Od kilku dni dużo mówi się o przemocy w szkołach i o tym, co mogło wpłynąć na zachowanie młodych sprawców. Pani od lat obserwuje to, z czym dzieci stykają się w internecie. Czy rzeczywiście skala problemu jest dziś większa?

Jest coraz więcej treści rezygnacyjnych, materiałów wzbudzających agresję, zamkniętych grup, różnego rodzaju gier - tzw. symulatorów śmierci - i miejsc, które w mojej ocenie mogą bardzo negatywnie oddziaływać na młodych ludzi. Widać wyraźną intensyfikację tych zjawisk. Patrząc na to z perspektywy ostatnich lat, mam wrażenie, że ta kula śnieżna cały czas się powiększa.
Jeżeli jako dorośli i jako państwo nic z tym nie zrobimy, może dojść do jeszcze większej katastrofy. Zresztą to, co obserwujemy obecnie, dla wielu dzieci i ich rodzin już jest katastrofą. W ostatnich dniach widzimy ogromny strach. Dzieci boją się chodzić do szkoły. W szpitalu psychiatrycznym, w którym pracuję, po ostatnich wydarzeniach było to bardzo wyraźnie odczuwalne. Sama jestem mamą czternastolatka. Kiedy wydarzyła się ta tragedia, byliśmy akurat na urlopie. Mój syn powiedział wtedy: „Całe szczęście, że nie było mnie wtedy w szkole". To pokazuje, że nawet dzieci, które nie miały z tą sytuacją żadnego bezpośredniego kontaktu, zaczęły odczuwać lęk.
Dzisiaj zadajemy sobie pytanie, skąd młodzi ludzie trafiają na takie treści. Dzieci i nastolatki same ich szukają?
Z mojego doświadczenia wynika, że częściej stykają się z takimi materiałami, bo ktoś je do nich zaprowadził albo algorytm zaczął je podsuwać. Mechanizm wygląda bardzo podobnie w wielu przypadkach. Młody człowiek zaczyna oglądać określone materiały, wchodzi w interakcje z podobnymi treściami, dostaje wiadomości prywatne, a później jest przekierowywany na kolejne komunikatory, zamknięte grupy czy serwery funkcjonujące poza głównymi platformami społecznościowymi. To nie jest tak, że dziecko od razu wpisuje w wyszukiwarkę hasła związane z przemocą czy tzw. symulatorami śmierci. Najpierw musi zostać z tym zetknięte.
Czyli algorytmy?
To właśnie one są dziś jednym z największych problemów. Wystarczy, że młody człowiek przeżywa kryzys psychiczny i zacznie interesować się treściami dotyczącymi depresji czy samookaleczeń. Później algorytm podsuwa mu coraz więcej podobnych materiałów. Z moich obserwacji wynika, że dziecko jest nimi dosłownie karmione każdego dnia. Otwiera aplikację i znowu widzi podobne filmy, podobne przekazy, podobne historie. Działa to trochę jak nieustanne utrwalanie jednego sposobu myślenia.
Podobny mechanizm obserwuję również w przypadku treści wzbudzających agresję. Dziecko zaczyna interesować się określonym materiałem, a platforma pokazuje mu kolejne, coraz bardziej radykalne.
Co się dzieje w takich grupach?
Jest wiele miejsc, do których rodzice w ogóle nie zaglądają i często nawet nie wiedzą o ich istnieniu. Są zamknięte grupy, różnego rodzaju komunikatory, serwery czy społeczności tworzone wokół gier internetowych. Tam dzieci dostają gotowe materiały i kolejne linki, są zachęcane do przechodzenia na następne platformy.
Wszystko odbywa się stopniowo - najpierw pojawiają się pozornie niewinne treści, później coraz mocniejsze, aż w końcu dziecko zaczyna funkcjonować w środowisku, które normalizuje przemoc, autoagresję albo inne niebezpieczne zachowania. To jest jak w przypadku pornografii. Dorosłym wydaje się, że dziecko musiałoby specjalnie jej szukać. Tymczasem często trafia na nią poprzez zamknięte grupy, komunikatory albo osoby poznane podczas gier internetowych.
Treści, które jeszcze kilka lat temu były znacznie trudniej osiągalne, są łatwo dostępne.
