Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Najważniejsze, że 4 czerwca nie było lipy!

Tuż przed drukiem, Szymon Pawlicki z „Solidarności” spytał mnie: - A właściwie, to co to za drzewo jest na twoim plakacie? - wspomina Krzysztof Ignatowicz, dyrektor artystyczny "Zawsze Pomorze".
Najważniejsze, że 4 czerwca nie było lipy!
Krzysztof Ignatowicz na plaży w Sopocie, maj 1989

Co robiłeś wiosną 1989 roku?

Zaraz po dyplomie w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Gdańsku zaczą­łem współtworzyć pierwszą, prywatną gazetę dotyczącą mody – arkusz wykrojów „Maria”. Sam też projektowałem i nawet wydałem dwa autorskie numery tego pisma. Współ­pracowaliśmy wtedy z najlepszymi polskimi modelkami, Małgorzatą Niemen czy Bogną Sworowską Organizowaliśmy pokazy mody. Podczas jednego z nich, w Hali Olivia, na wi­downi zasiadło kilka tysięcy ludzi! To był czas, gdy ówczesne władze zlikwidowały Związek Polskich Artystów Plastyków, więc działaliśmy w ramach spółdzielni. Wtedy powstała gdań­ska Spółdzielnia Wzornictwa Przemysłowego „Format” zatrudniająca masę osób z tak zwa­nym wilczym biletem, w której wydawaliśmy nasz periodyk. Zajmowaliśmy się tam modą, ale i projektowaniem graficznym. 

Jednak głównym bohaterem naszej rozmo­wy jest nie moda, a plakat. 

Wiosna 1989 to niepowtarzalna aura, któ­ra zdarza się raz na kilka dekad... Wszyscy żyli wtedy wyborami. Przyświecała nam ogromna nadzieja, ale jednocześnie to był gorący okres. Ze sztuką jest często tak, że przychodzi sama. Nie myślałem wtedy konkretnie o stworzeniu plakatu wyborczego na 4 czerwca, choć nosi­ło mnie, by artystycznie jakoś włączyć się w tę atmosferę.
W stanie wojennym zrobiłem serię nie­złych zdjęć na gdańskich ulicach. Jednak podczas wywoływania, niechcący, uszkodzi­łem film. To mało powiedziane, że strasznie się wkurzyłem, ale potem doszedłem do wniosku, że - przewrotnie - to może i lepiej. Jestem absolwentem PWSSP, a nie fotore­porterem. Pośród wielu różnych umiejętno­ści przecież potrafię rysować, więc uznałem, że wyrażę się w taki właśnie sposób. Tak po­wstały rysunki dokumentujące tamten czas na Wybrzeżu. Graficzne felietony, forma wizualnego pamiętnika. 

Co jest na tych rysunkach? 

Na tym zatytułowanym „Przecho­dzień” - jest człowiek rzucający kamieniem w milicję, pod Zieleniakiem. Sytuacja, któ­rą znam z autopsji. Wielokrotnie byłem tym gówniarzem, który rzucał kamienia­mi w milicję. Inny z rysunków nosi tytuł: „Płomienna godzina, a oni ciągle swoje”. Na nim: blok na Suchaninie, a w każdym oknie - świeczka. Rysunki po latach zostały nawet opublikowane w prasie, co niejako zapętliło moje doświadczenia artystyczne i zawodowe - graficzne. W 1989 roku, tuż przed wyborami, nastały czasy, w których brak działania był jednoznaczny z opo­wiedzeniem się po stronie władzy. Wielu angażowało się w walkę o wolną Polskę. Ja rozprowadzałem znaczki „Solidarności”. Niby nic wielkiego, ale w pewnym sensie je­stem dziś dumny z takich prostych gestów. I mimo że to nie ja obaliłem komunę, speł­niło się coś, o czym marzyłem całą mło­dość. 

Plakat wyborczy 1989

Wróćmy do plakatu… 

Przypomnieliśmy już atmosferę tamtych czasów, ustaliliśmy potrzebę włączenia się do rewolucji za pomocą sztuki i działań naj­prostszych, ale historia samego plakatu też ma bardzo prozaiczny wymiar. Któregoś majowego dnia będąc w Parku Oliwskim zauważyłem leżącą na ziemi suchą gałąź, która wypuściła jeden zielony listek, ostatnie tchnienie a jednocześnie totalna manifesta­cja siły życia. No i nadzieja...

Symboliczne… 

To było dla mnie ewidentne skojarzenie z sytuacją tamtego czasu. Istny ready-made ar­tystyczny. Wystarczyło tę obserwację zrepro­dukować środkami graficznymi i podzielić się nadzieją z innymi. Wziąłem tę gałązkę i, pod­ekscytowany, pojechałem z nią do Sopotu, by na plaży zrobić zdjęcia. Jeszcze wtedy nie my­ślałem o plakacie wyborczym. A gdy koncept zaświtał mi w głowie, poszedłem z tym do „Solidarności”. Skierowano mnie do Szymona Pawlickiego, który był wtedy Przewodniczą­cym Biura Kultury Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”. Pokazałem mu zdjęcia. 

I co? 

Zachwycił się natychmiast. Na fali entuzja­zmu Pawlickiego przygotowałem plakat. Tuż przed drukiem, Szymon spytał mnie, ni stąd ni zowąd: - A właściwie, to co to za drzewo jest na twoim plakacie? Bez chwili zastanowienia odparłem: - Lipa. Zauważyłem przerażenie w jego oczach, a i ja tym na głos wypowiedzia­nym słowem nie mniej się przeraziłem. Do­tarło do mnie znaczenie… Ponura symbolika tego słowa, które w kontekście tak ważnych wyborów kojarzyło się fatalnie. Wszyscy wpa­dli w panikę: - Co można z tym zrobić? Zapro­ponowałem najprostsze rozwiązanie… 

Tuż przed drukiem, Szymon spytał mnie, ni stąd ni zowąd: - A właściwie, to co to za drzewo jest na twoim plakacie? Bez chwili zastanowienia odparłem: - Lipa. Zauważyłem przerażenie w jego oczach, a i ja tym na głos wypowiedzia­nym słowem nie mniej się przeraziłem.

