Reklama Energa włącza ciekawość świata
Reklama

Trump rozpoczął sprzątanie „swojego podwórka”. Ale czy ma jakiś plan dla Wenezueli poza eksploatacją złóż?

Porwanie Maduro było godne podziwu, choć z drugiej strony głęboko niepokojące. Chyba nie tylko dla liderów w Ameryce Południowej – mówi Eliza Sarnacka-Mahoney, dziennikarka współautorka podcastu „Bieguny Ameryki” .
Trump rozpoczął sprzątanie „swojego podwórka”. Ale czy ma jakiś plan dla Wenezueli poza eksploatacją złóż?
Konferencja Białego Domu po ujęciu prezydenta Wenezueli Nicolasa Maduro

Autor: The White House

Na wstępie może ustalmy o czym w ogóle rozmawiamy. Bo w świetle prawa międzynarodowego to chyba najtrafniejszym określeniem będzie „porwanie Nikolasa Maduro”. A jak piszą i mówią o tym amerykańskie media?

Dokładnie w ten sam sposób – że mamy do czynienia z porwaniem. Chociaż Biały Dom przedstawia inną wersję, tłumacząc, że był to akt aresztowania osoby zaangażowanej w działanie przeciwko Ameryce. Chodzi tu oczywiście o przemyt narkotyków i wspomaganie karteli narkotykowych. Choć były i inne zarzuty, jak nielegalne w świetle prawa amerykańskiego… posiadanie broni. Zatem wedle rządowego przekazu nie było żadnego ataku militarnego, a jedynie akcja wojsk amerykańskich przeprowadzona w celu aresztowania przestępcy. Dodatkowo podnoszony jest argument, że Ameryka nie uznaje Maduro jako legalnego prezydenta Wenezueli. W związku z tym nie mamy również do czynienia z żadnym aktem usunięcia głowy państwa. Maduro jest zwykłym obywatelem innego kraju, który popełnił przestępstwo i Ameryka po prostu osądzi go na własnym terytorium. Więc Amerykanie pojawili się w Caracas, by aresztować podejrzanego. Przy okazji: w narracji Białego Domu nie padły żadne argumenty o konieczności przeprowadzenia akcji humanitarnej, usunięcie dyktatora, który doprowadził swój kraj do upadku. Ani o Ameryce w roli dobrego policjanta, który chce poprawić los Wenezuelczyków. 

To ciekawe, że amerykański rząd nie uznaje Maduro za prezydenta, za to jego zastępczynię – jak najbardziej.

Oczywiście, dlatego mówię, że mamy tu więcej pytań niż odpowiedzi. Jesteśmy w fazie siedzenia i drapania się po głowie z czym faktycznie mamy do czynienia.

Konferencja Białego Domu po ujęciu prezydenta Wenezueli Nicolasa Maduro (fot. The White House)

Prawo międzynarodowe zostało niewątpliwie złamane. Amerykańskie być może też, bo Trump nie zawiadomił o swoich planach Kongresu. Czy w związku z tym wewnątrz samej administracji prezydenckiej słychać było jakieś głosy sprzeciwu czy choćby wątpliwości co do tego, co się stało?

Wygląda na to, że wewnątrz samej administracji nie mamy do czynienia z żadnym głosem sprzeciwu. Sekretarz obrony USA Pete Hegseth pozuje na triumfatora i deklaruje, że bierze odpowiedzialność za wszystko co się stało. Podobnie Marco Rubio, który został poniekąd oddelegowany przez Trumpa do zarządzania Wenezuelą, cokolwiek by to miało znaczyć. Bo przecież dostaliśmy przekaz, że dopóki nie wyłonią się jakieś nowe władze Wenezueli, Amerykanie będą nią zarządzać. A przy okazji uzurpują sobie prawo do powołania tego rządu i ścisłej kontroli nad kierunkiem jego polityki. Demokraci, którzy oczywiście są w opozycji do obecnej administracji, podnieśli larum, nie pierwszy raz w ostatnim roku, gdy legalność działań Trumpa można było kwestionować na gruncie amerykańskiej konstytucji. W przypadku ataku militarnego na obce państwa obowiązujące od 1973 prawo nakazuje, by prezydent zgłosił pomysł takiej decyzji do Kongresu i uzyskał na to zgodę. Z niczym takim nie mieliśmy tu do czynienia.