Dzisiaj praktycznie wszystko znajduje się na wyciągnięcie ręki. Dlatego od dawna powtarzam, że media społecznościowe takie jak TikTok, Facebook czy Instagram powinny być dostępne dopiero od 16. roku życia. To absolutne minimum.
TikTok formalnie jest przeznaczony dla osób od 13. roku życia. Tylko co z tego, skoro dziecko bez żadnego problemu wpisuje inną datę urodzenia i zakłada konto? Co więcej, z moich obserwacji wynika, że bardzo często to sami rodzice pomagają dzieciom takie konto założyć. A później dziwią się, z jakimi treściami ich dziecko ma kontakt. Musimy się obudzić jako dorośli, bo będzie za późno. Powiedziałabym nawet, że w wielu obszarach już jest późno.
Ale granicę 16 lat dzieci i tak próbowałyby omijać.
Pewnie tak, ale właśnie dlatego odpowiedzialność musi spoczywać również na platformach internetowych. Jeżeli państwo wprowadza określone przepisy, to platformy powinny ponosić realną odpowiedzialność za ich przestrzeganie. W niektórych krajach zastosowano wysokie kary za dopuszczanie zbyt młodych użytkowników. I to jest kierunek, o którym warto rozmawiać. Dzisiaj platformy mówią: „mamy regulamin, wymagamy odpowiedniego wieku". Tylko że praktyka wygląda zupełnie inaczej. Obserwuję cyfrowe ślady dzieci i widzę, co dzieje się w internecie. Widzę również, z jakimi materiałami spotykają się młodzi ludzie, kiedy dochodzi do zagrożenia ich zdrowia lub życia, dlatego uważam, że nie można udawać, iż problemu nie ma tylko dlatego, że jest zapis w regulaminie.
Skoro dzieci mają dziś tak łatwy dostęp do niebezpiecznych treści, to czy rodzic jest w stanie skutecznie to kontrolować?
Rodzic powinien wiedzieć, co jego dziecko robi w sieci, z kim rozmawia, na jakie strony wchodzi, do jakich grup należy. Ale taka kontrola nie może pojawić się nagle, kiedy dziecko ma już kilkanaście lat i rodzic po raz pierwszy mówi: „Pokaż mi telefon". Wtedy raczej pojawia się bunt, bo nastolatek może odebrać to jako naruszenie prywatności, może zacząć ukrywać jeszcze więcej.
Dlatego od najmłodszych lat trzeba budować pewną normalność. Telefon nie powinien być czymś tajemniczym, ukrytym, czymś, czego rodzic absolutnie nie może dotknąć.
Powinna być wypracowana zasada: mój telefon leży na wierzchu, twój telefon leży na wierzchu. Ty znasz hasło do mojego telefonu, ja znam hasło do twojego telefonu. Nie po to, żeby cię kontrolować, ale po to, żeby zapewnić ci bezpieczeństwo. To jest trochę jak z bezpieczeństwem na drodze - nie zostawiamy dziecka samego, najpierw uczymy je zasad, pokazujemy zagrożenia, tłumaczymy.
Czyli kontrola nie wystarczy?
Sama kontrola nigdy nie wystarczy. Jeżeli dziecko nie ma relacji z rodzicem, to nawet najlepsza aplikacja monitorująca nie rozwiąże problemu. Dziecko musi wiedzieć, że może przyjść do dorosłego, powiedzieć: „Mamo, zobacz, coś dziwnego mi się wyświetliło", „Ktoś do mnie napisał", „Nie wiem, co z tym zrobić". Ale jeśli dziecko nie ma takiej relacji, jeśli boi się reakcji rodzica, to zostaje z problemem samo. A wtedy osoby, które działają w internecie i szukają takich dzieci, mają znacznie łatwiejsze zadanie.
Można stworzyć profil młodego człowieka, do którego takie materiały trafiają najłatwiej?
Myślę, że najbardziej narażone są dzieci, które przeżywają jakiś kryzys. To nie musi być jedna konkretna sytuacja. Czasami jest to poczucie odrzucenia, samotność, brak kontaktu z rówieśnikami, poczucie, że nie pasuję do grupy. Często są to dzieci, które czują się gdzieś z boku. Takie, które nie mają wystarczającego wsparcia, rozmowy i zainteresowania ze strony dorosłych.