Krzysztof Ignatowicz

Czyli? 

Że podmienię feralny, lipowy liść na inny. I tak zrobiłem. Ostatecznie w grafice mojego plakatu dominowała szarość, na tle której wy­różniały się dwa kolorowe elementy, zieleń list­ka i biało - czerwona „metka” z logo „Solidarno­ści”, przedziurawiona przez ten pęd, na którym dumnie zawisła. Zmiana przeszła. Plakat był gotowy, wydrukowano 10 tys. egzemplarzy. Byłem przekonany, że za chwilę zobaczę je na ulicach. Nic z  tego… 

Co się stało? 

Do tej pory nie wiem, co było powodem, że zrezygnowano z mojego afisza. Z pewnością ktoś inny musiał uznać to zamieszanie z liściem za ryzykowane. A może bali się den­drologicznych kompetencji władzy, która po samej gałęzi zacznie budować skojarzenia, że Solidarność to lipa? Kilka paczek z wydru­kowanymi plakatami leżało w mojej piwnicy jeszcze długie lata... W 2011 roku mój syn, Fi­lip Ignatowicz, wtedy jeszcze student drugie­go roku gdańskiej ASP, miał w stoczni plener artystyczny. Przypomniało mu się to moje dzieło, o którym opowiadałem mu przed laty przy okazji obchodów rocznicy tamtego czerwca. Postanowił za mnie dokonać arty­stycznej rehabilitacji tego projektu. Tamtymi plakatami wykleił pomieszczenia modelarni czy budynków przy istniejących jeszcze wte­dy pochylniach. Afisze pojawiły się tam, gdzie powinny były zaistnieć od razu po wydruko­waniu. To było jego osobiste rozliczenie się z tamtą sytuacją…. Sam plakat zaistniał też po latach w innych okolicznościach. W Zie­lonej Górze ponoć ktoś napisał o nim pracę magisterską, ale czy tak było w istocie, nawet nie sprawdziłem. Natomiast dwa lata temu odezwała się do mnie kuratorka wystawy w muzeum w Chicago, chciała dowiedzieć się o plakacie czegoś więcej. Niestety ważne spra­wy rodzinne spowodowały, że nie odpisałem na jej list.

Najsłynniejszym plakatem 1989 roku było dzieło Tomasza Sarneckiego „W samo połu­dnie”. Symbolem tamtych czasów stały się też plakaty wyborcze z Lechem Wałęsą. 

Mało brakowało, a mielibyśmy nasz gdański plakat wyborczy… Okazało się, że ten mój niedoszły afisz miał jednak swoje drugie życie, niejako drugi obieg. Niedaw­no kolega syna przyniósł mi zdjęcie, na którym jest jego ojciec i babcia, a w tle mój plakat! Zdjęcie zrobione było w 1989 roku, w domu tych ludzi, na południu Polski… Skąd się ten afisz u nich wziął? Już nikt nie pamięta. 

Ostatecznie, listek jakiego drzewa umieści­łeś na gałązce? 
Nie jestem w stanie sobie tego przypomnieć… W jednej z gazet, po latach, sugerowano, że gdyby to był liść dębu, afisz zaistniałby... Ale to już chyba było bez znaczenia. Najważniejsze, że nie było lipy! Mam nadzieję, że teraz też lipy nie będzie! ­

***

Filip Ignatowicz - „Plakat mojego taty”, działanie w przestrzeni publicznej, interwencja / akcja plakatowa na obsza­rach Stoczni Gdańskiej, 2011 rok

Ten projekt jest moim osobistym rozli­czeniem z historią plakatu, który mój ojciec zaprojektował w 1989 roku dla ruchu „Soli­darność”. Interwencja polega na odbitkach (i kilku autentykach) wklejanych w przestrzeni stoczniowej i postindustrialnej (symbolicznej kolebce Solidarności) Dodat­kowym elementem było także przygotowane nagranie, 3-minutowa rozmowa z tatą, która skracała (niezwykłą z mojego punktu widze­nia historię plakatu). Plakat został wydru­kowany w nakładzie 10 tys. egzemplarzy, jednak nigdy nie został upubliczniony tak jak powinien, ponieważ praktycznie cały nakład poszedł do przemielenia albo gnił w piwnicach. Stało się to prawdopodobnie za sprawą gałęzi lipy będącej kwintesencją przedstawienia na projekcie. Wydaje się, że obawiano się, że ze strony komunistycz­nej władzy fakt ten zostanie wykorzystany i zacznie wybrzmiewać hasło, że „Solidar­ność to lipa” (i zamiast graficzno-wizualnej formy reprezentującej nadzieję, pojawi się odwrotne - pejoratywne znaczenie). Historia plakatów w moim projekcie wkracza w pętlę - bo za sprawą mojej prostej inter­wencji wracają one do miejsca z którymi są najsilniej związane, jednak ponownie nie przyczynią się do obalenia komunizmu i demokratyzacji kraju, bo spóźniły się kilka dekad w swojej obecności na murach. Szczęśliwie, nie były one konieczne do transformacji ustrojowej, dlatego działanie to ma raczej wymiar personalny.

Filip Ignatowicz w trakcie realizacji projektu "Plakat mojego taty"

Podziel się
Oceń

Napisz komentarz
Komentarze
Reklama
Reklama
Reklama