Powstanie KOR wiąże się z akcją pomocy dla represjonowanych robotników po Czerwcu 1976. Pan, choć oficjalnie wstąpił do KOR w listopadzie 1976, z pomocą do Radomia jeździł już wcześniej, w dodatku na własną rękę, niezależnie od środowiska warszawskiego. Jak do tego doszło?
W Gdańsku było osobne środowisko. Od 1975 roku prowadziłem spotkania samokształceniowe z grupą – mówiąc w skrócie – Olka Halla, czyli późniejszym Ruchem Młodej Polski. Odbywały się w kościele jezuitów we Wrzeszczu, przy Mickiewicza, u ojca Sroki, który udostępnił nam miejsce.
W lecie 1976 r. zdecydowaliśmy się organizować pomoc, bo pamiętaliśmy, jak wyglądały represje po Grudniu 1970. Do Radomia jeździłem kilka razy. Za czwartym razem, w przypływie bezsilności, bo do nikogo nie mogłem dotrzeć, poszedłem do sądu rejonowego. Zorientowałem się, że toczą się tam sprawy uczestników demonstracji z 25 czerwca. I wtedy 16 września spotkałem grupę z Warszawy. Znałem z niej syna Jana Józefa Lipskiego [jednego z założycieli KOR – red.], Jana Tomasza, bo wcześniej razem pisaliśmy list w obronie studenta wyrzuconego z uczelni w Szczecinie. Wtedy całą tę warszawską grupę zatrzymali, a mnie udało się stamtąd wydostać. Miałem adres człowieka, którego żona i syn siedzieli w więzieniu. Poszedłem tam, gospodarz otworzył, powiedziałem, o co chodzi, a on na to: „To za chwilę będzie pana kolega z Warszawy”. Zdrętwiałem. Pomyślałem: przecież jak mnie zobaczy, to ucieknie. Nie znaliśmy się, a do tego – w przeciwieństwie do wielu Warszawiaków, którzy nosili się w stylu hipisowskim – ja miałem króciutkie włosy, byłem wysportowany.
Niczym ubek…
Tak. I faktycznie, jak Mirek Chojecki, bo to on był tym „kolegą z Warszawy”, mnie zobaczył, widziałem, jak mu poczerwieniała twarz. Musiał mieć burzę myśli: uciekać czy wejść? Ale jednak wszedł. To był ten pierwszy kontakt.
Ale już wcześniej poznał pan Jacka Kuronia.
Tak, i to też miało znaczenie. Kiedy wracaliśmy, powiedziałem Mirkowi, że znam Kuronia. Gdy dojechaliśmy do Warszawy, zostawił mnie na wiadukcie przy Dworcu Gdańskim i zniknął. Potem okazało się, że poszedł do Kuronia. Wrócił już rozluźniony i mówi: „Sprawdziłem, faktycznie to ty”.
Wtedy dowiedziałem się, że powstaje Komitet Obrony Robotników. Oni nie byli już w stanie zebrać tylu pieniędzy, ile potrzeba, bo represje okazały się szersze, niż myśleli, więc postanowili wyjść na zewnątrz. Poza tym bezpieka zaczęła ich namierzać, więc tajna działalność nie miała sensu. Uznali, że trzeba zacząć działać jawnie. Komitet miał się składać z dwóch grup. Z ludzi takich jak my, z pokolenia 1968 – bo to była główna cezura, wszyscy ci młodzi przeszli przez Marzec, siedzieli. I ze starszych, przedwojennych działaczy, m.in. z PPS. Nas nikt nie znał – owszem, znaliśmy się między sobą, ale dla reszty to była anonimowa młodzież. A starszych znano: Anielę Steinsbergową, Antoniego Pajdaka czy Józefa Rybickiego, który w czasie wojny był szefem warszawskiego Kedywu. I od razu padło pytanie, czy chcę zostać członkiem komitetu.
Co pan powiedział na tę propozycję?
