Tomasz Zwara, nurek z grupy Baltictech, schodząc 20 września pod wodę między wejściem do portu w Gdyni a dawną torpedownią w Babich Dołach, wiedział już, że leżą tam szczątki samolotu z okresu II wojny światowej.
Urząd Morski znał tę lokalizację co najmniej od 2012, kiedy wykonano tam skan dna echosondą. Obraz zdawał się wskazywać raczej na szczątki rozbitej jednostki pływającej, typowe dla okrętów trafionych pociskiem. Tak też początkowo obiekt sklasyfikowano.
– Jak się pan przyjrzy temu obrazowi, w życiu pan nie powie, że to samolot – mówi Tomasz Zwara. – Kadłuba praktycznie nie ma, zostały porozrywane fragmenty, silniki, śmigła i podwójny karabin maszynowy Vickers kalibru 7,7 mm.
Przełom nastąpił w tym roku, gdy nurkowie Marynarki Wojennej rozpoznali w szczątkach elementy samolotu.
Śledztwo pod wodą
Tomasz Zwara przyznaje, że spodziewał się radzieckiego iła. Pod koniec wojny Rosjanie stracili nad Zatoką Gdańską sporo takich samolotów szturmowych. Krążyła też legenda, że w latach 70. nurkowie Marynarki Wojennej, z jednostki, która później otrzymała nazwę Formoza, widzieli gdzieś w tym rejonie ogon samolotu z podwójnym usterzeniem. Takie usterzenie miał zarówno Lancaster, jak i radziecki bombowiec Pe-2.
Nurkowanie odbywało się na niedużej głębokości, ale widoczność wynosiła maksymalnie 3–5 metrów, więc nawigacja pomiędzy elementami wraku odbywała się z pomocą kołowrotka i linki rozciągniętej pomiędzy przedmiotami na dnie. Tam gdyński nurek zobaczył nieliczne porozrywane elementy kadłuba. Wyraźnie dało się natomiast zidentyfikować trzy potężne śmigła – każda łopata ma ok. 2 metry – oraz trzy silniki.
– Już po pierwszym nurkowaniu wiedzieliśmy, że to będzie Lancaster – mówi Zwara.
Kluczem do identyfikacji okazały się silniki w układzie V12: dwunastocylindrowe, widlaste, z masywną skrzynią sprężarki mechanicznej. To od razu wykluczyło amerykańskie B-17 i Liberatory, które bombardowały Gdynię i Rumię, bo te miały silniki gwiazdowe.
Na jednym z aluminiowych płatów śmigła, nieobrośniętym przez małże, zachował się fragment napisu Hamilton Standard. To amerykańska firma, której konstrukcje śmigieł montowano w Lancasterach. Lancastery Mk I napędzały brytyjskie silniki Rolls-Royce Merlin, a Mk III – ich licencyjne odpowiedniki produkowane w USA przez firmę Packard. Nurkowie przyjęli roboczo, że mają do czynienia z wersją Mk III, ale pewności nie ma.
– Silniki brytyjskie i amerykańskie były wymienne, a śmigła tego typu mogły być zamontowane także w Mk I. Na tym etapie zawężamy poszukiwania, ale ciągle szukamy kolejnych tropów, również wśród samolotów Mk I – zastrzega Zwara.
Osiem samolotów. Który z nich znaleziono?
Nurkowie zaczęli historyczną kwerendę od wielkiego nalotu na Gdynię w nocy z 18 na 19 grudnia 1944. Nad miasto nadleciała wtedy bardzo duża grupa bombowców Royal Air Force (RAF). Port został poważnie zniszczony. To wtedy właśnie na dnie osiadł m.in. pancernik Schleswig-Holstein, który 1 września 1939 ostrzelał Westerplatte. Głównym celem nalotu był jednak prawdopodobnie krążownik Lützow.
Niemieckie nocne myśliwce zestrzeliły tamtej nocy cztery Lancastery. Tylko jeden z nich, LM671, był w wersji Mk III. Wiadomo jednak, gdzie spadły wszystkie cztery: PB723 rozbił się koło Kielna, NN726 koło Pucka, LM671 koło Łeby, a NG144 w morzu, sto metrów od brzegu przy Smołdzińskim Lesie. Z 28 lotników 18 zginęło, a 10 trafiło do niewoli.
– Wydaje się, że żaden z tych samolotów nie jest naszym wrakiem – mówi Zwara.
Druga grupa to cztery Lancastery Mk III utracone podczas operacji minowania Bałtyku.
ED494 z 9. Dywizjonu zaginął w nocy z 13 na 14 marca 1943. Według jednych źródeł leciał nad Gdynię, według innych nad Wyspy Fryzyjskie. Pojawia się też informacja, że spadł u wybrzeży Bornholmu.
– Ciężko o nim cokolwiek powiedzieć na pewno – przyznaje Zwara.
