Reklama

Teatr w Teatrze. Poczet aktorów zapomnianych

W tym roku Teatr Wybrzeże obchodzi 80-lecie. W cyklu „Poczet aktorów zapomnianych” przypomnimy aktorów tej sceny sprzed lat.
Zofia Mayr była w Teatrze Wybrzeże od 1949 roku ( Fot. Tadeusz Link/Zbiory Muzeum Narodowego w Gdańsku
Mecenasem Kolekcji Fotografii Teatralnej Tadeusza Linka jest Port Lotniczy Gdańsk )

 

Jej ojciec, Otmar Riamski, był aktorem, aktorką była też siostra - Iga. Zofia Mayr o teatrze nie marzyła, ale że we wszystkim naśladowała siostrę, to nie miała wyjścia. Do teatru Wybrzeże, gdzie dyrektorował Stanisław Kwaskowski, trafiła w 1949 roku. Jej pierwsza rola tutaj to Nina w „Młodej Gwardii”, ostatnia - Ciotunia w „Pannie z mokrą głową” (1993). Ale na teatralnej scenie była Zofia – biorąc pod uwagę wszystkie sceny, na których występowała – 57 lat. 

Jej młodość, która przypadła na przełom lat 40. i 50., to był w teatrze, jak mówiła, czas adoratorów. Przynosili kosze kwiatów, czekoladki, pisali miłosne liściki. 

– Chyba byłam trochę zepsuta, bo uważałam, że takie umizgi to normalne – wyznała mi kiedyś. – A z tymi adoratorami miałam tylko same kłopoty. Zanim trafiłam do Wybrzeża, grałam Elwirę w sztuce „Seans”. Zobaczył mnie w tej roli pewien oficer i potem pisywał listy, w których tytułował mnie: „Elwiro”... Kiedy przyjechałam do Gdyni, to on jeszcze do tej Elwiry pisał przez dwa lata. Wstyd przyznać, ale w ogóle tych jego listów nie otwierałam, bo przecież już pojawili się inni wielbiciele. Poza tym, nie miałam na to czasu. Wiem, to było podłe z mojej strony. No, ale jak człowiek jest młody, to się nie zastanawia, czy to podłość, czy nie. Jeszcze mam te listy, leżą gdzieś w szufladzie... 

Długo zachwycała urodą.  

– Aż w końcu zestarzałam się na dobre – powiedziała któregoś dnia – a to dlatego, że umarła moja siostra. Kiedy odeszła trójka moich małych dzieci, byłam młodą kobietą, była obok mama i Iga. Ale gdy i jej zabrakło, to wzięłam i się zestarzałam. 

Jej Teatr Wybrzeże to trzy sceny, w Gdyni, we Wrzeszczu i w Sopocie. Cała jej młodość została na tych deskach. W pamięci, do końca, przesuwały się obrazy: oczy aktorów, głos inspicjenta, specyficzny zapach, twarze krawców, szmer z widowni. Muzyka sceny – to fascynowało ją zawsze. Po każdym przedstawieniu odprawiała rytuał. Czekała na moment, aż wszyscy wyjdą, siadała na widowni i wsłuchiwała się w teatralną ciszę. Zawsze wychodziła z teatru ostatnia.

Najlepsza była w rolach komediowych i te najbardziej lubiła. Mówiła: – Miałam wielkie szczęście, że mogłam grać w komediach, że mogłam robić te wszystkie miny i wygłupy. Lubiłam się śmiać i widzieć, gdy ze śmiechu trzęsła się widownia. Ktoś powie, że trudno się śmiać, gdy w życiu przytrafi się dramat, a przecież i aktorom dramaty się zdarzają... 

Ale dziś myślę, że gdy umierali moi bliscy, to ja przecież grałam dla nich.

 

Więcej o autorze / autorach:
tekst alternatywny
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze