Szczątki bombowca leżą na głębokości ok.12 m, między wejściem do portu a dawną torpedownią w Babich Dołach. Urząd Morski znał to miejsce co najmniej od 2012, kiedy wykonał tam skan dna.
– Obraz wskazywał na rozbitą jednostkę pływającą, typową dla okrętów trafionych pociskiem – mówi Tomasz Zwara.
Dopiero w tym roku nurkowie Marynarki Wojennej rozpoznali w szczątkach elementy samolotu. Informację o lokalizacji dostał Baltictech - gdyńskie stowarzyszenie, założone w 2013 roku, które skupia nurków technicznych specjalizujących się w bałtyckich wrakach. Ma już ono na koncie odnalezienie i identyfikację kilku wraków z czasów wojny, m.in. statku Karlsruhe, zatopionego podczas ewakuacji z Prus Wschodnich w 1945 roku.

Silniki zdradziły, co to za maszyna
– Kiedy schodziłem pod wodę, spodziewałem się raczej radzieckiego Iła, bo kilka takich samolotów strącono tu pod koniec wojny – przyznaje Tomasz Zwara.
Na dnie zobaczył jednak co najmniej trzy silniki i trzy śmigła, każda łopata miała ok. 2 m długości. Kadłuba praktycznie nie ma, zachowało się tylko kilka porozrywanych elementów i podwójny karabin maszynowy Vickers.
Kluczem okazały się silniki: dwunastocylindrowe, w układzie widlastym, z masywną sprężarką. To wykluczyło amerykańskie B-17 i Liberatory, które bombardowały Gdynię, bo te miały silniki gwiazdowe. Wśród czterosilnikowych bombowców pasował tylko Avro Lancaster. Na jednym ze śmigieł zachował się fragment napisu fabrycznego amerykańskiej firmy Hamilton Standard. To wskazuje na wersję Mk III, napędzaną produkowanymi na licencji w USA silnikami Packard Merlin.
Osiem strat, dwóch kandydatów
Brytyjskie rejestry wymieniają osiem Lancasterów tej wersji utraconych nad Bałtykiem. Część nurkowie od razu wykluczyli. Samolot zaginiony w marcu 1943 roku spadł najpewniej w rejonie Bornholmu. Inny, zestrzelony w kwietniu 1943 r.przez artylerię przeciwlotniczą pod Rozewiem, Niemcy wydobyli z morza i przewieźli do zakładów lotniczych w Rumi.
Pierwszy trop prowadzi do wielkiego nalotu dywanowego na Gdynię w nocy z 18 na 19 grudnia 1944 roku, podczas którego zatonął w porcie pancernik Schleswig-Holstein. Niemieckie nocne myśliwce zestrzeliły wtedy cztery Lancastery, ale tylko jeden był w wersji Mk III. Według źródeł jego załoga przeżyła.
Drugi trop, który Tomasz Zwara uważa za bardziej prawdopodobny, to bombowiec trafiony przez małokalibrową artylerię przeciwlotniczą 27 sierpnia 1944 roku, podczas minowania podejść do portu. Ta broń miała zasięg zaledwie kilku kilometrów, a samolot spadł do Zatoki Gdańskiej. Cała załoga zginęła.
– Uszkodzenia badanego przez nas wraku nie wyglądają na skutek samego uderzenia w wodę. Bardzo możliwe, że samolot eksplodował – mówi gdyński nurek.
Ale w grę wchodzi jeszcze jeden Lancaster, który zaginął bez śladu pod koniec sierpnia 1944 roku podczas tej samej operacji minowania.
Potrzebna tabliczka
Podczas drugiego nurkowania, w ostatnią niedzielę, nurkowie szukali tabliczek znamionowych na silnikach. Bez skutku.
– Raczej konieczne będzie wydobycie silników – ocenia Zwara. Numer silnika pozwoliłby ustalić w brytyjskich archiwach numer samolotu, a tym samym poznać losy jego załogi.
Na razie Urząd Morski zabezpiecza miejsce przed niekontrolowanym nurkowaniem. Sprawą interesuje się też Muzeum Marynarki Wojennej. Jak podkreśla Tomasz Zwara, minowanie podejść do portu to część wojennej historii Trójmiasta.



Napisz komentarz
Komentarze