Reklama

Grzegorz Rzeczkowski: Nie należy lekceważyć pozornie marginalnych polityków i działaczy

Roman Dmowski jest idolem właściwie wszystkich najważniejszych polityków w państwie poza tymi, którzy zasiadają w rządzie. A to on uczył nas nienawiści do Niemców, Ukraińców, do Zachodu. On i jego uczniowie chcieli zaprowadzić w Polsce rządy autorytarne, właściwie faszystowskie mówi Grzegorz Rzeczkowski, autor książki „Ameryka Kremla. Jak Rosja zatruła nasz kraj trumpizmem”
Grzegorz Rzeczkowski: Nie należy lekceważyć pozornie marginalnych polityków i działaczy
Grzegorz Rzeczkowski – dziennikarz i pisarz, autor serii artykułów na temat rosyjskich śladów w aferze podsłuchowej. Opublikował „Obcym alfabetem. Jak ludzie Kremla i PiS zagrali podsłuchami” (2019) i „Katastrofa posmoleńska. Kto rozbił Polskę” (2020), „Szpiedzy Putina. Jak ludzie Kremla opanowują Polskę” (2024), „Ameryka Kremla. Jak Rosja zatruła nasz kraj trumpizmem”

Autor: Marek Szczepański

Lansuje pan tezę, że polityka Donalda Trumpa jest w gruncie rzeczy zbieżna z interesami Kremla. Prezydent USA jednak do tej pory trochę kluczył. Jeszcze we wrześniu podpisał ustawę sankcyjną pozwalającą karać cłami kraje kupujące rosyjską ropę. A tu nagle Trump ogłasza umowę z Putinem odblokowującą sprzedaż rosyjskiego diesla i znów kwestionuje przywództwo Zełenskiego. Skąd ten zwrot właśnie teraz?

Bo pod pretekstem działań na rzecz obniżenia cen paliw w USA próbuje załatwić własny, prywatny deal. Rosja kusi go perspektywą dużych pieniędzy, tym, że stanie się takim miliarderem, jakim jest Putin. Kreml doskonale wie, na jakie impulsy Trump jest podatny i od dziesięcioleci oddziałuje na niego poprzez sprawy majątkowe i finansowe. Wie, jak z nim postępować, by robił to, na czym mu zależy. Wszystkie te przepychanki i sankcje, którymi Trump straszył, miały w ocenie wielu ekspertów charakter głównie negocjacji biznesowych prowadzonych we własnym interesie. Na szali jest przecież pokusa przejęcia zagranicznych aktywów rosyjskiej spółki paliwowej, są też inne interesy paliwowe, którymi Rosja kusi Trumpa i jego rodzinę. Współpraca putinowskiej Rosji i trumpowskiej Ameryki opiera się w dużej mierze na pieniądzach, i to dużych oraz na chęci dokonania nowego podziału świata. Obie strony negocjują, mając za nic prawa człowieka, prawo międzynarodowe i ofiary wojny w Ukrainie. Tylnymi drzwiami wprowadzają na polityczne salony nowy porządek, oparty na sile militarnej i sile pieniądza.

Trump, choć skutecznie zdewastował już amerykański system polityczny, wciąż nie jest tak niekontrolowanym dyktatorem jak Putin. Nawet kilku republikańskich kongresmenów zapowiedziało w ostatnich dniach ponadpartyjną ustawę blokującą tę umowę. Czy jest szansa, że Ameryka otrzeźwieje i zobaczy, że to deal jednego faceta, niekoniecznie w interesie Stanów Zjednoczonych?

