Zapaść demograficzna. Dzięki in vitro mogło urodzić się jeszcze 56 tys. dzieci

- Dziś Polki decydują o pierwszym dziecku, mając 31 lat. Jest to zdecydowanie za późno, gdyż płodność zdecydowanie spada w okolicach 38 roku życia. Dlatego kobiety muszą być zdrowe, by maksymalnie zmniejszyć ryzyka związane z trudnościami z uzyskiwaniem ciąży - mówi prof. dr hab n. med. Krzysztof Jan Łukaszuk, kierownik Zakładu Pielęgniarstwa Położniczo-Ginekologicznego GUMed, współtwórca Klinik Leczenia Niepłodności INVICTA oraz pierwszej wspierającej płodność aplikacji iYoni.
Dorota
Abramowicz
7.12.2023 / 05:00

Ile dzieci mogłoby urodzić się przez 8 lat rządów PiS, gdyby nie zaprzestano finansowania procedury in vitro w Polsce?
Z rządowego programu leczenia niepłodności metodą in vitro urodziło się 22 191 dzieci, czyli ok. 7 tys. na rok. Pomnóżmy to przez osiem lat i mamy 56 tys. dzieci. Jeśli zważymy, że w ub. roku przyszło na świat jedynie 306 tys. dzieci, to okazuje się, że dzięki dawnemu rządowemu programowi mogliśmy mieć 2-3 proc. dzieci więcej.

CZYTAJ TEŻ: Ustawa o in vitro coraz bliżej. Czy i jak pomorskie miasta będą nadal pomagać rodzicom?

Jak Pan ocenia poprzednią ustawę?
Uważam ją za konsensusową, pisaną po to, by szanse na jej przegłosowanie były jak największe.  Chodziło zapewne o to, aby frakcje o radykalnych przekonaniach zbytnio się jej nie sprzeciwiały. Z tego powodu leczono głównie ludzi, których problemy były dość proste do rozwiązania. Ustawą objęto kobiety do 40 roku życia, z dobrą rezerwą jajnikową. Przez to stosunek kosztów do efektów był najlepszy. Nieźle to wyglądało od strony politycznej, natomiast wyeliminowano z pomocy wiele osób, u których przyczyny niepłodności są skomplikowane.

prof. dr hab n. med. Krzysztof Jan Łukaszuk

Z rządowego programu leczenia niepłodności metodą in vitro urodziło się 22 191 dzieci, czyli ok. 7 tys. na rok. Pomnóżmy to przez osiem lat i mamy 56 tys. dzieci. Jeśli zważymy, że w ub. roku przyszło na świat jedynie 306 tys. dzieci, to okazuje się, że dzięki dawnemu rządowemu programowi mogliśmy mieć 2-3 proc. dzieci więcej.

Co należałoby zmienić?
Uważam, że zdecydowanie lepsze jest podejście izraelskie. Izrael jest jednym z niewielu krajów o bardzo dobrej demografii. Tam wskaźnik urodzeń (średnia liczba dzieci na jedną matkę) wynosi ponad 3, u nas - 1,3.  W Izraelu  kobieta do 45 roku życia może mieć dowolną liczbę zabiegów in vitro, żeby urodzić dwójkę dzieci.   In vitro jest tam dostępne od 1980 roku dla par, które nie mają dzieci z obecnego małżeństwa lub bezdzietnych kobiet w wieku 18-45 lat, które chcą założyć rodzinę niepełną. W przypadku dawstwa komórek jajowych, kobiety mogą korzystać z IVF do 54 roku życia.Czasem pacjentki przechodzą nawet 10 zabiegów in vitro.W Izraelu, który ma 8 mln ludności, robi się kilkadziesiąt tysięcy zabiegów rocznie. W Austrii, z niespełna dziewięciomilionową populacją - 20 tysięcy zabiegów. Jeszcze więcej w Czechach.

 

A u nas?
Przy 36 milionowym narodzie, mamy około 16 tysięcy zabiegów. To nadal niewiele, teoretycznie powinniśmy wykonywać ponad 40 tys., a patrząc na zaległości z ostatnich lat, nawet więcej. Polska jest na takim etapie demograficznym, że dziś każda forma wsparcia ludzi, którzy chcą mieć dzieci, jest ważna.

Wystarczy pieniędzy?
Z tego, co słyszałem, koalicja chciałaby przekazać na ten cel ponad 500 mln złotych rocznie. Są to już pieniądze, które pozwalają na rozszerzenie programu.

