Trzy dni, sześciu artystów, 70 lat tradycji
Jak co roku trzy jesienne dni w Sopocie minęły wyjątkowo szybko. Pierwszy na scenie Mamuszki 14, dwa kolejne już w większej sali Blugrass w hotelu Radisson. Zobaczyliśmy sześć składów, które przeprowadziły nas przez najróżniejsze odsłony jazzu. Od młodego spojrzenia, które nie boi się sięgać po inspiracje z innych gatunków, przez międzynarodowe formacje, w których przenikały się kultury po klasykę w wykonaniu mistrzów.
To także bardzo przyjemnie spięło klamrą historię jazzu w Sopocie. Mija bowiem 70 lat od pierwszego takiego koncertu w tym mieście. Przez ten czas nadmorski kurort stał się jednym z najważniejszych jazzowych ośrodków w kraju. Co roku możemy doświadczać tego, jak jazz się zmienia i ewoluuje. Jesteśmy w stanie poznać go lepiej, niż w jakimkolwiek innym miejscu.
Niesamowita moc młodości
W tym roku na Mamuszki 14 jako przedstawiciele nowej wizji gatunku pojawili się Michał Aftyka Quintet oraz Suferi w towarzystwie jednego z najwybitniejszych młodych basistów jazzowych, Brazylijczyka Frederico Heliodoro.
Kwinet Aftyki to jedna z najciekawszych formacji młodego pokolenia polskiego jazzu. Laureaci Fryderyka za debiutancki album „Frukstrakt” przyjechali do Sopotu z materiałem z najnowszej płyty „W Amoku”. Ich muzyka to nowoczesny jazz pełen emocji, improwizacji i odważnych poszukiwań, będący komentarzem do współczesnego świata. Co rzuca się jednak w oczy najbardziej to fakt, że w tym składzie - mimo nazwy - nie ma lidera. To system naczyń połączonych, który fantastycznie ze sobą współgra.
Pierwszy dzień zakończył projekt Suferi feat. Frederico Heliodoro. Laureaci Grand Prix festiwalu Nowa Tradycja połączyli jazz, elektronikę i muzykę ludową z centralnej Polski z brazylijską energią jednego z najwybitniejszych basistów współczesnej sceny. Panowie grali ze sobą dopiero drugi raz w życiu, ale kompletnie nie było tego po nich widać. Rozumieją się bez słów i fantastycznie potrafią połączyć energię polskiego i brazylijskiego folku z jazzowym szaleństwem.
Wielkie nazwiska w Sopocie
Dwa kolejne dni to danie główne festiwalu. Chociaż ja od zawsze jestem większym fanem sceny Mamuszki 14. Jednak ta krnąbrność młodego pokolenia w podejściu do jazzowych schematów dużo lepiej rezonuje z moim podejściem do muzyki. Niemniej - w Blugrass Hall otrzymaliśmy przepyszną ucztę.
Czytaj też: Open’er 2027: Znamy kolejnych headlinerów. Patti Smith, Raye, Sombr i The Neighbourhood w Gdyni
Mistrzowie ugotowali nam przepyszne dania. Ponad dwugodzinny piątkowy benefis Henryka Miśkiewicza był chyba dla wielu najważniejszym momentem festiwalu. Sam Miśkiewicz - ze względu na rekonwalescencję - nie mógł zagrać, ale był, opowiadał, wspominał, sypał anegdotami. W towarzystwie najbliższych współpracowników i rodziny przeprowadził nas przez ponad pięć dekad swojej muzycznej historii, serwując zarówno swingujące kompozycje, jak i jazzowe standardy.
Drugim z gigantów był oczywiście Bobo Stenson, który powrócił do Sopotu po dłużej przerwie i wraz ze swoim trio oczarował zgromadzoną w sobotni wieczór publiczność. Szwed nadawał tempo koncertowi zza fortepianu, ale za dynamikę odpowiadali kontrabasista oraz bębniarz, którzy co chwilę uciekali w niemal improwizowane pojedynki.
Pożegnania i przestrzenny majstersztyk
Nie można też zapominać o przestrzennym, płynącym graniu w wykonaniu Szymon Mika Quintet. Do Sopotu międzynarodowy skład przyjechał głównie z materiałem z nagrodzonej Fryderykiem płyty „Agma”. o muzyka budowana z subtelności, przestrzeni i wyrafinowanej improwizacji. Niesamowicie precyzyjny w swoim graniu jest ten zespół. Podziwiać takich muzyków na scenie to zawsze jest zaszczyt.
Ale finał należał do trio Marcina Wasilewskiego z gościnnym udziałem wybitnego saksofonisty Joe Lovano. To było symboliczne pożegnanie Wasilewskiego z rolą kuratora artystycznego festiwalu, którą pełnił od ostatnich siedmiu edycji. Już od pierwszego dnia tej edycji widać było, że jest wyluzowany i może cieszyć się swoją ostatnią odsłoną, a kulminacją był zamykający koncert, który aż kipiał od pozytywnej energii.
Wasilewski zostawia jednak Sopot Jazz w bardzo dobrych rękach. Od teraz kuratorem jest Dorota Miśkiewicz, która nie ma łatwego zadania. Przez ostatnie lata festiwal bardzo sprawnie łączył klasykę z nowością, ale jednocześnie potrafił pokazać pełne spektrum gatunku. O tym, jak sobie poradziła z nową rolą, dowiemy się za rok.



Napisz komentarz
Komentarze