Trump obiecywał, że nie będzie się angażować w takie zagraniczne interwencje po nauczce w Iraku i Afganistanie. A jednak słowa nie dotrzymał. Co na to jego wyborcy?

Wydaje mi się, że wyborcy Donalda Trumpa główkują teraz jak to wszystko ze sobą połączyć. Zwłaszcza ci, którzy dalej chcą go wspierać i wierzą, że Trump rzeczywiście realizuje politykę, która – być może nie tak szybko, jak mieli na to nadzieję – ale w jakimś dłuższym terminie będzie dla Ameryki korzystna. Zresztą Trump powiedział jedną ważną z puntu widzenia MAGA rzecz: że przejmując kontrolę nad bogactwem naturalnym w Wenezueli, uczyni Amerykę z powrotem bogatą. Tak więc, chociaż to jest de facto interwencjonizm zagraniczny, jego cel jest krajowy: wzbogacić Amerykę. Mamy więc sprytnie skonstruowany argument ekonomiczny, który wpisuje się w ideologię „America First”. Rzecz druga, Trump argumentuje, że usuwa Maduro jako głównodowodzącego kartelami odpowiedzialnymi za przemyt narkotyków na terytorium Stanów Zjednoczonych. To także spotyka się z aprobatą, bo Ameryka mierzy się z epidemią narkomanii, która zabija rocznie około 100 000 osób. 

Eliza Sarnacka-Mahoney: Wydaje mi się, że wyborcy Donalda Trumpa główkują teraz jak to wszystko ze sobą połączyć. Zwłaszcza ci, którzy dalej chcą go wspierać i wierzą, że Trump rzeczywiście realizuje politykę, która – być może nie tak szybko, jak mieli na to nadzieję – ale w jakimś dłuższym terminie będzie dla Ameryki korzystna (fot. archiwum prywatne)

Ale czy wlicza się w to również śmierci z powodu nadużycia opioidów sprzedawanych Amerykanom legalnie na recepty?

Ma pan rację, gdy przyjrzeć się temu bliżej, to wiele rzeczy się nie spina. Także to, że według raportów organizacji zarówno amerykańskich, jak i międzynarodowych, to nie Wenezuela jest krajem, który dostarcza na teren Ameryki największe ilości narkotyków. One przede wszystkim napływają przez Meksyk, niebagatelną rolę odgrywają tu też Chiny. Wenezuela jest jednak częścią sieci przemytu, operacja „Absolute Resolve”, jak nazwano wydarzenia z 3 stycznia, uderzyła w rzekomego sponsora narkokarteli, więc miała sens. Drugi argument dotyczy imigracji. Na skutek działalności reżimu Maduro i fatalnych warunków ekonomicznych w Wenezueli, w ostatnich latach bardzo dużo Wenezuelczyków rzeczywiście przekroczyło granice Stanów Zjednoczonych. Niektórzy jako azylanci, niektórzy nielegalnie. Zmiana rządów w Caracas ma pomóc odbudować Wenezuelę i zapewnić jej mieszkańcom lepsze perspektywy do życia, przez co nie będą nielegalnie przekraczać amerykańskiej granicy. To współgra z jedną z najważniejszych dla wyborców Trumpa obietnic, że zlikwiduje on nielegalną imigrację.

Niektórzy analitycy stawiają tezę, że akcja w Wenezueli miała odwrócić uwagę od tych najważniejszych problemów: i gospodarczych, i związanych z ujawnianiem kolejnych papierów Epsteina. Czy – jeśli tak faktycznie było – to się udało?

To się bardzo udało. 3 stycznia Departament Sprawiedliwości miał dostarczyć Kongresowi wyjaśnienie dlaczego w momencie, gdy opublikowane zostały dokumenty w sprawie Epsteina, wiele z nich było zredagowanych, zawierało liczne wykreślenia, uniemożliwiające odczytanie informacji. Kongresmeni są wobec tego zdania, że nie zostały spełnione warunki takie, jakie na Departament Sprawiedliwości nałożyła przyjęta przez kongres ustawa o upublicznieniu tych dokumentów. Podnoszą się głosy, że Pam Bondi, szefowa Departamentu Sprawiedliwości, może nawet w związku z tym zostać oskarżona o złamanie prawa. Nie wiemy jak ta sprawa się rozwinie, ale jest faktem, że uwaga publiczna została totalnie przekierowana na akcję w Wenezueli. Od soboty media zajmują się niemal wyłącznie szukaniem odpowiedzi na to, co było a co potencjalnie nie było w tej operacji legalne, a także czy i jakie Ameryka ma dalsze plany wobec Wenezueli.

