Reklama
PATRONAT

Kostiumografka gwiazd wraca na scenę z No Limits. Anna Męczyńska o modzie, Pendereckich i „sodówce”

Z Warszawy przyjechała z Trójmiasta na dwa miesiące, a zostało z tego prawie 30 lat pracy przy filmach i serialach. Teraz, po 13 latach przerwy, znów śpiewa, a 18 grudnia ukaże się jej płyta z zespołem No Limits.
Kostiumografka gwiazd wraca na scenę z No Limits. Anna Męczyńska o modzie, Pendereckich i „sodówce”

Autor: Mateusz Motyczyński

„Zawsze Pomorze”, patronatPatrzę na pani życiorys i myślę: kobieta wielu talentów i zawodów. W której skórze czuje się pani najlepiej?

Przez prawie 30 lat zebrałam sporo różnych doświadczeń zawodowych. Robiłam to – nie ukrywam – z pewnego lęku, że w życiu może być różnie. Mam również „papiery” na charakteryzację filmową. To miało mi pomóc w tak niepewnym świecie, jakim jest show-biznes. Zakładałam, że jeżeli nie stylizacja, to charakteryzacja, a jak nie charakteryzacja, to może fryzury z epoki, których uczyłam się w Międzynarodowym Studium Dziewulskich. Nie chciałam dać się zaskoczyć ani być niedouczona. A wracając do pytania o skórę… Myślę, że to wszystko w moim życiu się uzupełniało. Chociaż niektórzy uważają, że źle zrobiłam, odpuszczając śpiewanie. A odpuściłam je sobie na 13 lat.

Obraziła się pani na śpiewanie?

W pewnym sensie tak. Uważałam wtedy, że już nigdy więcej nie otworzę ust na scenie. Nie miałam świadomości swojego talentu, siły i barwy swojego głosu. Byłam młoda i nie doceniałam tego, co mam. Nie rozumiałam, że głos trzeba pielęgnować. Podobnie było z moimi pozostałymi zawodami. Po blisko 30 latach odważniej zabieram głos. Widzę jednak, że żyjemy w czasach, kiedy wszyscy zabierają głos, często nie mając do tego podstaw.

Dzisiaj wszyscy znają się na wszystkim. Media społecznościowe ich w tym utwierdzają.

Ja swoje zawody kostiumografa i stylisty poznawałam od podszewki. To bardzo twórcze fachy, które utrzymują człowieka w nieustannej ciekawości. Nie wystarczy wiedzieć, czy spodnie powinny mieć trzy zaszewki, czy pięć. Żeby być dobrym, nie można przysnąć ani na chwilę. Moda cały czas się przepoczwarza, choć wydaje nam się, że wszystko już było. Było, tyle że można to przetransponować inaczej. Dlatego w cenie jest kreatywność i to, jak łączymy rzeczy. Kiedyś łączenie pewnych wzorów było nie do pomyślenia. Dzisiaj kratka z kropkami to standard. Podobnie jak czerń z granatem.

Co jeszcze zmienia się w modzie?

Właściwie mody nie dyktują już projektanci. Może wprowadzają jakieś elementy, ale kierunki wyznacza dziś ulica. Dla mnie moda jest podróżą, wyrażaniem siebie. Możemy się za nią schować, ale możemy też dzięki niej stworzyć siebie na nowo. Ludzie często mówią: „Mnie to nie interesuje, mnie to nie dotyczy”. Nic bardziej mylnego. Nawet modowa abnegacja jest wyrazem pewnej postawy życiowej. Mam wielką słabość do eleganckich kobiet. Rozczulają mnie starsze panie, które się nie poddają i nadal potrafią być kreatywne w modzie.

Mniej więcej 30 lat temu rzuciła się pani na głęboką wodę: zostawiła Trójmiasto i ruszyła na podbój Warszawy. Mogło się nie udać, ale się udało. Jest pani jedną z najlepszych kostiumografek i stylistek w Polsce.