Wydało mi się to pomysłem wariackim, ale uważałem, że jeśli jest potrzeba, to nawet wariackie pomysły trzeba wdrażać. Tylko pomyślałem: kto zna Borusewicza? Nie jestem kimś, pod czyją flagą można się zgromadzić. Przyjechałem więc tutaj i powiedziałem kolegom: słuchajcie, jest taka a taka sytuacja, spotkałem tę grupę, chcą zakładać komitet, ale uważam, że trzeba znaleźć kogoś znaczącego, przynajmniej z doktoratem. Mieliśmy takiego znajomego, fizyka, doktora z Akademii Medycznej, który obracał się trochę w kręgu przyszłego RMP. Miał też coś wspólnego z Grudniem w Gdyni. Przeprowadziliśmy kilka rozmów, ale nie dał się przekonać. Nie chciał iść do więzienia i ja to rozumiałem.
A pan chciał?
Nie chciałem, tym bardziej, że miałem już absolutorium, ale nie obroniłem jeszcze pracy magisterskiej. Gdybym poszedł do więzienia na dłużej niż dwa lata – a sądziłem, że tak może być – musiałbym powtarzać rok. Ale widziałem, że nikogo nie przekonam, więc powiedziałem: nie ma co szukać. Byłem w tej grupie najstarszy, już siedziałem w więzieniu, więc miałem największe doświadczenie. Podjąłem więc tę działalność, bardzo intensywną, która miała różne odsłony.
Po niespełna roku działalności KOR władze ogłosiły amnestię.
To był niebywały sukces. Wypuszczono zarówno robotników, jak i tę część KOR, którą zamknięto po krakowskich protestach po śmierci Stanisława Pyjasa. Zrobiliśmy więc krok dalej i przekształciliśmy Komitet Obrony Robotników w Komitet Samoobrony Społecznej „KOR” – szerszy, nieograniczony czasowo. Ten sposób przekształcenia zastosowałem potem w sierpniu 1980, przy przekształcaniu Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego w Międzyzakładowy Komitet Założycielski. Różne zabiegi, które przećwiczyliśmy w KOR, stosowałem albo podpowiadałem innym w czasie strajku sierpniowego.
W Komitecie Samoobrony Społecznej zaczęła się specjalizacja. Jedna grupa zajmowała się drukowaniem książek. Inna zajęła się informacją, czyli stworzyła „Biuletyn Informacyjny” KOR. Powstało też pismo „Robotnik”. Zaangażowałem się w „Robotnika” i zdecydowałem, że trzeba organizować robotników tutaj. W pewnym momencie, w 1979, w ogóle przestałem jeździć do Warszawy na posiedzenia KOR, bo miałem tu tyle pracy: grupy samokształceniowe, kolportaż, ulotki rozdawane pod stocznią. Oprócz tego co dwa tygodnie trzeba było dostarczyć „Robotnika”. Około tysiąca egzemplarzy szło na stocznię.
Zatrzymajmy się jeszcze na chwilę w 1976. Mało znanym epizodem wydarzeń czerwcowych były protesty, a wręcz strajki w Stoczni Gdańskiej.
Tak, strajkowały trzy wydziały. Ale – może to być zaskakujące – przede wszystkim strajkował Pruszcz Gdański: Zakład Aparatury Mleczarskiej, który produkował kadzie do mleka, i jeszcze jeden duży zakład. Ze stoczni wyrzucono ponad 70 osób. Dwie skazano za sabotaż, bo przecięły zasilanie obrabiarek – i trafiły do więzienia. Tak się złożyło, że Ania Młynik z grupy RMP, razem z kolegą, pracując w spółdzielni pracy studenckiej, dostała zlecenie sprzątania sądu pracy. Tam znaleźli spis osób wyrzuconych, które odwołały się do sądu pracy. Miałem więc nazwiska i adresy i zacząłem pod nie chodzić. Chciałem pomóc, ale też stworzyć z tych ludzi jakąś grupę. Pomoc finansową dostarczyłem, ale niestety nie zauważyłem, że śledzi mnie bezpieka. Wyglądało to tak, że ja przychodziłem, zostawiałem pieniądze, a po mnie wchodziła bezpieka i straszyła tych ludzi. Z tej grupy udało mi się przekonać do dalszej działalności tylko dwie osoby.
