Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego poinformowała o zatrzymaniu łącznie czterech nastolatków w wieku od 13 do 17 lat, którzy mieli planować zamachy terrorystyczne, m.in. na meczet i w szkołach. Czy młodzież radykalizuje się na niespotykaną dotąd skalę?
Niestety tak. To kolejne tego rodzaju zatrzymania, a problem absolutnie nie dotyczy tylko Polski. Młodzież radykalizuje się dziś bardzo dynamicznie. Wskazałbym dwa główne czynniki. Pierwszy to czynnik środowiskowy: platformy społecznościowe, serwisy streamingowe, komunikatory i platformy gamingowe. Drugi, na który wskazują europejskie instytucje bezpieczeństwa, to swoisty katalizator wydarzeń. Dziwnym trafem – można to nazwać korelacją – dynamika i tempo tego rodzaju zjawisk drastycznie przyspieszyły po inwazji Rosji na Ukrainę.
Kto radykalizuje dzieci i młodzież? Służby obcych państw?
Nie tylko.
Mamy do czynienia z mechanizmem, który w niesamowity sposób ułatwia krzywdzenie dzieci i młodych ludzi przez zorganizowane grupy czy wręcz służby. Bardzo ważne jest jednak, by zrozumieć, że te osoby są najpierw krzywdzone, a dopiero później same stają się sprawcami. Często radykalizują je inni młodzi ludzie o skrajnie destrukcyjnych skłonnościach.
Dzieci robią to innym dzieciom?
To nowe, bardzo trudne do zdiagnozowania zjawisko, które spędza sen z powiek instytucjom bezpieczeństwa. Nazywa się „The Com” – od angielskiego „community”, czyli – o ironio – wspólnota. Składa się z trzech ściśle powiązanych komponentów.
Jakie to komponenty?
Pierwszy to szeroko pojęta cyberprzestępczość. Młodych ludzi włącza się w różnego rodzaju przestępstwa w środowisku cyfrowym. Żeby uświadomić sobie skalę: w Europie aż 70 proc. rynków przestępczych angażuje dziś dzieci i młodzież. W niektórych krajach odsetek małoletnich wśród osób, którym stawia się zarzuty, przekracza 10 proc.
O jakich przestępstwach mowa?
To mogą być zorganizowane ataki doxingowe, czyli ujawnianie w sieci prywatnych danych innych osób. Dzieci i młodzi ludzie są w tym przerażająco skuteczni. To mogą być manipulacje finansowe, wyłudzanie wrażliwych danych, a także dystrybucja nielegalnych materiałów, w tym treści przedstawiających seksualne wykorzystywanie małoletnich. Samą cyberprzestępczość znamy od dawna, ale masowe angażowanie w nią tak młodych ludzi to nowy, niebezpieczny trend.
Jaki jest drugi komponent?
Ma bezpośredni związek z wydarzeniami, które obserwujemy w Polsce. To nowa forma ekstremizmu: ekstremizm nihilistyczny. Rodzi się niemal w całości w świecie cyfrowym i jest skrajnie zindywidualizowany. Młodzi często radykalizują się w pojedynkę, w swoich pokojach. Owszem, mają poczucie przynależności do jakiejś wspólnoty, ale jest ona zapośredniczona wyłącznie przez ekrany i bardzo zdecentralizowana. Nie muszą działać w zorganizowanych strukturach.
Jak szybko postępuje ten proces? Kiedyś wypranie komuś mózgu do tego stopnia, by chciał podłożyć bombę, zajmowało sporo czasu.
Właśnie to jest najgorsze: tempo. Instytucje europejskie alarmują, że czas od wejścia młodego człowieka w sieć radykałów do podjęcia działań operacyjnych, takich jak planowanie zamachów, skrócił się z ponad półtora roku do zaledwie kilku tygodni.
Czym ekstremizm nihilistyczny różni się od terroryzmu religijnego czy politycznego?
Ma charakter skrajnie nieideologiczny. Oczywiście pojawiają się tam różne narracje. W przypadku zatrzymanych ostatnio młodych ludzi z Polski były one neonazistowskie, ale mogą być też satanistyczne. Tyle że są wewnętrznie niespójne i czysto użytkowe. Raporty Europolu, FBI, brytyjskiego MI5, a także naszej ABW pokazują, że ideologia to tylko kostium. Dziś narracja może być neonazistowska, a za tydzień radykalnie ekologiczna.
W tradycyjnym terroryzmie chodziło o zburzenie starego porządku i zbudowanie nowego. W radykalizacji nihilistycznej celem samym w sobie jest czysta destrukcja.
Mamy więc cyberprzestępczość i ekstremizm nihilistyczny. Brakuje trzeciego zasygnalizowanego przez pana komponentu.
To szantaże o naturze seksualnej i wykorzystywanie małoletnich, często do celów pozaseksualnych. To zjawisko dość powszechne, a zarazem bardzo trudny temat. Ludzie i instytucje często go odsuwają lub marginalizują ze względu na barierę mentalną.
