Kasi Babis zawdzięczam to, że wyleczyłem się z uczucia zazdrości wobec Pawła Lisickiego. Wcześniej, za każdym razem, gdy dowiadywałem się o wydaniu nowej książki autorstwa redaktora naczelnego „Do Rzeczy”, czułem wyrzuty sumienia. Oto on prowadząc ożywioną działalność dziennikarską – mniejsza o treść – znajduje jeszcze czas na pisanie książek i to na ogół solidnej grubości, a ja się lenię. Po same książki jakoś nie miałem odwagi sięgnąć i – jak się okazało – słusznie. Wystarczył jeden podcast Kasi (sorry za poufałość, poczułem się sprowokowany tym zdrobnieniem, poza tym autorka jest dokładnie w wieku mojej córki) poświęcony „Epoce Antychrysta”, pióra Lisickiego właśnie. Recenzentka nie musiała się nawet silić się na jakieś szczególne uszczypliwości pod adresem autora. Samo streszczenie fabuły i przytoczenie cytatów, okazało się najwyższą formą złośliwości. Odtąd z czystym sumieniem mogę oddawać się rozwiązywaniu sudoku evil, w przekonaniu, że lepiej być leniem niż grafomanem.
Teraz jednak sam staję w roli recenzenta Kasi, trzymając w ręku jej autobiograficzny komiks „Okruchy. Dojrzewanie w postkomunistycznej Polsce”. O ile pierwsza część tytułu jest tak ogólna, że pasuje praktycznie do każdej literatury wspomnieniowej, tak druga to już konkret. Interesujący dla mnie, choćby z racji wspomnianej już różnicy generacyjnej z autorką. Pozostawmy na boku zarzut oczywistości niektórych partii, co tłumaczy się faktem, iż „Okruchy” przygotowywane były z myślą o czytelniku zachodnim, któremu trzeba pewne rzeczy wyłożyć kawa na ławę. Okej, przyjmuję ten argument, choć pamiętam – przywilej wieku – że pierwsze płyty Beatlesów ukazywały się w nieco innej wersji na rynku amerykańskim, a innej – rodzimym. Taka spóźniona sugestia do wydawcy.
Nie spodziewałem się, że ta opowieść może mnie – jako dziennikarza od 1990 – czymś zaskoczyć w sferze faktograficznej. A jednak przedstawiony tam poziom klerykalizacji szkoły, czy fanatyzmu religijnego mamy jednej z koleżanek Kasi (pojemnik z poronionym płodem przechowywany w lodówce), lekko szokuje. Inna sprawa, że ta część fabuły rozgrywa się w Lublinie. Studiowałem tam w latach 80. i już wtedy miałem wrażenie, że to trochę inna planeta. I choć samo miasto od tamtego czasu ogromnie wypiękniało, w pewnych sferach te różnice trwają, a może nawet się pogłębiają. W końcu Czarnek nie wziął się znikąd.

Czytając liczyłem na próbę jakiejś diagnozy pokoleniowej, ale może nie było to oczekiwanie na wyrost. Nie w stosunku do autorki, tylko czasów. W końcu postkomunizm przyniósł nam pluralizm: różne grubości portfeli, różne media, czyli różny byt i świadomość. Nie może już być wspólnego doświadczenia, jak za komuny. Dlaczego Kasia Babis trafiła do partii Razem, a inni przedstawiciele jej pokolenia w dużo mniej sympatyczne okolice? To pewnie kwestia osobistej wrażliwości, środowiska, czasem przypadku. W efekcie dostaliśmy taką komisową wersję „Jak zostałem pisarzem” Stasiuka, tyle, że rozgrywającą się 30 lat później.
Jako, że mamy do czynienia z powieścią graficzną trzeba dodać kilka słów o rysunkach. To niewątpliwie mocna strona „Okruchów” – przeważnie ciasne kadry, czarno-białe, gdzieniegdzie z rozdzierającymi plamami czerwieni. Mocne. I nie zgadzam się z opinią jednego z internautów, że Macierewicz wyszedł „zbyt przystojny”. Na rysunku jest dziwny, czyli taki, jaki jest. Za to Zandberg wygląda za bardzo jak Andrzej Gwiazda ;)
Kasia Babis – „Okruchy. Dojrzewanie w postkomunistycznej Polsce”, Wyd. Agora, Warszawa 2026


Napisz komentarz
Komentarze