Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
Reklama

Rosja rozpoczęła wojnę informacyjną w Internecie. Jak sobie radzić z fałszywymi informacjami?

Trzeba szybko kupić benzynę, bo rezerwy idą dla wojska. Polska zostania skażona płynem radioaktywnym z Czarnobyla. Te dwie informacje są fałszywe i prawdopodobnie powstały w ramach rosyjskiej wojny informacyjnej w Internecie, by wpłynąć na nastroje społeczne w Polsce? Jak radzić sobie z weryfikacją fake newsów? Dlaczego dajemy się nabierać? - odpowiada dr Wiesław Baryła, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS
(fot. Canva | Zdjęcie ilustracyjne) 

Wskutek plotki, rozsiewanej także przez konta antyukraińskie, informującej o możliwym braku paliw, Polacy w czwartkowy wieczór masowo ruszyli na stacje benzynowe. W piątek pojawiła się szeptana wieść o zagrożeniu promieniowaniem z Czarnobyla, co spowodowało szturm na apteki w poszukiwaniu płynu Lugola. Dlaczego tak łatwo dajemy się nabierać?
Zagrożenie jest jednym z najsilniejszych motywatorów. Sygnały o jego istnieniu przyciągają uwagę, koncentrują ją i zmieniają myślenie w kierunku szukania sposobów radzenia sobie z zagrożeniem. Wszyscy reagujemy bardzo silnie na wieści o wojnie na Ukrainie. To naturalne. Niektóre zachowania są racjonalne. Kolejki po benzynę i wypełnianie nią baniaków może być reakcją na fakt, że w miarę tania benzyna się już skończyła i można zaoszczędzić trochę kupując na zapas. Krótkoterminowo ma to jakiś sens, natomiast zapełnianie piwnic i posesji benzyną stanowi ryzyko. Nie jest to produkt, który należy przetrzymywać w domu. Jest jednak zupełnie zrozumiałe, że nie potrafimy sobie mentalnie, emocjonalnie i behawioralnie, czyli przez zachowania poradzić sobie z tym, co dzieje się za naszą wschodnią granicą.

Ale jak sobie radzić z kolejnymi fałszywymi informacjami, którymi możemy być w najbliższym czasie zarzucani?
Na pewno ci, którzy mają odpowiednie instrumenty mogą zweryfikować, kto produkuje te informacje. Jednak przeciętnemu odbiorcy bardzo trudno jest z tym sobie poradzić. Proszę zauważyć, że media głównego nurtu zachłysnęły się wojną. Używają amerykańskiej, wojennej retoryki, mówiącej: ani kroku w tył, zachwycają się, jak Ukraińcy dzielnie walczą. Niewielu mówi, że wojna nie ma sensu, że nie miało prawa do niej dojść. Ukraińcy zostali z nią tak naprawdę sami, a Putin jest absolutnie złym człowiekiem, zniszczonym przez władzę i samotność. Równocześnie w Internecie, gdzie każdy może publikować, co chce, pojawia się mnóstwo fake newsów, niesprawdzonych informacji. A odklejenie się od Internetu w obecnej sytuacji może być bardzo trudne. To naturalne, że staramy się wszystko monitorować, wiedzieć jak najwięcej, by uzyskać kontrolę poznawczą. Czyli zrozumieć, co się dzieje i być zawczasu przygotowanym mentalnie.

WIĘCEJ: Pomorze solidarne z Ukrainą! Miasta gotowe na uchodźców. Konflikt eskaluje, są ofiary

Może media powinny postawić na mniej emocjonalną, za to bardziej konkretną i obiektywną informację, zastępującą bombardowanie nas dziesiątkami wstrząsających newsów? Mam wrażenie, że emocje zmiękczają odbiorcę i sprawiają, że jest mniej odporny na fałszywie przekazy.
Kłopot polega na tym, że szczególnie w Polsce wiarygodność źródeł informacji mocno się zużyła poprzez zaangażowanie tych źródeł w bieżącą walkę polityczną. Nie ma szans, byśmy znaleźli się w czasach przypominających "złoty okres BBC", charakteryzujący się niezależną i obiektywną informacją. Na świecie jest ciężko o media, gdzie informacja podana jest z należytą rzetelnością i w dodatku rzetelnie zinterpretowana. A w Polsce już szczególnie. Wynika to z faktu, że wysokiej jakości dziennikarstwo jest bardzo kosztowne, a ludzie dziś  oczekują informacji za darmo. Ponadto takie informacje nie tylko są droższe, ale także ukazują się z opóźnieniem, bo przecież weryfikacja musi trochę potrwać. I w efekcie rzetelna informacja przegrywa z zalewem szybkich, sensacyjnych, często fałszywych wieści.

Na pewno ci, którzy mają odpowiednie instrumenty mogą zweryfikować, kto produkuje te (fałszywe - przyp. red.) informacje. Jednak przeciętnemu odbiorcy bardzo trudno jest z tym sobie poradzić.

dr Wiesław Baryła / psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS

Mamy jednak wojnę za naszą granicą i w tej sytuacji polskie służby mogły spodziewać się zalewu fake newsów. Czy państwo nie powinno reagować na nie szybko i rzetelnie, uprzedzając konsekwencje takie jak panika przed stacjami paliw?
Zgoda, że powinno. Aby było to jednak skuteczne, społeczeństwo musi uwierzyć polskiemu rządowi, rzecznikom prasowym ministrów czy urzędów centralnych. Niestety, nie mamy zbyt wielu powodów, by im wierzyć. Gdy z ust polityków słyszę, że magazyny są pełne, ma to dla mnie niewielką wartość. Raczej myślę, że następne tankowanie będzie znacznie więcej kosztowało, niż obecnie.

Co wobec tego zostaje nam, zwykłym odbiorcom informacji?
Osoba, która nie ma biegłości językowej, pozwalającej na sięgnięcie do źródeł rosyjskich, amerykańskich, francuskich, do kont twitterowych ekspertów, którzy wykazali się kompetencjami i bezstronnością, ma bardzo trudną sytuację. Niestety, nie zawsze możemy liczyć na polskie portale informacyjne. Tam jesteśmy skazani na miotanie się od jednej do drugiej informacji, które weryfikowane są w perspektywie kolejnych kilkudziesięciu godzin. Jeśli więc moglibyśmy sobie pozwolić na poczekanie na rozwój wypadków, by zrozumieją, co się wydarzyło, byłoby to wyjątkowo dla nas korzystne. Świat zwariował. Kiedyś dowiadywaliśmy się, co słychać w świecie, z tygodników. Aktualnie poznajemy go z tweetów pisanych na bieżąco lub z portali, które rywalizują ze sobą, kto szybciej wrzuci coś nowego, sensacyjnego, dramatycznego. To ogromna różnica jakości tych informacji oraz ich interpretacji, sposobu analizy.

Wiesław Baryła

Podziel się
Oceń

Napisz komentarz
Komentarze
Reklama
Reklama
Reklama