Ale dzięki kolportażowi „Robotnika”, w którym był mój adres, zaczęli się do mnie zgłaszać ludzie. Poza kolportażem co roku 16 grudnia organizowaliśmy wiece w rocznicę Grudnia 1970. Kiedy wróciłem ze studiów do Gdańska, zauważyłem, że pamięć o Grudniu słabnie, usycha, zanika. Z jednej strony zacierał ją czas, z drugiej władza robiła wszystko, żeby ludzie zapomnieli. Doszedłem do wniosku, że to my powinniśmy przypominać, że odbudowa pamięci o Grudniu to jedna z rzeczy, którymi trzeba się zająć. I zacząłem organizować wiece. Na pierwszym, w 1977, było kilkaset osób, od 300 do 500, z czego połowę stanowiła bezpieka. Liczba uczestników rosła co roku wykładniczo. W 1978 było ich – myślę – już 2000, a w 1979 – 4000. Ta pamięć wracała, przede wszystkim do stoczniowców. Zawsze planowałem wiec na moment, kiedy wychodzili z pracy. Zresztą informacja docierała, bo przecież dostarczałem „Robotnika”, a potem zaczęliśmy wydawać „Robotnika Wybrzeża”, lokalną gazetę.
Pozostał pan do końca jedynym członkiem KOR w Gdańsku?
Tak, ale członkostwo było naprawdę sprawą formalną. Członkowie KOR podpisywali komunikaty, dawali swoje nazwiska i adresy, a także telefon, jeśli ktoś go miał. Natomiast często ci, którzy nie byli członkami, robili więcej niż ci, którzy podpisywali oświadczenia.
Ale grupa Aleksandra Halla, czyli przyszły RMP, zachowywała dystans wobec KOR?
Zachowywali pewien dystans i dlatego stworzyli własne środowisko, Ruch Młodej Polski i przystąpili do Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela, który powstał w 1977. Dla mnie oznaczało to, że stałem się wodzem bez armii. Tym bardziej skoncentrowałem się na robotnikach. Trafili do mnie Anna Walentynowicz, Lech Wałęsa, Alina Pieńkowska. Do Gwiazdów ja dotarłem. I stworzyłem swoje środowisko. Ale z RMP zawsze pilnowaliśmy wspólnych działań, żeby tutaj, w Gdańsku, nie było konfliktu. Współpracowaliśmy.
To środowisko robotnicze się rozrastało. Spotkania samokształceniowe były dla mnie istotne. Zawsze zaczynałem je od dyskusji o tym, jakie błędy popełniono w Grudniu 1970. To było szkolenie strajkowe. Nie mówiłem: „Teraz będę was instruował, jak należy zrobić strajk”. Mówiłem: „Podyskutujmy, jakie błędy popełnili nasi koledzy w Grudniu 1970, że nie udało im się przebić. Był olbrzymi bunt – i co potem?”.
Panuje przekonanie, że działalność KOR była możliwa dzięki temu, że Gierek potrzebował kredytów z Zachodu, więc nie dokręcał śruby. Z drugiej strony dokumenty mówią, że w latach 1975–80 liczba etatów w SB wzrosła o 30 proc.