Nie tylko Wenezueli, ale także Meksyku, Kolumbii i Grenlandii, o których Trump także ostatnio wspomniał w kontekście swoich planów militarnych. To zabrzmiało złowieszczo.

Myślę, że to jest dobry moment, żebyśmy wrócili do Narodowej Strategii Bezpieczeństwa USA opublikowanej w grudniu. W tym dokumencie została zawarta wizja tego, jak Ameryka pod rządami Donalda Trumpa widzi swoją rolę w nowym układzie geopolitycznym i nowym rozdaniu kart, jakie proponuje światu. Europa skupiła się na wyzwaniach, jakie ta strategia stawia przed nią jako już nie najważniejszym sojusznikiem, ale potencjalnie wręcz adwersarzem USA. Mniej uwagi poświęciła zapisowi, który historycy z miejsca okrzyknęli nową doktryną Monroe, a który postuluje, że Ameryka ma zamiar zająć się własnym podwórkiem, za które uważa – i tutaj jest ten klucz – również kontynent południowoamerykański. Można zatem uznać akcję w Wenezueli za pierwszy akt wcielania tej strategii w życie. Popis amerykańskiej siły i sprawczości, i jasny sygnał, że Ameryka ma zamiar zaprowadzać na tym „podwórku” nowe porządki wedle własnego uznania, na nikogo się nie oglądając. Jeśli uznamy, że Amerykanie usunęli przywódcę suwerennego państwa, posługując się jakąś tam podkładką, (na ile prawnie uzasadnioną, zobaczymy w trakcie procesu), to był to jednocześnie przekaz skierowany do innych liderów w Ameryce Południowej: będziecie z nami współpracować przy realizacji naszych interesów, będziemy się przyjaźnić. Jeżeli nie, jesteśmy gotowi użyć przeciwko wam siły. Wybrzmiewa tu zatem bardzo imperialistyczna wizja świata, powrót do układów z czasów kolonialnych, kiedy to ten, kto miał środki i władzę rządził. Zobaczymy jak pozostałe państwa Ameryki Łacińskiej na to zareagują. Czy w obliczu potencjalnych nacisków postawią się Trumpowi, czy jednak nie. Operacja w Wenezueli była majstersztykiem dowodzącym niebywałych możliwości militarnych jakimi dysponują USA. Porwanie Maduro trwało niecałe dwie i pół godziny i było przeprowadzone z chirurgiczną precyzją. Było godne podziwu, choć z drugiej strony głęboko niepokojące. Chyba nie tylko dla liderów w Ameryce Południowej, ale na całym świecie.

A jak na te wydarzenia zareagowała społeczność latynoska w Stanach Zjednoczonych?

Wenezuelczycy wyszli na ulicę i bardzo się cieszyli, bo dla nich oczywiście najważniejsze było to, że usunięto dyktatora, który doprowadził ich ojczyznę niemal do upadku ekonomicznego. To przecież jest ta przyczyna, dla której 8 milionów Wenezuelczyków w ostatnich dwóch dekadach opuściło kraj, szukając lepszego miejsca do życia. Wśród Kubańczyków emocje nie były aż tak gorące. Ale i ich rozgrzała nadzieja na to, że obalenie Madura może być zapowiedzią także końca komunistycznej dyktatury na Kubie. Zasygnalizował to sam Marco Rubio twierdząco odpowiadając na pytanie dziennikarzy czy Kuba jest następna w kolejce i jej rząd ma podstawy do obaw, że również stanie się celem amerykańskiego ataku. Nie bez znaczenia będzie fakt, że przejmując kontrolę nad Wenezuelą Ameryka odetnie Kubę od wenezuelskiej ropy, dzięki której tamtejsza gospodarka do tej pory wciąż jeszcze jakoś tam „dychała”. Samo to pozwala liczyć, że dokonają się tam jakieś zmiany. Natomiast pytanie, które trzeba sobie zadać, a na które nikt nie ma w tej chwili odpowiedzi, brzmi: czy Ameryka ma bardziej długofalowy plan na to, jak ma wyglądać życie w Wenezueli po upadku reżymu Maduro, a ewentualnie także na Kubie i w Kolumbii, jeśli i tam miałoby dojść do przewrotów i zmiany rządów. Niestety, historia nie jest tutaj dla Ameryki łaskawa. Wiemy, że cały ciąg poprzednich interwencji w obcych krajach, czy to w celu zaprowadzenia demokracji, walki z terroryzmem, czy inwestycji w pola naftowe, odbywał się bez takich planów. Społeczeństwa stawały się ofiarą wymuszonej wymiany władz, a finały tych akcji bywały dla nich dość tragiczne. W dodatku Donald Trump wcale nie kryje się z tym, że przede wszystkim chodzi o interes ekonomiczny Ameryki, czyli o ropę. O to, by do Wenezueli weszli amerykańscy inwestorzy, postawili na nogi infrastrukturę i zaczęli generować zyski dla Ameryki. Jest to więc jak na razie plan, w którym los Wenezueli jako narodu, społeczeństwa w ogóle nie wybrzmiewa. 

