Reklama

Piękniejsza twarz polskiego kina. To był festiwal kobiecych ról, które zapamiętamy

Filmy pooglądane. Bankiety odespane. 51. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni za nami. Co prawda niektórzy krytycy narzekają, że mało było filmów udanych, ale krytycy, jak sama nazwa wskazuje, głównie... krytykują. A to widzowie zdecydują, czy mają rację, czy nie.
Sandra Drzymalska jako Violetta Villas
Jakie kobiece role zostaną zapamiętane po tegorocznej edycji festiwalu filmowego w Gdyni?

Autor: FPFF

To, na co warto zwrócić uwagę, to fakt, że polskie kino bezsprzecznie ma dziś kobiecą twarz, co najlepiej udowodnił na 51. gdyńskim festiwalu historyczny, pod względem reprezentacji, udział reżyserek. Ale to był też festiwal kobiecych ról. Które z nich zostaną zapamiętane po tegorocznej festiwalowej edycji?

Rola, która budziła ambicje

Sandra Drzymalska jako Violetta Villas (FPFF)

Na Sandrę Drzymalską jako Violettę Villas festiwalowi widzowie czekali w napięciu. Bo rola największej polskiej diwy od lat budziła emocje i ambicje filmowców. Ale udało się film o tej gwieździe nakręcić właśnie teraz.

I zdaniem wielu oglądających „Violettę Villas”, to Sandra Drzymalska trzyma na swoich barkach całą filmową ramę.

Aktorka z rozmowie z „Zawsze Pomorze” przyznała, że dwa razy proponowano jej rolę Villas. Pierwszy raz usłyszała propozycję, kiedy miała 22 lata i wtedy ją odrzuciła, uznając, że jeszcze nie dojrzała do tej roli.

Pierwsza propozycja przyszła za wcześnie

- Musiałam mieć niezły tupet, rezygnując z niej. Ale nie czułam w tamtym momencie, że jestem na to gotowa - mówiła.

Projekt, po prawie 10 latach, wrócił do niej z nowym producentem i scenariuszem, i wtedy wiedziała już, że nadszedł odpowiedni moment.

- Miałam poczucie, że skoro ten projekt do mnie wraca i po raz drugi zostałam do niego wybrana, to coś znaczy. A ja bardzo wierzę w to, że jeżeli coś ci jest dane, to powinno się za tym iść. Ale przyznam, że na początku - po pierwsze bardzo się bałam, pod drugie - nie byłam pewna, a po trzecie - prowadziłam wewnętrzną walkę ze sobą, czy ta rola na pewno jest dla mnie, bo Violetta była ogromną osobowością. Z biegiem czasu zaczęłam ją traktować z ogromną czułością i się z nią zaprzyjaźniać.

Ta rola wymagała nie tylko zagrania trudnych emocji, ale też sporej charakteryzacji, która była bardzo wymagająca i trwała czasami od pięciu i pół do sześciu godzin. Aktorka musiała wtedy stawiać się na plan o 3 rano, żeby poddać się pełnej charakteryzacji i zacząć o godzinie 8 zdjęcia.

- Włosy nie były największym problemem i ja się do nich szybko przyzwyczaiłam. Ale dla mnie trudne do przejścia były prostetyki, które naklejano na moją twarz - głównie nos, policzki oraz szyję z dekoltem. Czułam lęk z tym związany, bo skóra oddycha, my się pocimy, a prostetyk ściąga twarz. Musiałam się przyzwyczaić do takiej „maseczki” noszonej czasami przez 12 godzin bez przerwy.

Film reżyserowała Karolina Bielawska. A do kin wejdzie 27 listopada, tuż przed 15 rocznicą śmierci Violetty Villas, która przypada 5 grudnia.

 Historia pięknej miłości

Maria Dębska w filmie „Przez ścianę” (FPFF)

Maria Dębska (kilka lat wcześniej czarowała na festiwalu jako Kalina Jędrusik) w filmie „Przez ścianę” również zagrała prawdziwą postać - Wiesławę Pajdak. To historia pięknej miłości w strasznych czasach. Dwoje ludzi nawiązuje ze sobą kontakt przez ścianę w stalinowskim więzieniu na Rakowieckiej. I zakochują się w sobie, nie widząc się.

Dla aktorki, jak nam po rozdaniu nagród mówiła, (Złote Lwy dla filmu) ta rola jest ogromną radością. 