Jest takie afrykańskie przysłowie, które bardzo mocno utkwiło mi w głowie: „Dziecko, które nie otrzyma ciepła w swojej wiosce, podpali ją, żeby poczuć ciepło". I ono bardzo dobrze pokazuje, co może się dziać.
Dziecko chce być zauważone, być częścią jakiejś grupy. Internet daje bardzo łatwą możliwość stworzenia pozoru relacji. Ktoś nagle zaczyna pisać, interesować się dzieckiem, pyta, jak się czuje, mówi: „rozumiem cię", „też tak miałem". Dla młodego człowieka, który czuje się samotny, może to być bardzo silne doświadczenie. Jeżeli nagle ktoś po drugiej stronie internetu zaczyna się nim interesować, rozmawiać z nim, pytać, jak się czuje, poświęcać mu czas, to dla dziecka może być bardzo ważne. Najpierw daje mu się poczucie przynależności, później stopniowo podsuwa określone treści - coś lekkiego, później coraz mocniejszego, jeszcze bardziej przekraczającego granice. Z czasem dziecko może zacząć traktować rzeczy, które wcześniej byłyby dla niego szokujące, jako coś normalnego.
I tutaj wracamy do podstawowej rzeczy - obecności dorosłych. Nie chodzi tylko o to, żeby rodzic był fizycznie w domu. Chodzi o obecność emocjonalną, o rozmowę, zainteresowanie, wspólne spędzanie czasu. Czasami mam wrażenie, że jako dorośli bardzo dużo wymagamy od dzieci, ale zapominamy, że one cały czas się rozwijają. Ich sposób myślenia, oceniania konsekwencji i radzenia sobie z emocjami dopiero się kształtuje.
Jak ostatnie wydarzenia wpływają na nastolatki? Przecież oni również są uczestnikami tej sytuacji - nawet jeśli nie byli bezpośrednimi świadkami.
Przede wszystkim pojawia się lęk. Zaczynają myśleć: „czy to może wydarzyć się u mnie?”, „czy tu ktoś może zrobić coś takiego?”. Ogromne znaczenie ma to, jak dorośli reagują. Jeżeli dziecko słyszy tylko rozmowy pełne strachu, katastroficzne informacje i widzi, że rodzice sami są przerażeni, ten lęk może się pogłębiać. Trzeba rozmawiać, ale trzeba robić to odpowiedzialnie. Ja, kiedy słyszę o sytuacjach, które mogą być niepokojące dla dzieci, od razu rozmawiam ze swoim 14-letnim synem. Nie po to, żeby go straszyć, ale żeby sprawdzić, co on wie, co czuje i jakie ma pytania. Najgorsze, co możemy zrobić, to zostawić dziecko samo z informacjami, które docierają do niego z internetu czy od rówieśników. Potrzebna jest rozmowa i przygotowanie dziecka, a nie budowanie poczucia, że świat jest wyłącznie miejscem zagrożenia.
Dziecko powinno wiedzieć, że istnieją trudne sytuacje, ale powinno też wiedzieć, że ma narzędzia, żeby sobie z nimi poradzić.
Co konkretnie powinno wiedzieć dziecko w sytuacji zagrożenia w szkole?
Sama świadomość, że ma plan działania, może bardzo zmniejszać poziom lęku. Dziecko powinno wiedzieć, że jeżeli dzieje się coś niebezpiecznego, nie powinno podchodzić do osoby z nożem czy próbować jej samodzielnie obezwładniać. Że trzeba szukać bezpiecznego miejsca, ukryć się, zachować ciszę, wyłączyć dźwięki w telefonie, jeśli jest taka możliwość, i wezwać pomoc. Oczywiście takie rzeczy trzeba przekazywać w odpowiedni sposób, dostosowany do wieku dziecka. Nie chodzi o straszenie, ale o edukację. Szkoła powinna przygotowywać dzieci nie tylko pod względem wiedzy przedmiotowej, ale również do radzenia sobie w trudnych sytuacjach.
Pojawiły się apele, aby zwiększyć kompetencje nauczycieli i dać szkołom większe możliwości sprawdzania, czy uczniowie nie przynoszą niebezpiecznych przedmiotów.
