reklama
Reklama
Reklama