- Odbyłam setki rozmów o tym, że ktoś uwierzył w miłość po naszym filmie, że ktoś płakał pierwszy raz od wielu lat, i to jest dla mnie najważniejsze.

Na pytanie, czy nie czuła rozgoryczenia, że jej mistrzowska gra nie została przez jury dostrzeżona, odparła, że liczy się tylko to, że komuś serce drgnęło i że film porusza.

Jak jej życie zmienił ten film?

- Straciłam przy tej roli kilka kilogramów, kosztowała mnie ona trochę stresu i nadszarpnięcia zdrowia, kilka siniaków, których już nie ma - odpowiada i dodaje, że ona sama jednak dostała dużo, dużo więcej.

- Przez ten film uwierzyłam w miłość. Uwierzyłam też, że możliwa jest wolność artystyczna, praca w szacunku i ciszy. Już wiem, że trudne role nie muszą powstawać w przemocy, braku szacunku. Maciek (Sobieszczański - reżyser) mi to pokazał. Czułam się bezpiecznie od początku do końca na planie. Zresztą wszyscy członkowie ekipy go kochali - zakończyła wypowiedź.


Lubi grać w debiutach

Agata Kulesza w filmie „Czas, który nie nadszedł” (FPFF)

Agata Kulesza to marka aktorska w polskim filmie nie do podważenia. Każdej produkcji nada rys szlachetności i wiarygodności. Nawet jeśli jest to kino futurystyczne, jak w przypadku „Czasu, który nie nadszedł” w reżyserii Julii Rogowskiej. To dystopijny melodramat. Akcja toczy się w przyszłości, gdzie starzenie się i naturalne przemijanie stały się największym tabu.

Dlaczego tak utytułowana aktorka gra u debiutantki? Na to pytanie Agata Kulesza odpowiada wprost, że lubi grać w debiutach. Lubi obejrzeć i zrozumieć, o czym młode kobiety chcą opowiadać i co je zajmuje.

- Zdziwiłam się, że to ma być rola dla mnie. Próbowałam Julkę przekonać, że chyba jestem za młoda do tej roli, że to może nie jest dobry wybór. Prawdę powiedziawszy trochę mnie udział w tym projekcie przeraził. Ale wszyscy bardzo się starali, tłumacząc, że wystarczy peruka z siwymi włosami. Okazało się, że tak naprawdę, nie trzeba było wiele do tej roli w sobie zmieniać - mówiła aktorka.

Dla niej, to była świetna historia, coś o czym cały czas dyskutujemy.

- Żyjemy w czasach fałszywego wizerunku i za chwileczkę zapomnimy, jak naprawdę wyglądamy. Miałam nawet taki pomysł do opatentowania, że będą lustra z zamontowaną już aplikacją upiększającą, przy których nie będziesz widziała, jak naprawdę wyglądasz. Ale moja córka powiedziała, że to byłoby niemoralne. Że nie można robić pieniędzy na głupocie ludzkiej - tłumaczyła, zanosząc się śmiechem.

Zdaniem Kuleszy ta gonitwa za upiększonym wizerunkiem, za młodością jest pułapką.

Ale - jak dodała: Rozumiem, że takie są czasy. A starość nie musi się mścić na młodości. Młodość jest piękna i silna i o pewnych rzeczach ma prawo nie myśleć. Julka (reżyserka - dop. aut) jest młodą osobą, ale wyjątkowo refleksyjną. Ja w jej wieku o tym nie myślałam. Ale nikt z nas nie ucieknie od tych myśli. Wszyscy się zestarzejemy, umrzemy. I w tym sensie to jest bardzo naturalny, ludzki film. Nie chcę straszyć, tylko powiedzieć - nie bójmy się tego, bo to i tak nadejdzie.

Aktorka przyznała, że to pierwszy film, w którym się całkowicie rozebrała i to dzięki partnerowi Dobromirowi Dymeckiemu. - Bo poczułam się przy nim bezpieczna - tłumaczyła.

Jak się czuła, widząc w lustrze na planie filmowym po raz pierwszy swoje stare odbicie?

- Niestety to tylko peruka, a reszta to ja i światło Mikołaja. Mówiąc szczerze i poważnie, wiem jak wyglądam i wiem, ile mam lat. I kiedy widzę swoje zdjęcia sprzed trzech lat, myślę sobie - ale super wyglądałam. A wtedy byłam załamana.Postanowiłam to zmienić i uznać, że dzisiaj świetnie wyglądam - mówiła.