To oczywiste, że to nie jest w interesie Stanów Zjednoczonych. To jest robione – jak wspomniałem – w interesie Donalda Trumpa i jego rodziny. Widzieliśmy już, jak jej członkowie wykorzystywali stanowisko prezydenta do powiększania majątku. Aktywność rodziny Trumpa, w tym jego zięcia, na rynku kryptowalut czy na Bliskim Wschodzie dobitnie pokazuje, że Trumpowi zależy przede wszystkim na pomnażaniu majątku i pompowaniu własnego ego. Pozostałe sprawy są drugo-, trzecio-, czwartorzędne. To, że nawet republikańscy kongresmeni przecierają oczy, oczywiście ma znaczenie. Pytanie: jak duże? Pierwszej odpowiedzi udzielą listopadowe wybory do Kongresu: zobaczymy, czy Republikanie stracą w nim większość. Kolejnym testem będzie to, co zrobią Demokraci, żeby zatrzymać Trumpa. To będzie trudniejsze, bo Trump nie sprawia wrażenia człowieka, który chce się zatrzymać. Pachnie to ostrym konfliktem wewnętrznym. Trump pokazał, na co go stać w styczniu 2021, kiedy doszło do ataku na Kapitol i zamieszek, w których zginęli ludzie. Tak to wygląda, gdy władzę oddaje się ludziom, którzy ponad dobro wspólne przedkładają własne. Trump doskonale odnajduje się w relacjach z Putinem, ale nie tylko – hołubi też innych dyktatorów, których podziwia za to, jak zdobyli i utrzymali pełnię władzy, sprawując przy tym nieograniczoną kontrolę nad społeczeństwem i opływając w luksusy.

Przejdźmy do książki. W poprzedniej tropił pan rosyjskie wpływy w kręgach osób, które rządziły Polską w latach 2015–23. W tej pisze pan o środowiskach znacznie mniej rozpoznanych, żeby nie powiedzieć marginalnych, takich jak polonijna organizacja Pomost czy prof. Marek Chodakiewicz z Institute of World Politics. Dlaczego poświęcił im pan aż sześć lat pracy?

Poświęciłem ją nie tym osobom, tylko polskiej ekstremistycznej, narodowej, często prorosyjskiej prawicy. Chciałem pokazać, skąd wzięły się jej wpływy, dlaczego jest tak silna i dlaczego jej antyunijna, antyzachodnia retoryka stała się właściwie dominująca w mainstreamie. Sondaże niezmiennie pokazują, że większość w przyszłym Sejmie miałyby właśnie partie narodowe i ekstremistyczne. Ekstremistyczne, bo chcą wywrócić porządek konstytucyjny, narzucić nam demokraturę albo autorytaryzm, i działają wbrew polskiej racji stanu. Żeby zrozumieć, skąd czerpią siłę, sięgnąłem głęboko. Jak z odkrywaniem rzeki: chcąc się dowiedzieć, skąd bierze moc jej nurt, trzeba dotrzeć nie tylko do jej źródła, ale i do dopływów, które ją zasilają.

Zainteresowałem się tym obszarem polskiej polityki, pisząc w 2020 książkę „Katastrofa posmoleńska”. Wtedy pierwszy raz trafiłem na te środowiska, czasem otwarcie prorosyjskie, które wspierały narracje zamachowe, a niektóre wręcz tworzyły teorie spiskowe, wykorzystane potem przez Antoniego Macierewicza i polityków PiS. To w dużej mierze doprowadziło do polaryzacji, która dziś rozrywa Polskę na pół.

Żeby odpowiedzieć, skąd to się wzięło i dlaczego oddziałuje z taką siłą, trzeba się cofnąć do początków XX wieku i przyjrzeć temu, co głosił Roman Dmowski. Dziś jest on idolem właściwie wszystkich najważniejszych polityków w państwie poza tymi, którzy zasiadają w rządzie. Odwołuje się do niego Jarosław Kaczyński, odwoływał się prezydent Duda, odwołuje się obecny prezydent, nie wspominając o partiach bardziej na prawo, które czerpią z jego ideologii garściami. A to Dmowski uczył nas nienawiści do Niemców, Ukraińców, do Zachodu, a on i jego uczniowie chcieli zaprowadzić w Polsce rządy autorytarne, właściwie faszystowskie. Dziś mamy nowe wcielenie tych idei, przekształconych i dopasowanych do nowych czasów przez jego ideowych spadkobierców.

To wciąż nie wyjaśnia, jak te drobne organizacje po drugiej stronie oceanu, których losy pan śledzi, zdobyły w kraju rząd dusz.