Osoby, które owijają sobie dzieci wokół cyfrowych palców, często nie robią tego z pobudek seksualnych. Najpierw wciągają młodego człowieka w intymne dialogi. Potem nakłaniają do przesyłania nagich zdjęć i filmów albo do wspólnego oglądania pornografii. Wszystko dokumentują, a potem używają tych materiałów, by szantażować pokrzywdzonych.
Do czego ich zmuszają?
Tu również mamy do czynienia ze stopniowaniem, którego celem jest odwrażliwianie młodego człowieka. Odbywa się to w logice wyzwań, tzw. challenge'ów, tak popularnych w mediach społecznościowych. Żeby zbudować status w grupie – a de facto, by nie doszło do publikacji kompromitujących materiałów – młody człowiek musi robić coraz gorsze rzeczy. Zaczyna się od sprowokowania bójki. Potem jest krzywdzenie i zabijanie zwierząt domowych. Następnie działania autodestrukcyjne: samookaleczenia, wycinanie sobie na ciele symboli przynależności do grupy, zwykle w miejscach zasłoniętych ubraniem. Wiele z tych historii kończy się próbami samobójczymi lub samobójstwami młodych ludzi, którzy nie wytrzymują presji.
To porażające, że to dzieciaki nakłaniają rówieśników do takich rzeczy. Na dodatek wychodzi na to, że działają na niewyobrażalnie dużą skalę.
Najbardziej znana i bezprecedensowo rozbudowana sieć, działająca w wielu krajach, to Grupa 764. Założył ją 15-latek ze Stanów Zjednoczonych. Wychowywał się w bardzo restrykcyjnej, protestanckiej rodzinie, z ojcem trzymającym żelazny porządek. Matka najprawdopodobniej tego nie wytrzymała i odeszła. Chłopak znalazł się w głębokim kryzysie psychicznym, a w szkole doświadczał brutalnego nękania. Wszystko przyjmował w milczeniu. Uciekł w świat cyfrowy, gdzie zaczął interesować się krwawymi treściami, zamachowcami szkolnymi i ekstremistami. Zrezygnował ze szkoły, zamknął się w domu i zaczął budować swoją sieć.
Piętnastolatek z własnego pokoju stworzył globalną organizację?
Tak. Nazwa 764 pochodziła od kodu pocztowego jego miejsca zamieszkania. Sieć działała kaskadowo: uwodziła dzieci, tworzyła materiały z ich wykorzystaniem seksualnym, a szantażowane ofiary wciągały kolejne. Rodzice byli przekonani, że ich dzieci trafiły do neonazistowsko-satanistycznej sekty. W Kanadzie grupę uznano za organizację terrorystyczną. To pokazuje, że młodzież o destrukcyjnych skłonnościach może sama napędzać tę machinę zła.
Brzmi jak łakomy kąsek dla obcych służb, na przykład rosyjskich.
W sieciach „The Com” młodzi działali głównie po to, by niszczyć z gniewu i buntu. Obce służby dorzuciły motyw finansowy. Nazywamy to „VaaS” – z angielskiego „Violence as a Service”, czyli przemoc jako usługa. Mechanizm jest prosty: dzieci dostają na komunikatorach zadania do wykonania za pieniądze. W Wielkiej Brytanii zatrzymano niedawno 11- i 15-latka, a tamtejsze służby mają pewność, że na końcu łańcucha zleceniodawców stała Rosja. Europol nie kryje, że rosyjskie służby aktywnie korzystają z tego modelu, by destabilizować Unię Europejską i rozbijać nasze społeczeństwa od środka.
Dlaczego służby potężnego państwa werbują dzieci?
Bo do zadań dywersyjnych są idealne. Są tanie, bo często pracują za mikropłatności. Łatwo nimi manipulować, bo często są w kryzysie, funkcjonują w spektrum autyzmu albo na forach samopomocowych dla osób odrzuconych. Są bezpieczne dla zleceniodawców, bo trudno je powiązać ze źródłem zlecenia. A w razie wpadki zazwyczaj nie łapią się pod surowe paragrafy kodeksu karnego. Europejski zespół operacyjny w ciągu kilku miesięcy zatrzymał ponad 270 takich młodych osób, także z Polski. Wśród nich był 12-latek w kontakcie z zamachowcami w Turcji i 17-latka, która wydawała instrukcje, jak przygotować zamach w Kanadzie.
Jakie zlecenia wykonują młodzi ludzie w Polsce w ramach tej „przemocy jako usługi”?