Kiedy człowiek jest bardzo młody, ma w sobie dużo siły. Chciałam się po prostu sprawdzić: czy jestem coś warta, czy poradzę sobie na innym gruncie, czy to tylko moje mrzonki. Dałam sobie na to dwa miesiące, bo na tyle znajomi użyczyli mi za darmo mieszkanie w Warszawie. Chodziłam w tym czasie po redakcjach z portfolio i pokazywałam, co zrobiłam.

Zdarła pani obcasy.

Dreptało się, czekało się na korytarzach. Ale nie obrażałam się i nie zniechęcałam, bo takie są początki. Bardzo mi zależało. Wiedziałam, że może się nie udać. Myślałam, że jeżeli przez dwa miesiące nic nie zarobię, wrócę do Trójmiasta i zajmę się, na przykład, robieniem manicure. Potem wynajęłam skromne, 17-metrowe mieszkanko bez kuchni i pralki, ale nadal nie opuszczała mnie determinacja. Trzymałam się jej pazurkami.

Pracowała pani przy serialach „Prawo Agaty”, „Teściowie 2”, „Bracia”, „Rodzinka.pl” i przy filmach „Narzeczony na niby”, „Wkręceni”, „7 rzeczy, których nie wiecie o facetach”, „Jak poślubić milionera” czy „Kogel-mogel 4”. Z czego jest pani najbardziej zadowolona?

Przede wszystkim z „Rodzinki.pl”. W pewnym sensie od niej zaczęła się moja droga kostiumografa. Ważny był dla mnie też serial „Bracia”. Pierwszy sezon można było oglądać w Polsacie, a teraz jest dostępny na jednej z platform. Grali w nim jeszcze Janek Frycz, a także Piotr Stramowski, Mateusz Kościukiewicz i Nikodem Rozbicki. Drugi sezon jest nagrany i czeka na emisję, liczę też na trzeci. Wspominam o nim, bo to była praca nie tylko ze wspaniałymi aktorami, ale też w wyjątkowej atmosferze. Żeby wszystko dobrze wybrzmiało na ekranie, na planie musi dobrze funkcjonować wszystko: ludzie, talenty, serca i pieniądze. Bardzo jestem też dumna z mojego pierwszego filmu, „Miłości na wybiegu”.

Co takiego wyjątkowego było w tej pracy?

Pracowałam przy nim, nie mając jeszcze pojęcia o pracy kostiumografa. Akcja filmu toczyła się w świecie mody i najpierw miałam być konsultantką. Potem wycofały się kostiumografki. Przyszedł do mnie producent i powiedział: „Ty zrobisz ten film”. W ciągu dwóch tygodni, a to bardzo mało, przygotowałam wszystkie kostiumy i intuicyjnie wykreowałam postaci. Tak zaczęła się moja przygoda z kostiumem, która trwa do dziś. Widać jakieś anioły nade mną czuwały. Ale następnego dnia po propozycji producenta gorzko zapłakałam, bo uświadomiłam sobie, że nic nie wiem. A na początku nikt w branży nie chciał mi pomóc. Wszyscy uważali, że skoro się tego podjęłam, muszę sobie radzić sama. Zresztą po latach nic się nie zmieniło. Wiem, że mogę liczyć tylko na siebie, bo jestem konkurencją. Nie chcę nikogo zrażać, ale to bardzo twardy sektor.

Pewnie odpowiedziała pani niedowiarkom tytułem innego filmu: „Ja wam pokażę”.

Nie mówiłam „ja wam pokażę”, tylko „ja się sprawdzę”. Chciałam udowodnić, że mam talent i że nie przez przypadek znalazłam się w tej branży. Te prawie 30 lat w kostiumografii wypracowałam ciężką pracą. W tym zawodzie nie możesz zawiesić się na osobistych planach, bo zawsze może się zdarzyć coś ważniejszego w pracy. Ale nie żałuję, bo dzięki temu zaczęłam też pracować dla teatrów muzycznych, przy programach telewizyjnych i teledyskach. Ciemniejszą stroną tego zawodu są propozycje, które potem się nie ziszczają. Takich sytuacji jest wiele.

Ma pani do czynienia z gwiazdami. W „Miłości na wybiegu” grali np. Iza Kuna, Marcin Dorociński i Tomasz Karolak. Jak się ubiera aktorów?