W przypadku ED408 zachował się niemiecki raport. 29 kwietnia 1943 bateria przeciwlotnicza z Rozewia trafiła samolot z działek małokalibrowych. Płonąca maszyna wpadła do otwartego morza w okolicach Chałup, a paliwo jeszcze długo płonęło na wodzie. Kriegsmarine wydobyła wrak, który trafił do analizy do Luftwaffe w Rumi, wtedy wielkiego zaplecza produkcyjno-remontowego niemieckiego lotnictwa. Alianckie samoloty wydobywane po wodowaniu były dla Niemców źródłem wiedzy technicznej.
O PB637 ze 103. Dywizjonu wiadomo tylko tyle, że zaginął bez wieści nad Bałtykiem w nocy z 6 na 7 stycznia 1945, także podczas operacji minowania.
Zostaje najpoważniejszy kandydat: NE138 z 44. (Rodezyjskiego) Dywizjonu RAF. W nocy z 26 na 27 sierpnia 1944 wystartował o 20.24 z lotniska Dunholme Lodge w hrabstwie Lincolnshire jako jeden z czterech samolotów dywizjonu wysłanych do minowania podejść do Piławy (dziś Bałtijsk). Jego trasa przecinała Zatokę Gdańską.
Samolot pilotował mjr (Sqn Ldr) James Ernest White. Według informacji, do których dotarł Tomasz Zwara, White przeżył i trafił do niewoli, a po powrocie do Wielkiej Brytanii relacjonował, że nad Zatoką Gdańską samolot trafiła lekka artyleria przeciwlotnicza, i że eksplodował w powietrzu. Pozostałych sześciu członków załogi zginęło.
Tomasz Zwara uważa ten trop za najbardziej prawdopodobny. Działka małokalibrowe miały zasięg zaledwie kilku kilometrów, a uszkodzenia odnalezionego wraku wskazują raczej na eksplozję niż na samo uderzenie w wodę.
Baltictech zwrócił się w tej sprawie do stowarzyszenia weteranów 44. Dywizjonu w Wielkiej Brytanii. Jego historyk Kevin Lawry potwierdził, że w dokumentach dywizjonu NE138 figuruje jako zaginiony bez śladu, i przesłał planowaną trasę przelotu. Zwara naniósł ją na mapę.
– Pasuje do miejsca, w którym leży wrak, ale dopóki nie znajdziemy elementu z numerem maszyny, musimy spekulować – mówi.
Z kolei sekretarz stowarzyszenia Philip Leckenby zwrócił uwagę, że w kronice dywizjonu „The King’s Thunderbolts” White nie figuruje wśród poległych, co wskazuje, że przeżył. Dalszych informacji o jego losach Brytyjczycy jednak nie mają.
– Brakuje spójnego opracowania, w którym znaleźlibyśmy historię każdego utraconego samolotu. Przykład White’a to pokazuje – mówi Zwara.
Noc minowania
Jak wyglądały trasy takich przelotów? Pasjonat historii wojskowości Michał Orłowski odnalazł dziennik pokładowy innego Lancastera, który przeżył misję z sierpnia 1944. Wynika z niego, że bombowce leciały z Wielkiej Brytanii nad Danią, zahaczając o Szwecję, potem kierowały się na południe w stronę Gdańska. Przed brzegiem skręcały na zachód i leciały wzdłuż plaży, od Gdańska po Gdynię, zrzucając na spadochronach miny magnetyczne.
W dzienniku jest też zdjęcie ekranu pokładowego radaru, zrobione nad środkiem Zatoki Gdańskiej na wysokości Gdańska.
– Widać cypel Helu i całą linię brzegu, Gdańsk, Gdynię. Niesamowite, to 1944 – mówi Tomasz Zwara. – Radary mieli też Niemcy. Budynek stacji w Łężycach, która obsługiwała baterie przeciwlotnicze w Rumi, Gdyni i Gdańsku, stoi do dziś.
Niektóre ze zrzuconych wówczas min zalegały na dnie Zatoki Gdańskiej przez dziesięciolecia.
Co z załogą?
Standardowa załoga Lancastera, także w wersji Mk III, liczyła siedem osób: pilota, który był zarazem dowódcą samolotu, mechanika pokładowego, nawigatora, bombardiera – w misjach minowych to on celował przy zrzucie min – radiooperatora oraz dwóch strzelców, w wieżyczce na grzbiecie kadłuba i w wieżyczce ogonowej. Lancaster miał tylko jednego pilota, więc mechanik bywał przeszkolony do utrzymania samolotu w locie, gdyby pilot został ranny.
Lancaster uchodził za samolot, z którego trudno się ewakuować, zwłaszcza strzelcom w wieżyczkach. Służba w Bomber Command była jedną z najbardziej niebezpiecznych w całej wojnie.