Ile obecnie kosztuje jedno leczenie metodą in vitro?
Minimum 10-15 tys. złotych. Do tego dochodzą leki, które są finansowane tylko do 40 roku życia , i to wyłącznie do trzech cykli u kobiet relatywnie zdrowych, z dobrą rezerwą jajnikową. Uważam, że leki powinny być finansowane w każdym cyklu. Lekarz opiera się jedynie na oświadczeniu pacjentki, że nie była wcześniej leczona. Jak było naprawdę, tego nie może sprawdzić, a odpowiedzialność system przerzuca na lekarza.

Czy obecnie leczenie niepłodności jest bardziej skuteczne, niż przed 15 laty?
Przy obecnym poziomie technologii poprawa skuteczności jest wyzwaniem. Zarówno w naturze, jak i przy in vitro przyjmuje się jeden zarodek na cztery. Doszliśmy do limitu fizjologii ludzkiego rozrodu. By zmienić te statystyki, musielibyśmy usprawnić naturę. I na razie chyba lepiej jest powtórzyć zabieg, niż np. ingerować w geny.

prof. dr hab n. med. Krzysztof Jan Łukaszuk

Przy 36 milionowym narodzie, mamy około 16 tysięcy zabiegów. To nadal niewiele, teoretycznie powinniśmy wykonywać ponad 40 tys., a patrząc na zaległości z ostatnich lat, nawet więcej. Polska jest na takim etapie demograficznym, że dziś każda forma wsparcia ludzi, którzy chcą mieć dzieci, jest ważna.

W pierwszej debacie w sprawie obywatelskiego projektu o in vitro w obecnym Sejmie padały głosy posłów, głównie PiS i Konfederacji o "eugenice", "selekcji zarodków i wylewaniu ich do zlewu". Może naukowcy i lekarze mówią na ten temat za mało?
Jak mówić do strony, która nie chce słyszeć naukowych argumentów? I nawet nie chce dowiedzieć się, na czym polega to leczenie, jak przebiega, jakie stosuje się procedury?

Powiedział pan przed kilkoma laty, że ci sami politycy, którzy głosowali przeciw dofinansowaniu metody in vitro, przychodzili do kliniki z prośbą o pomoc w urodzeniu dziecka.
Tak było i tak jest. Nic się nie zmieniło. Nadal obowiązuje tekst: "Jestem przeciwny, ale dzieci trzeba mieć".

Ile dzięki panu dzieci przyszło na świat?
Kiedyś, w pierwszym okresie pracy, naliczyłem ponad 10 tysięcy. Potem już przestaliśmy liczyć.

Ma Pan kontakt z rodzicami, widzi, jak rozwijają się dzieci? Rodziny wracają po następne ciąże?
I tak, i nie. Część znajomych rodziców utrzymuje kontakt, ale większość nie czuje takiej potrzeby. Wbrew pozorom długotrwałe leczenie niepłodności i - jak się zdarza - przejście kilku procedur in vitro jest trudnym emocjonalnie przeżyciem, o którym wiele osób po narodzinach dziecka chce zapomnieć. Inna sprawa, że w ostatnich latach, gdy samorządy zaczęły dofinansowywać in vitro, wiele osób, zwłaszcza z małych miast, bało się zgłaszać do urzędów. Tam praktycznie nikt nie korzystał z przydzielonych funduszy.

Dlaczego?
Pacjenci mówili, że urzędnik nie zapewniał im anonimowości leczenia. Część, których było stać, oszczędzała na prywatne leczenie.
 
Jak powinna wyglądać nowa ustawa o in vitro?
Nie powinna to być ustawa o in vitro, ale o prokreacji. Jeśli na wczesnym etapie nie rozpoczniemy edukacji, dlaczego warto mieć dzieci i jak zadbać o to, by móc je mieć, czeka nas dalszy demograficzny dramat. Na świecie jak epidemia szerzy się baby free policy, czyli polityka wolności od dzieci. W Chinach 20 proc. młodych ludzi nie chce mieć żadnego dziecka. To najczęściej jedynacy, wychowywani przez lata na piedestale. Nie chcą go opuścić na rzecz dziecka, którym trzeba się opiekować. Podobnie jest w Izraelu. W Polsce także coraz więcej wykształconych dziewczyn mówi: po co mi ta ciąża?

Problemem jest zła polityka wobec rodzin, brak żłobków, brak wsparcia dla młodych kobiet.
To też jest niezbędne, ale trzeba równocześnie uświadamiać kobiety i dbać ich zdrowie prokreacyjne. Dziś Polki decydują o pierwszym dziecku, mając 31 lat. Jest to zdecydowanie za późno. Dochodzi do zawężenia okna prokreacyjnego, gdyż płodność zdecydowanie spada w okolicach 38 roku życia. Jeśli jeszcze w tym okresie rozpadają się jakieś związki, to czasu jest coraz mniej. Dlatego kobiety muszą być zdrowe, by maksymalnie zmniejszyć ryzyka związane z trudnościami z uzyskiwaniem ciąży.

Jakie?
Od samego początku trzeba zabezpieczyć je przed rozwinięciem zespołu policystycznych jajników i endometriozą. Zmniejszyć ryzyko raka jajnika. Edukować, budować nawyki, badać. W ramach narodowego programu zdrowotnego należałoby każdej bezdzietnej kobiecie w wieku 30 lat wykonać niedrogie badanie AMH, czyli rezerwy jajnikowej. Po to, by żadna z nich nie obudziła się nagle w sytuacji, gdy zajście w ciąże będzie praktycznie niemożliwe.  Kobiety są coraz bardziej zainteresowane  swoim zdrowiem, cyklem, czasem tez płodnością. Trzeba więc zapewnić im profesjonalne wsparcie. Im wcześniej tym lepiej.  

prof. dr hab n. med. Krzysztof Jan Łukaszuk

Dziś Polki decydują o pierwszym dziecku, mając 31 lat. Jest to zdecydowanie za późno. Dochodzi do zawężenia okna prokreacyjnego, gdyż płodność zdecydowanie spada w okolicach 38 roku życia. Jeśli jeszcze w tym okresie rozpadają się jakieś związki, to czasu jest coraz mniej. Dlatego kobiety muszą być zdrowe, by maksymalnie zmniejszyć ryzyka związane z trudnościami z uzyskiwaniem ciąży.

Potrzebna jest zmiana nazwy ustawy na prokreacyjną?
Nie tylko nazwy, ale i zakresu. Idąc jedynie w kierunku in vitro, zajmujemy się ułamkiem osób, które chcą dziecka, ale już mają trudności z zajściem w ciążę. Zdecydowanie zrobimy więcej, pomagając tym, które w przyszłości mogą mieć problemy. Także przez niewiedzę jak działa ciało, biologia, płodność.. Aż trzęsie mnie, gdy słyszę o potrzebie naturalnego cyklu owulacyjnego u każdej kobiety. I że jest to naturalne i zdrowe..

A nie jest?
Sto lat temu kobiety nie miały naturalnych owulacji co miesiąc. Albo były w ciąży, albo karmiły dziecko. Owulacja z punktu widzenia biologii nie jest naturalna - to moment, kiedy kobieta powinna zajść w ciążę. Dlatego w swoim życiu kobieta powinna przejść 40, a nie 400 owulacji. Zmniejsza to pięciokrotnie ryzyko raka jajnika, nie rozwija się zespół policystycznych jajników, endometrioza. Ryzyko ogranicza także przyjmowanie tabletek antykoncepcyjnych, pozwalających na "udawanie" ciąży.

Zaczęliśmy rozmowę od dzieci, a kończymy na zdrowiu kobiety?
Nieprzypadkowo ostatnie dwa lata spędziłem nad rozwijaniem wzmagającej płodność aplikacji iYoni, z której korzysta już 170 tys. osób. Działamy profilaktycznie, odciążając system opieki zdrowotnej. To jest podstawa, a potem dopiero powinniśmy myśleć o zabezpieczeniu kwestii socjalnych i finansowaniu - innym, niż poprzednio - procedury in vitro. Bez ograniczeń co do wieku, rezerwy jajnikowej, a jedynie do dwójki dzieci. Trzeba wprowadzić finansowanie in vitro u osób samotnych.

Podniosą się oburzone głosy - jak to, wychowywać dziecko bez ojca?
A jak jest obecnie w Polsce? Ktoś kiedyś dowcipnie rzucił, że często dzieci wychowują u nas pary homoseksualne, czyli matka i babcia. Mniejsza o jakość żartu, ważne są cele dotyczące szczęścia pojedynczych osób oraz spokojnego rozwoju społeczeństwa. Po co kobiety bez partnerów mają jeździć po pomoc do Ukrainy lub Danii? Przecież to jest ograniczanie płodności tych ludzi. W obecnej sytuacji demograficznej każda forma wsparcia dla osób, które pragną dzieci i są gotowe wychować je z miłością jest ważna.

Wesprzyj nas,

aby mieć wybór, alternatywę i dostęp do obiektywnej, wiarygodnej i rzetelnej informacji.
BEZ PROPAGANDY

Zawsze Pomorze Logo

 

ZAPRENUMERUJ E-WYDANIE

Zaprenumeruj

Komentarze