Nie wiem, czy ktoś jeszcze został z tamtej gdańskiej „przybocznej gwardii Zbyszka Cybulskiego”? Nie ma już komu o nim opowiadać.
Zmarł na zawał serca na peronie dworca w Gdyni. Ciekawe, który to peron. Dziś trudno sprawdzić. Ale może ktoś wie?
Mówią, że jest do tego stopnia grzeczny i dobrze wychowany, że zanim otworzy puszkę sardynek, puka najpierw trzy razy – pisze o Aleksandrze Żabczyńskim, królu przedwojennych polskich amantów filmowych autor wydanej właśnie książki „Amanci II Rzeczypospolitej” Marek Teler. To przejmujące opowieści o często dramatycznych losach aktorów, do których wzdychały wielbicielki przedwojennego kina. Do książki Telera za jakiś czas wrócę, dziś chcę wrócić do naszych amantów.
Na teatralnej scenie oliwskiego Domu Zarazy zagrał w ciągu 13 lat szesnaście monodramów. Ostatni to „Budowniczy”, ledwie miesiąc przed śmiercią. Ostatni… Ostatni? W jednym z przedstawień mówił przecież: – Śmierć to nie jest powód, by zejść ze sceny, by przestać grać. Dlatego... wraca! Na scenę. W sobotę. Z nowym monodramem.
Dawna Scena Kameralna w Sopocie. Większość anegdot Teatru Wybrzeże rozegrała się właśnie tam.
Do roli w słynnym przedstawieniu Teatru Wybrzeże z 1965 roku „Kto się boi Virginii Woolf” utlenił sobie włosy na blond. Nawet recenzenci o tym pisali. Był świetny. Pewnie i bez tego utleniania.
Kochali się w nim wszyscy, tak damska, jak i męska widownia. O koleżankach aktorkach nie wspomnę – mówi Krystyna Łubieńska. – W życiu prywatnym wolał towarzystwo mężczyzn, ale na scenie był kochankiem idealnym. Partnerowałam mu jako Ofelia w „Hamlecie” i Piękna Helena w „Wojny trojańskiej nie będzie”. W ogóle, nie wyglądał jak aktor! Raczej jak przedwojenny dyplomata. Szarmancki, pachnący, szalenie elegancki...
Dzięki reklamom możemy codziennie publikować wiadomości z całego Pomorza całkowicie za darmo. Wyłączenie blokady reklam to realne wsparcie lokalnych mediów