Gierek doszedł do władzy po tym, jak Gomułka użył siły, co się dla Gomułki źle skończyło. Więc Gierek nie był skory do jej użycia. Z drugiej strony władza sądziła, że jest w stanie wszystko kontrolować, także przez bezpiekę. Gierek nie zamykał ludzi w więzieniach na długo, ale w każdej chwili mógł to zrobić. Od 1979 zaczęto podejmować ostrzejsze działania. Tutaj, w Gdańsku, od stycznia 1980 zaczęło się represjonowanie robotników, którzy się ze mną kontaktowali. Wcześniej represje w zasadzie ich nie dotyczyły, najwyżej przy rozdawaniu ulotek. Teraz próbowano usuwać ich z pracy. Najpierw zwolniono Andrzeja Kołodzieja. Potem usiłowano zwolnić Alinę Pieńkowską, ale pracownicy zaczęli jej bronić. Joannę Gwiazdę też próbowano usunąć z pracy. Grupę czterech młodych robotników ze Stoczni Północnej, która nawiązała z nami kontakt, namierzono i wszystkich ich wyrzucono z pracy. I w końcu zwolniono Annę Walentynowicz. To była kropla, która przelała czarę.
Impuls do strajku sierpniowego.
Tak. Oceniłem, że jeżeli nie uda się obronić Walentynowicz, to odetną mnie od robotników. Trzeba było działać. Przygotowałem ten strajk i go odpaliłem. Dalej oczywiście prowadził go Wałęsa. Potem był okres tworzenia Solidarności – to byli ci sami ludzie. W Gdańsku ta grupa korowska, WZZ, organizowała związek i prowadziła go do stycznia 1981. Nastał stan wojenny i podziemie – i znów działała ta sama grupa, ci sami ludzie.
Skąd wzięła się czarna legenda KOR w niektórych środowiskach opozycyjnych? I to w zasadzie już od 1980.
To przede wszystkim robota bezpieki. Zaangażowane były różne czarne charaktery, między innymi ksiądz Henryk Jankowski – agent, który nie tylko donosił, ale też inspirował. Przez niego bezpieka podsycała konflikt Wałęsy z Walentynowicz. Jak widać w materiałach, agenci bezpieki dostawali takie polecenia. Jest taki bardzo ciekawy materiał bezpieki z listopada 1979 – analiza działań w środowiskach chłopskich i robotniczych.
Co w nim jest?
Po opisie działań konkluzja jest taka: wszystkich skłóciliśmy albo zwerbowaliśmy, wszystko kontrolujemy oprócz Gdańska. W Gdańsku nie dajemy rady. Usunęliśmy 80 młodych robotników, przyszli następni, a Borusewicz stosuje taką taktykę, że nie udaje się ich podzielić – na każdą represję odpowiadają wspólnie.
To miało aż takie znaczenie?
Tak. Na przykład kiedy zamknęli na trzy miesiące Darka Kobzdeja i Tadeusza Szczudłowskiego po 3 maja 1980, rozdaliśmy 50 tysięcy ulotek. To spowodowało, że tamto aresztowanie stało się dla nich nieopłacalne. Musieli łapać te ulotki, pisać raporty: tu rozdają, tu rozdają, tu rozdają. Zamknęli dwóch – i co? Dostali premię? Nie dostali, bo opozycja rozdała 50 tysięcy ulotek. Taki mechanizm był skuteczny. To też pokazuje, skąd się wziął Sierpień ’80. Sierpień to wynik działań KOR, a potem całej opozycji. Ciągle tłumaczę, że coś nie bierze się z niczego. Oczywiście pielgrzymka papieska była bardzo ważna, podnosiła atmosferę – ludzie zobaczyli, że jest ich tak wielu. Ale nie było tak, że strajki wybuchły tam, gdzie w 1979 był papież. Strajki były tam, gdzie papieża nie było. Funkcjonują różne mity, jak „cud nad Wisłą” w 1920. Tak samo mówiono o cudzie w Gdańsku. Żaden cud. To po prostu ciężka praca małej grupy ludzi i przebijanie się. Braliśmy się z tą władzą za bary i, jak mówię, byliśmy lepsi niż ta bezpieka i tamta władza. Mądrzejsi, bardziej przewidujący. Po prostu byliśmy lepsi.



Napisz komentarz
Komentarze