Patrzy pan na jedną z nich – Pomost, któremu rzeczywiście poświęciłem sporo miejsca – a to nie jest książka tylko o Pomoście. Zwróciłem na niego uwagę, bo była to organizacja bardzo radykalna, która w końcowym okresie wspierała Antoniego Macierewicza i jego teorie smoleńskie. Nieżyjący już założyciele Pomostu robili to już od początku lat 90., a ostatni szef organizacji wspomagał Macierewicza finansowo. Otwierali mu drzwi w Stanach Zjednoczonych, podobnie jak Marek Chodakiewicz. W jakiejś części zbudowali więc siłę jednego z najbardziej szkodliwych polityków w Polsce po 1989 r.

Gdy spojrzeć szerzej, widać, że ekstremistyczne organizacje polonijne o profilu narodowym działały na Zachodzie, a spadkobiercy endecji – w komunistycznej Polsce. Po 1989 połączyli siły, żeby zwalczać Polskę demokratyczną, związaną z Zachodem. To im się nie udaje, bo Polacy cenią sobie demokrację, ale zdobywają coraz większe wpływy, bo demokracja przeżywa trudne chwile. Nie zapominajmy też o Janie Kobylańskim [zmarłym w 2019 biznesmenie i wpływowym działaczu polonijnym, znanym z antysemickich poglądów i oskarżanym o szmalcownictwo w czasie okupacji, a następnie o związki z radzieckim wywiadem – D.S.], który wspierał nie tylko Macierewicza, ale całe zastępy narodowo-radykalnych polityków, także z PiS, którzy spotykali się z nim podczas cyklicznych zlotów na Teneryfie, gdzie miał rezydencję.

Z drugiej strony przez cały PRL współpracownicy Dmowskiego i prominentni działacze endecji, z Bolesławem Piaseckim na czele, wspierali reżim komunistyczny. Maczali palce w nagonce marcowej, próbowali zwalczać KOR, współtworzyli Zjednoczenie Patriotyczne „Grunwald”. W tę aktywność mocno zaangażowane były służby komunistyczne, ale także rosyjskie, bo działalność o profilu narodowym była komunistom na rękę. Nie bez powodu po stanie wojennym władza sięgnęła po endeckich polityków i endecką ideologię, żeby wzmocnić i uprawomocnić swoje rządy. Szefem Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego, który miał to zapewnić, był przecież Jan Dobraczyński, przedwojenny endek, po 1945 przez lata wierny systemowi.

Ta historia nie kończy się w 1989. Wtedy zaczęła się nowa aktywność tych grup, które – nie dzielone już żelazną kurtyną – mogły połączyć siły i razem działać w sposób wywrotowy, wręcz sabotażowy wobec polskiej racji stanu. Każda z tych organizacji osobno była kanapą, wąskim gronem. Ale razem, przekazując sobie pałeczkę niczym w sztafecie, z pokolenia na pokolenie, doprowadziły do tego, że ta niby „nisza” narodowo-endecka jest dziś nie tylko w Sejmie i Parlamencie Europejskim, ale być może w przyszłym roku stworzy rząd. Dlatego bym tego nie lekceważył. Ta książka ma być ostrzeżeniem przed lekceważeniem pozornie marginalnych polityków i działaczy, którzy przenoszą swoje idee do mainstreamu. Weźmy Grzegorza Brauna. Do niedawna zbierał niecały procent poparcia, a dziś ma stałe 9–10 proc. i może wejść do Sejmu z kilkudziesięcioma posłami. Tak się kończy traktowanie ekstremistów jak wariatów, na których nikt nie zagłosuje.

Co w takim razie z nimi robić na wczesnym etapie? Ignorować – źle, a pisząc o nich, robi się im reklamę. Zresztą teraz wydaje się, że jest już trochę za późno…

Nie można mówić, że jest za późno. To jak machnięcie ręką i stwierdzenie, że nasz los jest przesądzony. Trzeba pokazywać, tak jak ja staram się to robić, skąd ci ludzie się wzięli i co robili, zanim stali się znani. A państwo i jego instytucje powinny – zgodnie z prawem, ale energicznie, a nie ospale – wyciągać wobec nich konsekwencje, gdy rażąco i jawnie łamią prawo. Mamy narzędzia, żeby takich ludzi prześwietlić i wskazać jako zagrożenie, bo rzeczywiście nim są. Zobaczmy, co się dzieje teraz w związku z przemocą w szkołach. Policja – choć dopiero, gdy do niej doszło – okazała się bardzo skuteczna i zaczęła wyłapywać tych, którzy potencjalnie zagrażali szkołom, bo np. publikowali groźby w mediach społecznościowych i gromadzili niebezpieczne narzędzia. Dlaczego nie można tego zrobić z tymi, którzy otwarcie wzywają do sojuszu z Rosją, zagrażając demokracji i niepodległości Polski? Z tymi, którzy jeżdżą do Rosji, a nawet, jak ostatnio słyszymy, fundują pakiety medyczne rosyjskim żołnierzom, wspierając w ten sposób wroga armię? Dlaczego są bezkarni? Bezkarność rozzuchwala, a ludzie zaczynają uważać, że taka działalność jest aprobowana i że można pójść w ich ślady.