Moją szkołą przetrwania w świecie prawdziwych gwiazd był wyjazd do państwa Pendereckich, do Lusławic. Mieszkałam u nich cztery dni, przygotowując oboje do sesji zdjęciowej, i byłam z nimi od rana do wieczora. Wtedy przydała mi się szkoła muzyczna, do której chodziłam. Bo o czymś z panem Krzysztofem musiałam rozmawiać, i to nie o zaszewkach czy guzikach. Kluczem do dobrego kontaktu z państwem Pendereckimi mogły być tylko sztuka i muzyka. Otworzyli przede mną serce, a znajomość i współpraca trwały wiele lat. W środowisku filmowym bratanie się nie zawsze wychodzi. Moim zdaniem osoby z poważnym dorobkiem artystycznym nie zachowują się tak gwiazdorsko jak czasem młodzi aktorzy.

Ja ich nazywam gwiezdną posypką.

To ci dojrzali, z sukcesami, dają ci szansę pokazać, jak widzisz postać. Jest między nami dialog. Przez lata pracowałam też z ludźmi, którzy błyskawicznie osiągnęli sukces albo byli na początku drogi, i widziałam, jak woda sodowa uderza im do głowy. Potrafią zachowywać się protekcjonalnie, a nawet niegrzecznie. Próbowałam tłumaczyć ich zachowanie własnym, z czasów, kiedy zaczęłam odnosić pierwsze sukcesy w No Limits. Wtedy też pojawiła się „sodówa”, której nie umiałam udźwignąć. Gdybym dziś pisała autobiografię, zatytułowałabym ją „Coś mi się wydawało”. Ale jeśli jesteś uczciwa wobec siebie, po pewnym czasie weryfikujesz takie zachowania.

Wspomniała pani o No Limits. W szkole muzycznej uczyła się pani śpiewu operowego i tam spotkała Macieja Łyszkiewicza, który właśnie zakładał zespół.

Pewnego dnia podszedł do mnie na korytarzu, zbajerował, że słyszał, jak śpiewam, i zaprosił do zespołu. Okazało się, że ich wokalistka wycofała się kilka dni przed koncertem. Oczywiście się zgodziłam. Uznałam, że jeżeli coś w moim życiu przychodzi, trzeba to wykorzystać, bo szansa może się nie powtórzyć.

Teraz wraca pani do zespołu i nagrywacie płytę.

Wracam i mam z tego, że śpiewam i koncertujemy, o wiele więcej przyjemności niż przed laty. Płyta wychodzi 18 grudnia. Z Maćkiem stworzyliśmy duet i część utworów No Limits przearanżowaliśmy na wokal i fortepian. Śpiewam też standardy, wracam do dawnych szlagierów. Nie śpiewam po to, żeby być znaną, tylko żeby wykorzystać talenty, które jeszcze w człowieku drzemią. Żeby nie poddawać się czasowi, który zaczyna wokół nas stygnąć i tężeć. Dopóki mój głos będzie dobrze brzmieć, będę przyzwoicie wyglądać na scenie, a panowie zechcą ze mną grać, będę śpiewać. Widzę, jak ludzie się wzruszają przy naszych piosenkach. Mówią, że jesteśmy dla nich inspiracją, i to daje siłę.

Gdybym miała zatytułować pani życie, użyłabym tytułu filmu: „Podwójne życie Anny”. Moda i muzyka się dopełniają.

Moim zdaniem lepszy byłby tytuł „Życia równoległe”. A tym, którzy nie pojmują, że można dobrze pracować z kostiumami, charakteryzować i jeszcze śpiewać, mówię: „Tak, mój głos dobrze brzmi”. To nie zarozumiałość. Po prostu daję sobie teraz prawo do doceniania siebie. Wcześniej uważałam, że nie śpiewam najlepiej, i biczowałam się za to. Cały czas pracuję nad głosem, chodzę na lekcje śpiewu. Na nasze koncerty przychodzą kolejne pokolenia i słuchają nas z rozświetlonymi oczami. To jest fajne.

Więcej o autorze / autorach:
tekst alternatywny
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama Ziaja kuracja peptdowa
Reklama Ziaja kuracja peptdowa
Reklama
Reklama