Jeśli wrak to rzeczywiście NE138, razem z nim zginęli: Arthur John Rickeard, Roy Cyril Morgan Jones, Tom Edward Jenkins, Leonard Frederick Arthur Marston, Walter McGregor Halliday Burnett i Douglas Haig Watts. Najmłodszy miał 20 lat, najstarszy 31.
Czy jest szansa na odnalezienie ich szczątków? Tomasz Zwara zwraca uwagę, ze w tym przypadku nie ma kadłuba, w którym ciała mogłyby zostać uwięzione. Jeśli lotnicy spadli razem z samolotem, a ten eksplodował, ich szczątki mogły się rozproszyć albo spocząć pod piaskiem. Dodaje tez , że ambasada brytyjska nie została jeszcze poinformowana o znalezisku.
Bałtyk wciąż odkrywa tajemnice
Baltictech w ostatnich latach odnalazł lub zidentyfikował kilka wraków z końca wojny:
- Karlsruhe, zatopiony w kwietniu 1945 podczas operacji Hannibal; zginęło wtedy ok. tysiąca osób;
- Frankfurt, okręt transportowy, który płynął do Gdyni i został zatopiony w marcu 1945. Zidentyfikowany został dzięki dzwonowi okrętowemu;
- Gerrit Fritzen, jednostka płynąca z Kurlandii, prawdopodobnie do Gdańska lub Gdyni, zatopiona przez lotnictwo radzieckie w marcu 1945 na Głębi Gdańskiej;
- obecnie nurkowie pracują nad wrakiem dużego transportowca Borbeck o pojemności ok. 6 tys. ton. Płynął on z Gdańska do Kurlandii z zaopatrzeniem dla otoczonych wojsk Wehrmachtu. Zatopiony przez lotnictwo radzieckie leży na głębokości ok. 100 m w Głębi Gdańskiej;
- Moltkefels, na pokładzie którego ewakuowano uciekinierów z Helu.
Kępa Oksywska to rejon bardzo intensywnych walk. W kwietniu 1945 w ciągu jednej nocy przewieziono stąd na Hel ok. 40 tys. ludzi.
– Mnóstwo sprzętu leży na dnie – mówi Zwara i przypomina historię amatora, który w 2014, nurkując z maską i rurką, przypadkiem znalazł niedaleko portu, przy oksywskiej plaży, dwie niemieckie armaty polowe.
Co dalej
Podczas drugiego nurkowania, 27 września, nurkowie Baltictechu szukali tabliczek znamionowych na silnikach. Numer silnika był przypisany do konkretnego płatowca, więc pozwoliłby ustalić w brytyjskich archiwach, który to samolot. Tabliczek nie znaleźli.
– Raczej konieczne będzie wydobycie silników, szczególnie że kadłuba praktycznie nie ma – ocenia Zwara.
Brytyjczycy z 44. Dywizjonu poradzili nurkom, by o numery silników NE138 zapytali w cyfrowym archiwum International Bomber Command Centre w Lincoln.
Wydobyciem zainteresowane jest Muzeum Marynarki Wojennej w Gdyni. Jak mówi jego dyrektor Tomasz Miegoń, muzeum chciałoby podnieść z dna przynajmniej jeden silnik wraz ze śmigłem. Rozmowy w tej sprawie już się zaczęły.
– Jest kilka instytucji o różnym charakterze, które dysponują możliwościami podniesienia takiego obiektu. Byłaby to być może wspólna akcja – z Marynarką Wojenną, Urzędem Morskim w Gdyni, z pewnością z Tomaszem Stachurą z Baltictechu – mówi dyrektor, zastrzegając, że wypowiada się tylko w swoim imieniu. Kiedy mogłoby do tego dojść i kto by za to zapłacił, na razie nie wiadomo.
Samo podniesienie to dopiero początek.
– Taki obiekt powinien trafić z wody słonej do wody słodkiej, a potem trzeba opracować metodę konserwacji. Nie mogę go od razu postawić na ekspozycji, bo kiedy dostanie więcej powietrza, procesy chemiczne razem z korozją zaczną szaleć – tłumaczy Tomasz Miegoń.
Muzeum ma za sobą wydobycie dwóch poniemieckich armat z Zatoki Puckiej. Tamte były jednak z grubej stali.
– Tu prawdopodobnie mamy do czynienia ze stopami lekkimi i tego obawiam się najbardziej – mówi Miegoń.
Pracownia konserwacji muzeum liczy trzy osoby i na co dzień walczy z korozją eksponatów stojących na zewnątrz, narażonych na morską bryzę. Dlatego dyrektor nie wyklucza współpracy z którąś z uczelni technicznych.
Według Baltictechu Urząd Morski zabezpiecza miejsce przed niekontrolowanym nurkowaniem, bo wrak leży blisko portu, na niewielkiej głębokości.
– To, co mamy, nie zamyka tematu – podkreśla Tomasz Zwara.



Napisz komentarz
Komentarze