Pojawiają się działania „kurierskie”: młodzi dostają pieniądze za przewożenie paczek z punktu A do B. W Europie zdarzało się, że nastolatki przenosiły materiały wybuchowe, nie mając pojęcia, co mają w plecaku i że pracują dla obcego wywiadu. Do tego niszczenie pomników, wypisywanie skrajnych haseł na ścianach czy podpalenia, których falę ostatnio obserwowaliśmy. Obce służby rekrutują w tym samym modelu także młodych Ukraińców i Białorusinów, którzy uciekli do Polski przed wojną lub reżimem. Są podatni, wyobcowani i często potrzebują pieniędzy.
Nasze służby są na to przygotowane? Mają odpowiednie narzędzia?
Mają bardzo ograniczone możliwości wyłapywania radykalnych młodych osób w cyberprzestrzeni. Wkraczają dopiero na skrajnym etapie, gdy dochodzi do bezpośredniego planowania zamachu. Państwo nie ma instrumentów kontroli nad wielkimi platformami, bo prezydent Karol Nawrocki zawetował ponad pół roku temu ustawę wdrażającą Akt o usługach cyfrowych i ten mechanizm buduje się na nowo. W zeszłym tygodniu prezydent podpisał pierwszą z dwóch ustaw, wyznaczającą UKE na koordynatora usług cyfrowych. Na drugą, ważniejszą, bo dotyczącą blokowania treści przestępczych, poczekamy jeszcze kilka miesięcy. Nie mamy suwerenności cyfrowej, a algorytmy gigantów technologicznych zarabiają na podbijaniu negatywnych emocji.
W kwietniu zmieniły się w Europie przepisy i niezależne instytucje straciły możliwość masowego raportowania treści pokazujących seksualne wykorzystywanie dzieci. Nie mamy wyspecjalizowanej unijnej agencji, która by je monitorowała. Spora część prawicy i – jak ich nazywam – „dowolnościowcy” blokują rozwiązania, zasłaniając się prawem do prywatności. A brak standardów ochrony małoletnich w internecie to raj dla przestępców.
Co rodzic może z tym zrobić? Na jakie sygnały ostrzegawcze zwracać uwagę, żeby pewnego dnia do domu nie wpadli funkcjonariusze ABW?
Wyłapanie tego u nastolatka jest trudne, bo wiek dojrzewania sam w sobie jest pełen gwałtownych emocji i buntu. Są jednak czerwone lampki. Przede wszystkim drastyczne, nagłe wycofanie społeczne, całkowite zamknięcie w pokoju ze smartfonem. Zwracajmy uwagę na język: czy w słowniku dziecka nie pojawiają się nowe, dziwne kody, nietypowe skróty, specyficzna nowomowa.
Kolejny sygnał to nagłe korzystanie z nowych komunikatorów, o których rodzic nie ma pojęcia, czy nieuzasadnione używanie VPN-ów do ukrywania aktywności w sieci. Bardzo niepokojące są paczki niewiadomego pochodzenia, które dziecko zaczyna otrzymywać lub wysyłać. No i bezwzględnie: ślady samookaleczeń, zwłaszcza układające się w konkretne symbole czy znaki.
A może panikujemy? Młodzi przecież z natury widzą świat w skrajnościach.
Czarno-białe widzenie świata to naturalna cecha młodości. Ale nie ma mowy o panice. Dawniej ten bunt napotykał naturalne bariery społeczne w świecie fizycznym. Dziś mechanizmy wielkich platform kapitalizują skrajne emocje i napędzają je na niespotykaną skalę, tak by przekładały się na drastyczne czyny. ABW wprost przyznaje, że narastająca agresja i ataki nożowe wśród małoletnich to wyraźny, rosnący trend w Polsce.
Zakazanie młodzieży dostępu do mediów społecznościowych może coś zmienić?
Kierunek myślenia jest dobry, ale ograniczanie się do zakazów to droga donikąd, choćby dlatego, że młodzi łatwo je obejdą. Trzeba wymagać od polityków twardych regulacji wobec big-techów. To platformy powinny być rozliczane z tego, czy nie korzystają z nich osoby za młode.
Dowodem na to, że big-techy nie weryfikują wieku użytkowników, są liczby. Tylko w Polsce z mediów społecznościowych korzysta 1,5 mln dzieci poniżej 13. roku życia. Na Messengerze czy WhatsAppie to ok. 900 tys., a na TikToku ok. 800 tys. Ci bardzo młodzi użytkownicy są wliczani do kampanii reklamowych adresowanych do znacznie starszych odbiorców, co w istocie oznacza oszukiwanie reklamodawców. Gdyby branża reklamowa postawiła tu warunki, platformy pilniej weryfikowałyby wiek. Ale branża tych warunków nie stawia, więc mamy to, co mamy.
Dlatego obok twardych regulacji naszym wspólnym priorytetem musi stać się edukacja medialna i informacyjna. Bo w kwestii bezpieczeństwa cyfrowego naszych dzieci jesteśmy dziś jako społeczeństwo daleko w tyle za przestępcami.
Partner akcji




Napisz komentarz
Komentarze