Według licencji polskie służby nie mogły używać Pegasusa wobec numerów z Rosji, Białorusi czy Korei Północnej. Skoro narzędzie nie nadawało się do walki z obcym wywiadem, to do czego w praktyce mogło służyć?
Nie róbmy z zagranicznych szpiegów Gangu Olsena: to mogą być osoby pod przykryciem, które dla budowania w swoim środowisku wiarygodności, muszą posługiwać się polskimi numerami. Dlatego nie przesądzam, czy Pegasus był użyteczny w walce z obcym wywiadem. To narzędzie, które stworzono do ścigania najpoważniejszych przestępstw: walki z terroryzmem czy zagrożeniom dla stabilności państwa. I być może był do tego używany. Sęk w tym, że korzystano z niego także względem osób, które – co już dzisiaj wiemy – nie powinny być przedmiotem inwigilacji, a decyzja o jej rozpoczęciu była motywowana politycznie.
Zgody na użycie Pegasusa wydawały sądy, które zatwierdzają ponad 99 proc. wniosków o kontrolę operacyjną. Gdzie system zawiódł najbardziej?
Dobrze, że pyta pan o system, bo rzeczywiście to w nim tkwi problem, a nie w nadużyciach czy zaniedbaniach konkretnych osób. Wszystko zaczyna się od tego, że dotąd służby nie musiały informować sądu o okolicznościach podważających konieczność rozpoczęcia kontroli operacyjnej. Jednocześnie były systemowo „nakłaniane” do zatwierdzania wniosków o zgodę na inwigilację – do niedawna musiały uzasadnić każdą odmowę, a zgody nie. W przypadku afery Pegasusa sędziowie nie mieli jak zorientować się, że dają zgodę na użycie nielegalnego oprogramowania. Nie wiedzieli też, wobec kogo będzie stosowana kontrola. Imiona i nazwiska inwigilowanych nie muszą pojawiać się we wnioskach służb.

Służby zdają sobie z tego sprawę. W przypadku afery Pegasusa właśnie ta systemowa słabość była przez służby celowo wykorzystywana, co podkreślono podczas przedstawienia raportu komisji śledczej. Prokuratura postawiła już zarzuty funkcjonariuszom CBA za „wyłudzanie zgód” na podsłuchy.
Wrześniowa ustawa pozwala sądowi przerwać kontrolę w każdej chwili, żądać pełnych materiałów i wymaga uzasadniania zgód. Gdyby te przepisy obowiązywały w 2019, czy Pegasus zostałby zatrzymany?
Zmiany wprowadzone tą ustawą idą w dobrym kierunku. Ale wciąż pozostaje aktualny kluczowy problem: według naszych wyliczeń sędziowie mają około 15-20 min na rozpatrzenie wniosku o to, czy nas podsłuchać. To zbyt mało, żeby wnikliwie przeanalizować wniosek. A jednocześnie ci sami sędziowie mieliby podjąć się dodatkowej pracy i sprawdzania, jak jest prowadzona inwigilacja i czy przypadkiem funkcjonariusze nie nadużywają swoich uprawnień. Mam nadzieję, że pojawią się pojedyncze sprawy, w których sędziowie skorzystają z tej możliwości, ale przy ich obciążeniu – nie za bardzo na to liczę. Te zmiany nie rozwiązują problemu: nadużycia wciąż są możliwe.
Nowe przepisy pisano z myślą o klasycznym podsłuchu, a nie o oprogramowaniu dającym dostęp do całego telefonu. Czy narzędzie typu Pegasus nadal byłoby poza realną kontrolą sądu?
Oprogramowanie szpiegujące, takie jak Pegasus, to atomowa broń w rękach służb, znacznie więcej niż klasyczny podsłuch: nie tylko dostęp do treści korespondencji czy rozmów, ale też wszystkiego, co jest przechowywane na urządzeniu oraz możliwość zdalnej aktywacji mikrofonu i kamery. Nawet wtedy, gdy telefon jest z nami w łazience czy sypialni. Sądzę, że służby w absolutnie wyjątkowych sytuacjach powinny mieć możliwość skorzystania z takich narzędzi, ale atomowym narzędziom powinny odpowiadać „atomowe” zabezpieczenia. Niestety tak nie jest: jeśli funkcjonariusze postanowią ich użyć, brakuje nam wystarczająco silnych zewnętrznych mechanizmów pozwalających sprawdzić, czy jest to rzeczywiście konieczne.
Osoby inwigilowane nadal nie dowiedzą się, że były podsłuchiwane, choć Europejski Trybunał Praw Człowieka uznaje to za standard. Jak Pan ocenia argument MSWiA o ochronie metod pracy operacyjnej?
Uważam, że informowanie osób, że były inwigilowane jest absolutnie kluczowe. Po określonym czasie od zakończenia działań służby powinny informować Iksińskiego, że się nim interesowały. Dziś taką „informacją” jest tylko postawienie zarzutów lub akt oskarżenia. A jeśli nikt nie jest o nic oskarżony, to nigdy nie dowie się, że był inwigilowany. To się powinno zmienić. Wierzę, że przy obecnym nadzorze sądów nad działaniami służb, to niesłusznie inwigilowani byliby najlepszymi obrońcami swojej prywatności. Argument, że zaszkodzi to pracy operacyjnej jest nietrafiony: nie postulujemy, by informowanie odbywało się w czasie rzeczywistym, a i później konieczne są wyjątki – nie chcemy informować szpiegów czy terrorystów, tylko osoby, które były podsłuchiwane, a które okazały się niewinne.
Gdyby przyszła władza chciała użyć podobnego narzędzia wobec opozycji, co by ją dziś realnie powstrzymało?
Aktualny rząd obiecywał trzy zmiany w obszarze służb: wymianę kierownictwa, rozliczenie nadużyć i zmiany prawne, które uniemożliwiłyby takie nadużycia w przyszłości. W pełni wywiązano się tylko z pierwszej obietnicy. Rozliczenia trwają. Natomiast zmiany prawne są niewystarczające. Podczas prac nad wrześniową nowelizacją min. Siemoniak - koordynator służb specjalnych – zapowiedział, że to nie jest ich ostatnie słowo i że przygotują kolejny projekt, który rozwiąże inne problemy w tym obszarze. W maju przedstawiliśmy listę niezbędnych zmian w naszym raporcie „Demokracja na podsłuchu”. Pierwsza warstwa proponowanych zmian dotyczy generalnych zasad stosowania kontroli operacyjnej, przede wszystkim wzmocnienia i urealnienia nadzoru sądu oraz przyznania inwigilowanym prawa do informacji, że byli przedmiotem zainteresowania służb. Druga odnosi się konkretnie do oprogramowania szpiegującego, w tym do określenia, jakie formy jego użycia powinny być zakazane. Mamy nadzieję, że minister Siemoniak zdąży skorzystać z naszych rekomendacji przed nadchodzącymi wyborami. Bo na dzisiaj wniosek jest smutny: nie mamy gwarancji, że afera z inwigilacją opozycji się nie powtórzy.



Napisz komentarz
Komentarze