Uważam, że to jest dobry kierunek, choć oczywiście trzeba się zastanowić, jak miałoby to wyglądać organizacyjnie. Jeżeli mamy szkołę, w której jest kilkuset czy nawet ponad tysiąc uczniów, trudno sobie wyobrazić, żeby każdego dnia przed lekcjami każdemu sprawdzać plecak. Ale warto przeszkolić pracowników szkoły, żeby wiedzieli, jak reagować, kiedy pojawiają się konkretne sygnały. Można też wprowadzić wyrywkowe kontrole, tak aby osoba, która miałaby zamiar przynieść coś niebezpiecznego, miała świadomość, że taka kontrola może się wydarzyć. Samo poczucie, że szkoła realnie dba o bezpieczeństwo, jest ważne zarówno dla uczniów, jak i dla rodziców. Mój syn mówił mi, że po ostatnich wydarzeniach w jego szkole pojawiły się wykrywacze metalu przy wejściu. Rozumiem, że takie rozwiązania mogą budzić różne emocje, ale w sytuacji, w której jesteśmy, trzeba wykorzystywać wszystkie dostępne możliwości, żeby zwiększyć bezpieczeństwo dzieci.
Trzeba też pamiętać, że zagrożenie nie zawsze musi pochodzić od ucznia. Mieliśmy przecież sytuacje, w których do szkół wchodzili ludzie z zewnątrz.
Jednak to tylko rozwiązania doraźne.
Oczywiście. To są tylko elementy większej układanki. Możemy zabezpieczać szkoły, możemy sprawdzać plecaki, możemy wprowadzać procedury, ale jeżeli nie zajmiemy się źródłem problemu, będziemy cały czas reagować dopiero wtedy, kiedy coś się wydarzy. Musimy zacząć od góry - od regulacji, od odpowiedzialności platform, od edukacji cyfrowej.
Sami też powinniśmy się w tym zakresie edukować.
Dorośli często nie wiedzą, co aktualnie funkcjonuje w świecie młodych ludzi. My pamiętamy internet sprzed kilkunastu lat, a dziś to jest zupełnie inna przestrzeń. Zachęcam rodziców, żeby korzystali z takich narzędzi jak np. Kids Alert. Aplikacje tego typu pokazują zagrożenia, które pojawiają się w sieci, informują o niebezpiecznych trendach czy treściach, na które mogą trafić dzieci.
Już w 2024 roku zgłaszaliśmy zagrożenia związane między innymi z tzw. symulatorami śmierci i treściami, które promują bardzo niebezpieczne zachowania. To nie są nowe zjawiska. Problem polega na tym, że one cały czas się zmieniają. Pojawiają się nowe aplikacje, nowe grupy, nowe sposoby docierania do dzieci. Dlatego dorośli muszą za tym nadążać.
Do tej pory jednak niewiele mówiło się o skierowanych do dzieci treściach związanych z agresją.
Rzeczywiście uwagi poświęcano głównie treściom dotyczącym kryzysów psychicznych, depresji czy zachowań autoagresywnych. I słusznie, bo to ogromny problem. Jednak musimy mówić także o treściach, które wzbudzają agresję wobec innych osób. Mówmy o grach, materiałach, społecznościach internetowych, w których przemoc jest przedstawiana jako coś normalnego albo atrakcyjnego. Czasami są to bardzo mocne przekazy, które dla dorosłego człowieka mogą być szokujące, a młody odbiorca może nie mieć jeszcze odpowiednich narzędzi, żeby właściwie je ocenić. Dziecko dopiero buduje swój system wartości, uczy się odróżniać fikcję od rzeczywistości, rozumieć konsekwencje swoich działań. Nie możemy zakładać, że ono samo sobie z tym poradzi.
Powinniśmy ufać swoim dzieciom, ale nie możemy ufać bezgranicznie temu, co znajduje się w internecie. Nie możemy zostawić dzieci samych w świecie, którego sami nie kontrolujemy. Nie możemy zostawić młodego człowieka samego w świecie, który jest dla niego zbyt duży i zbyt trudny. Dziecko potrzebuje przewodnika.



Napisz komentarz
Komentarze