Opowieść o dorastaniu

Gdynianka Julia Totoszko we "Fluidach" (FPFF)

Trudno nie zauważyć roli młodej Gdynianki Julii Totoszko, a właściwie dwóch ról. Jedną zagrała u debiutantki Marii Wider w filmie „Fluidy” (brawurowo i energetycznie, roznosząc niemal ekran), drugą w filmie „Miłe kobiety”, który zakwalifikowano do konkursu Perspektywy. I to za wkład artystyczny do tej drugiej roli nagrodzono ją na festiwalu.

Julia z aktorstwem jest związana już od dłuższego czasu. W wieku trzech lat zadebiutowała na scenie Teatru Muzycznego w Gdyni, tego samego w którym wręczane są festiwalowe nagrody.

Widownię festiwalową zachwyciła rolą we „Fluidach”. To intymna opowieść o dorastaniu - momencie zawieszonym między dzieciństwem, a dorosłością, w którym wszystko ulega nieustannym przeobrażeniom. Podczas wakacji na mazurskiej wsi rodzeństwo – nastoletnia Nina i młodsze niebinarne Miki – spędzają czas z dawno niewidzianym ojcem, który stara się odbudować utraconą więź. W cieniu rodzinnych napięć, przemilczeń i niełatwych prób zbliżenia się do siebie, rodzą się pytania o tożsamość i własne miejsce w świecie.

O trzech pokoleniach kobiet

Filmem, w którym grają same kobiety, jest „Òpi”. To pierwszy, polski horror inspirowany kaszubskim folklorem i mrocznymi, kaszubskimi przesądami.

Film w reżyserii Marty Giec opowiada o trzech pokoleniach kobiet uwikłanych w toksyczne relacje i mroczne przesądy, zakorzenione w kaszubskich wierzeniach. Łączy elementy horroru, thrillera psychologicznego oraz rodzinnej sagi. Opowiada o Trinie – młodej dziewczynie, która - wraz z przyjazdem tajemniczej ciotki i babci - odkrywa swoje kaszubskie dziedzictwo.

 

W filmie zagrały m.in. Magdalena Boczarska, Gabriela Muskała, a także młoda aktorka Wiktoria Kruszczyńska. Jej bohaterka, 18-letnia Trina, planuje uciec od toksycznej matki, ale jej plany burzy nagłe pojawienie się tajemniczych krewnych z Kaszub. Ta wizyta powoduje zderzenie się z mrocznym dziedzictwem.

Jak mówi nam Wiktoria, ten film to historia kobiet w wielopokoleniowej rodzinie.

- Temat przenoszonej traumy i transgresji pokoleniowej, o czym teraz w kinie sporo się mówi, jak w „Wartości sentymentalnej” Triera - wyjaśnia. - Najpierw temat przenoszonej traumy bardzo mnie zainteresował, a potem przyszedł do mnie ten scenariusz. Tu też zadziałała jakaś magia - śmieje się Wiktoria.

Druga aktorka, Gabriela Muskała, opowiadała nam, że po przeczytaniu tego scenariusza pomyślała: wchodzę w to. Ale nigdy w życiu przez myśl jej nie przeszło, że takie wierzenia miały miejsce na Kaszubach, że w tym regionie krążą takie legendy.

Ten film, jej zdaniem, to wór informacji o Kaszubach. - Jestem wdzięczna scenarzystkom, że wyciągnęły te legendy, to dziedzictwo, na wierzch. Bo my też składamy się z tych wierzeń.

Gabriela Muskała podkreśla, że horror jest tylko pretekstem do opowiedzenia dramatu rodzinnego.

Na pytanie o to, jaka jest jej bohaterka, odpowiada: - Jak każda kobieta w tym filmie niesie przez lata tajemnicę, której nie może zdradzić, a która dla niej jest ogromnym ciężarem. Jest kobietą jakich w Polsce wiele - mocno niespełnioną, skrzywdzoną przez życie, sfrustrowaną, samotnie wychowująca córkę i wylewającą wszystkie swoje frustracje na dziecko. Ale to kobieta, która odnalazła coś, czego mogła się złapać. A tym czymś jest krzyż i wiara oraz papież, który przyjeżdża do Polski. Dla mnie ta postać, mimo pewnego okrucieństwa, ma wymiar tragiczny. Miałyśmy skrzydła u ramion, grając te postaci, w tym niełatwym materiale, ale bardzo inspirującym aktorsko, niezwykle gęstym i mocnym - kończy.

Więcej o autorze / autorach:
tekst alternatywny
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze