Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Historia jego życia to gotowy scenariusz na film

Jego powojenna kariera trwała tylko siedem lat, ale była jedną z najbardziej błyskotliwych w historii polskiego boksu. Zygmunt Chychła stoczył w niej 264 walki, z czego 237 wygrał, 12 zremisował i tylko 15 przegrał. 6 listopada mija 95 rocznica urodzin pierwszego polskiego powojennego złotego medalisty olimpijskiego – gdańszczanina Zygmunta Chychły
Zygmunt Chychła z synem Joachimem, Gdańsk, czerwiec 1953 (fot. z archiwum Zofii Chychły/Jerzego Geberta)

Chychła urodził się w Gdańsku 6 listopada 1926 roku w polskiej rodzinie. Jego ojciec był woźnym w szkole senackiej przy dzisiejszej ul. Łąkowej. To od niego na dziewiąte urodziny dostał pierwsze, 8-uncjowe, rękawice bokserskie. Sam Chychła pisze o tym  fakcie w wydanych w 1956 roku wspomnieniach „Między linami ringu”.

Jeszcze przed wojną, w 1938 roku zaczął trenować boks w Gedanii. W realizacji marzenia nie przeszkodził mu brak części palca wskazującego lewej ręki, którą stracił w wieku siedmiu lat podczas pracy przy sieczkarni, kiedy był na wakacjach u babci w Borach Tucholskich. Trenerzy Brunon Karnath i Jan Bianga szybko zauważyli w nim olbrzymi talent. Wraz z kolegą, Rajmundem Zielińskim, z którym stoczył pierwszą walkę na strychu jednej z gdańskich kamienic, skrzyżował rękawice w pierwszej pokazowej walce przed meczem seniorów Gedanii.

- Zacisnąłem zęby i nie dałem po sobie niczego znać, dzielnie parując ciosy Zielińskiego. Spotkanie zakończyło się remisem. Po walce w hali dzisiejszej stoczni publiczność nagrodziła nas sążnistym brawami - pisze we wspomnieniach Chychła.  Mając dwanaście lat stoczył pierwszą walkę w reprezentacji Gedanii w meczu z ósemką juniorów gdyńskiej drużyny Grom. Gdy miał lat trzynaście, wybuchła wojna

Wojna odcisnęła jednak na Chychle gigantyczne piętno, choć w jego przypadku bardziej należałoby stwierdzić, że to właśnie jego „gdańskość” była źródłem życiowego dramatu. W wieku 17 lat został siłą wcielony do Wehrmachtu. Szybko udało mu się uciec, dostał się w ręce francuskich partyzantów, a potem znalazł się we Włoszech i tak trafił do armii gen. Władysława Andersa.

Jeszcze w czasie wojny został mistrzem II korpusu w wadze lekkiej. W 1946 roku wrócił do Gdańska i znów zaczął z powodzeniem boksować w Gedanii. Nie wiadomo jednak gdzie co robił do momentu wcielenia do Wehrmachtu. Wiadomo natomiast, że zaraz po wojnie jego umiejętności i formę dostrzegł Feliks Stamm powołując go na mistrzostwa Europy do Dublina w 1947 roku. Ciekawy obraz powojennej Irlandii opisuje Chychła we wspomnieniach: „Dublin zrobił na mnie wrażenie miasta spokojnego. Ulicami wolno przelewały się tłumy ludzi, którzy  w niczym nie przypominali rozgorączkowanych, pędzących przed siebie w nerwowym pośpiechu przechodniów warszawskich. Dublinianie, skromnie ubrani, nie oszczędzają zdaje się jedynie na alkoholu. Widziałem na ulicy kilku wstawionych Irlandczyków. Umieją oni jednak nawet w nietrzeźwym stanie zachować się właściwie w miejscach publicznych”.

Zygmunt Chychła był czterokrotnym indywidualnym mistrzem Polski (1948, 49,1950,52), raz zdobył drużynowe mistrzostwo Polski (1949). Dwa razy triumfował w  mistrzostwach Europy (1951 i 1953). Jego największym sukcesem było olimpijskie złoto na igrzyskach w Helsinkach w 1952 r. Pierwsze po wojnie dla Polski. Chychła w latach 1951-1952 był wybierany przez czytelników „Przeglądu Sportowego” na Najlepszego Sportowca Roku. 