Skoro o bezkarności mowa: kiedy rozmawialiśmy w listopadzie 2024, po ukazaniu się „Szpiegów Putina”, prokuratura prowadziła już śledztwo w sprawie kierowanych pod pana adresem gróźb. Na jakim jest ono etapie?

Śledztwo trwa dwa lata. Raz zostało już umorzone, ale po moim zażaleniu prokuratura sama uznała, że nie wszystkie czynności przeprowadzono, i prowadzi je nadal. Z tego, co wiem, niewiele się w nim dzieje. Chyba musiałbym zostać zamordowany, żeby prokuratura się w tej sprawie wykazała energią i inicjatywą. To pokazuje, jak działają instytucje państwa, gdy nikt nie patrzy im na ręce: uciekają od trudnych tematów, bo to najłatwiejsze i nie rodzi konsekwencji. Żaden prokurator nie naraża się w ten sposób na odwet, gdyby zmieniła się władza. To źle wygląda nie tylko w mojej sprawie, ale dla całego państwa. Jeśli godzimy się na to, godzimy się na podobne działania w sprawach każdego z nas. Ktoś, kto nadepnie na odcisk komuś wpływowemu i będzie zastraszany, nie będzie mógł liczyć na to, że winny poniesie karę, bo śledztwo zostanie zablokowane albo umorzone. Jako wyborcy straciliśmy nad tym kontrolę, nie mamy niewiele narzędzi skutecznej presji. Dopiero gdy wydarzy się coś dramatycznego, jak napaści w szkołach, opinia publiczna reaguje, politycy czują jej oddech na plecach i podejmują zdecydowane działania. W innych tego typu sprawach udają, że wszystko jest w porządku.

Przez cały czas lektury „Ameryki Kremla” nurtowało mnie pytanie do kogo jest skierowana ta książka. Tamta strona, zainfekowana myśleniem rozprzestrzenianym przez radykalne środowiska, i tak nie uwierzy w nic, co przychodzi z przeciwnego obozu, jeśli w ogóle coś do niej dotrze. A strony liberalnej chyba nie trzeba przekonywać, że to, co robi skrajna prawica, jest w interesie Rosji.

Jest adresowana do wszystkich ludzi dobrej woli, którym dobro naszego państwa leży na sercu. Nie dzielę czytelników na żadne grupy. Przekonani pozostaną przekonanymi, ale nawet ktoś, kto uważa, że część prawicy realizuje interesy Rosji, powinien wiedzieć, jak to się odbywa, żeby nie dać sobie wmówić, że to mrzonki wymyślone przez dziennikarzy. Tak jak chcemy wiedzieć, z jakich składników jest zrobiona kupowana w sklepach żywność, żeby nie zaszkodzić swojemu zdrowiu, tak powinniśmy wiedzieć, kim są politycy i skąd biorą się narracje polityczne. Po to, żeby nie dać się nimi zatruć, ale też by mieć argumenty, by przestrzegać innych, którzy zaczynają w wierzyć. Moja książka jest zbiorem wiedzy i argumentów dla tych, którzy chcieliby o tych sprawach głośno mówić, ale brakuje im faktów. Ja te fakty przedstawiam. Ta książka, tak samo jak poprzednia, jest oparta na faktach. Nie snuję przypuszczeń. To, co w niej jest, zgromadziłem na podstawie dokumentów, materiałów archiwalnych i rozmów ze świadkami. I to kładę na stole.

Więcej o autorze / autorach:
tekst alternatywny
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama WSAiB Studia podyplomowe
Reklama
Reklama
Reklama WSAiB Studia podyplomowe