To jeszcze może wróćmy do samego Maduro i jego procesu. Czy to będzie uczciwy proces?

To jest kolejne pytanie, na które poznamy odpowiedź prawdopodobnie dopiero wtedy, gdy ten proces się zacznie, gdy usłyszymy zarzuty, zobaczymy, w którą stronę ten proces będzie zmierzał. Są eksperci, którzy twierdzą, że sam proces będzie nielegalny z punktu widzenia prawa międzynarodowego, a może nawet i przepisów w samym ustawodawstwie Stanów Zjednoczonych? Musimy się jednak uzbroić w cierpliwość. Rozprawa, jeśli do niej dojdzie nie zacznie się wcześniej niż za kilka tygodni, a bardziej nawet prawdopodobne – miesięcy. Dużo znaczenie będzie miał fakt, kto będzie Maduro bronił. Już dziś wiadomo, że nie wszystkiego się dowiemy, bo gros materiałów dowodowych pochodzi od służby wywiadowczych, nie będzie więc można ich upublicznić. Wiemy natomiast, że procedury będą identyczne jak przy każdej innej sprawie kryminalnej przed amerykańskim sądem. Sprawę będzie rozpatrywał sąd w Nowym Jorku, więc przepisowych dwunastu ławników zostanie wyłonionych spośród mieszkańców miasta.

A jeśli chodzi o samego Trumpa, to czy mogą się pojawić próby postawienia go przed sądem za złamanie prawa międzynarodowego? Albo rozpocząć impeachment za zignorowanie konstytucyjnych wymogów, o których pani wcześniej mówiła?

Takie głosy oczywiście się pojawiają. Problem w tym, że dopóki Republikanie kontrolują obie izby kongresu o żadnym impeachmencie nie będzie mowy. Trump był już dwukrotnie poddawany impeachmentowi. Nieskutecznie, ale – jak dla każdego prezydenta – była to dla niego bardzo kompromitująca rzecz, dlatego będzie zawzięcie dążył do tego, by Demokraci nie odzyskali władzy nad Kongresem w tegorocznych wyborach połówkowych. Ale mamy jeszcze jedną bardzo ważną implikację. W świetle prawa amerykańskiego Donald Trump nawet po odejściu z Białego Domu zachowa całkowity immunitet, przyznał mu go Sąd Najwyższy w lipcu 2024. Z punktu widzenia większości ekspertów było to bardzo nierozważne posunięcie, bo, jak ujął to sam Trump, może on teraz zlecić zabójstwo swego wroga politycznego i – w świetle prawa – nie poniesie za to żadnej odpowiedzialności. Natomiast gdyby zostało udowodnione, że Trump popełnił przestępstwo z paragrafu prawa międzynarodowego, a myślę, że to wybrzmi podczas procesu Maduro, to poza granicami Stanów Zjednoczonych jak najbardziej będzie mógł być sądzony i skazany. Nie ma wątpliwości – po spektakularnej akcji amerykańskich komandosów w Caracas, czeka nas teraz być może nie mniej spektakularny proces Maduro w Nowym Jorku. 

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama
ReklamaActiva - Kamienice Pruszczańskie
Reklama
Reklama