Inny z wielkich polskich pięściarzy, Leszek Drogosz, mówił Januszowi Pinderze na łamach „Rzeczpospolitej” z 2009 roku w artykule „Bilet w jedną stronę”. - Chychła był pięściarzem kompletnym, umiał wszystko – jak twierdził najsłynniejszy polski trener Feliks Stamm. Utarło się, że najlepszym polskim pięściarzem w historii jest Zbigniew Pietrzykowski, czterokrotny mistrz Europy, trzykrotny medalista olimpijski, i ja to publicznie zawsze potwierdzam, ale kiedy myślę o Chychle, to pojawiają się wątpliwości. Drugiego takiego jak on nie znałem, a mogę coś o tym powiedzieć, bo często z nim sparowałem. On walczył w półśredniej (67 kg), ja w lekkopółśredniej (63,5 kg). Był pierwszym prawdziwym symbolem polskiej szkoły boksu, wzorem do naśladowania. Miał przeciętne warunki fizyczne, nie nokautował jednym ciosem, ale był doskonały w dystansie, półdystansie i zwarciu, imponował fantastyczną pracą nóg. Cóż mogę więcej powiedzieć, był moim idolem - mówił Drogosz.

Gedania, drużynowy mistrz Polski w boksie, 1949. Zygmunt Chychła drugi od lewej w górnym rzędzie. Foto: Kronika klubowa

Zygmunt Chychła, gdańszczanin z wojennym epizodem w Wehrmachcie, potem w armii Andersa, żona Niemka z Królewca - to w komunistycznej rzeczywistości nie sprzyjało życiu na sportowej emeryturze. Chychła dopiero po zwycięskim finale mistrzostw Europy w Warszawie w 1953 roku dowiedział się, że walczył w nim z zaawansowaną gruźlicą. Lekarze na wniosek sportowych władz PRL ukrywali przed nim prawdę. Propaganda PRL wykorzystywała jego sukcesy i popularność - pisze prof. Błażej Śliwiński na łamach „Gedanopedii”. 28 stycznia 1951 roku w Gdańsku przed spotkaniem Kolejarz/Gedania – Gwardia Warszawa w I lidze musiał odczytać odezwę sławiącą podpisaną właśnie umowę pomiędzy Polską i Niemiecką Republiką Demokratyczną w sprawie granic państwowych. Po igrzyskach olimpijskich w 1953 roku na pierwszej stronie „Przeglądu Sportowego” ukazał się artykuł, w którym Chychła poparł apel Światowej Rady Pokoju w sprawie zakazu używania i rozpowszechniania broni atomowej, o którym wcześniej nic nie wiedział. W marcu 1953 roku „Dziennik Bałtycki” opublikował kondolencje, które rzekomo złożył radzieckim sportowcom po śmierci Józefa Stalina.

Chychła miał być bohaterem narodowym, bo wszyscy dostrzegali jego pięściarski geniusz i możliwości. - Było już nawet gotowe popiersie gdańszczanina, które miało stanowić część pomnika Chychły - zdradza prof. Janusz Trupinda.

Dlaczego ów pomnik nie powstał? Czy służba w Wehrmachcie, a potem w armii gen. Andersa były tego powodem, czy może deklaracje wyjazdu na stałe do RFN wraz rodziną? Te pytania do dziś pozostają bez odpowiedzi.

Po zakończeniu kariery pracował w Służbie Ochrony Kolei w stopniu kapitana i trenował młodzież. Żona chciała jednak wyjechać do Hamburga, do rodziny i tam zostać. W 1958 roku Chychła napisał podanie o wyjazd do RFN. Od tamtego momentu był szykanowany, w pracy go zdegradowano, a w domu była bieda, bo Chychła miał na utrzymaniu żonę i trzech synów. Musiał pracować jako tragarz w porcie, gdzie nosił worki. Sprzedał niektóre pamiątki i trofea sportowe, by utrzymać rodzinę, choć nie złoty medal olimpijski z Helsinek jak wielu twierdziło. Red. Jerzy Gebert wspomniał przed laty, jak widziano Chychłę wchodzącego na... boso do hali przed meczem bokserskim Gedanii. Sam Gebert tuż przed wyjazdem był u Chychłów w ich mieszkaniu na Kochanowskiego w Gdańsku. - Pamiętam to spotkanie, byli wtedy w domu jego synowie, którzy chodzili do Conradinum. Sam Zygmunt nie bardzo chciał rozmawiać na ten temat. Był skryty, trudno było z niego coś wyciągnąć. Powiedział tylko, że już dłużej nie da rady tak żyć i podjął już decyzję o wyjeździe do RFN. 

Dużo światła na tamte zdarzenia rzuca list Zygmunta Chychły do red. Tadeusza Olszańskiego po jego reportażu o losach byłego pięściarza Gedanii w krakowskim „Tempie” z 1984 roku. Zygmunt Chychła, już z perspektywy Hamburga, napisał w nim m.in. „Nigdy nie mogłem zrozumieć, że moja niebiedna kariera sportowa i jak myślę, uczciwe życie oraz lojalność do Polski Ludowej nie były wystarczające dla reportaży i publikacji, jak też i dla moich bliskich. Tak jak gdyby nie były to fakty wystarczające dla jednego życia, byłem przez moje pochodzenie w prasie albo zamilczany, jak Pan trafnie zauważył, albo też stylizowany, między innymi ze zrozumiałych pobudek przez moich bliskich, na „bojownika polskości”... „W moich oczach była to zawsze obraza i arogancja w stosunku do wielu mieszkańców Pomorza i Gdańska, którzy walczyli za polskość i za tę walkę zapłacili własnym życiem. Takim człowiekiem nie byłem i nie jestem. Jak pan słusznie zauważył, zawsze czułem i czuję się nadal gdańszczaninem. Może właśnie moje pochodzenie i sytuacja narodowościowa przedwojennego Gdańska wycisnęły we mnie piętno tolerancji. Z tego też względu zachowanie języka niemieckiego w Gdańsku dla mnie i mojej najbliższej rodziny było tak samo normalne i naturalne, jak zachowanie języka polskiego w Hamburgu. Dlatego myślę też, że jeżeli wspomnienia o mojej karierze sportowej i o losach bez kolorytów niegodne są opublikowania, to należałoby je najlepiej pogrzebać. 

Zygmunt Chychła przed meczem z ZSRR, Stadion Wojska Polskiego, Warszawa, 1947.  Foto: Archiwum Jerzego Geberta

Te gorzkie słowa pokazują dramat najwybitniejszego sportowca Gedanii. Dziś można tylko domniemywać, czy obecność, chcącego wyjechać do RFN Chychły, na uroczystościach jubileuszowych 50-lecia Gedanii stałaby w kontrze np. do odsłoniętej wtedy tablicy upamiętniającej poległych podczas II wojny światowej gedanistów? Być może byłoby mu łatwiej, gdyby zgodził się na współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa. Ta, jak pisze w swoim artykule Janusz Pindera ta też nie zamierzała zostawić Chychły w spokoju. „Nękała go w Polsce, jeszcze przed wyjazdem, i później, gdy był już w Hamburgu. Natrafiła jednak na trudnego przeciwnika. Z notatki służbowej z września 1972 roku (pisał o tym w 2003 roku w „Rzeczpospolitej” Jerzy Morawski) sporządzonej przez kapitana Jadacha z gdańskiego SB, wynikała porażająca bezradność ubeków. Chcieli, by został konfidentem SB w Niemczech, ale nic nie osiągnęli. Jadach pisze w tej notatce, że „Chychła jest człowiekiem prymitywnym, gotowym zamiatać ulice, byle tylko wyjechać do RFN”. I kończy, że „nie nadaje się do wykorzystania operacyjnego”.

Zygmunt Chychła wyjechał do Niemiec w 1972 roku. Do kraju, z którego pochodzili ciemiężyciele jego ojca więzionego i torturowanego w Victoriaschule oraz jego starszego brata Jana, wysłanego na front wschodni, z którego już nie wrócił. To kolejny przykład życiowych i historycznych paradoksów gdańskich Polaków… Wraz z wyjazdem zniknął z gazet, książek i opracowań. Chciano go wymazać z pamięci. Mało tego, władze zabroniły mu przyjeżdżać do kraju i swojego rodzinnego Gdańska. On i tak ignorował ten zakaz i wielokrotnie potajemnie przyjeżdżał na grób rodziców, pogrzeb siostry, odwiedzał przyjaciół.

Jeden z największych gdańskich Polaków zmarł w Hamburgu 26 września 2009 roku. Jest pochowany na tamtejszym cmentarzu.


Podziel się
Oceń

Napisz komentarz
Komentarze
Reklama
Reklama
Reklama