Ambasador Japonii z wizytą w Wejherowie
Podczas wizyty ambasador Japonii miał okazję obejrzeć specjalną wystawę poświęconą losom "dzieci syberyjskich" oraz zapoznać się z historią budynku PZKS, w którym po powrocie do kraju znalazły opiekę i mogły kontynuować naukę.
- To niezwykłe świadectwo solidarności i humanitaryzmu sprzed ponad 100 lat do dziś pozostaje symbolem przyjaźni polsko-japońskiej. Wizyta ambasadora była okazją do przypomnienia, jak wielką wartość ma pamięć o wspólnej historii oraz jak ważne są więzi międzynarodowe budowane na podstawie wspólnych doświadczeń i pamięci historycznej - mówi Marcin Kaczmarek, starota wejherowski.
Jak podkreśla, takie właśnie zainteresowanie, wizyty i rozmowy przyczyniają się do pogłębiania dialogu oraz współpracy między narodami.
CZYTAJ TEŻ: Seniorzy z powiatu wejherowskiego biorą się ostro do roboty! Pierwsze posiedzenie rady już za nimi
Jak "dzieci syberyjskie trafiły do Wejherowa?
Na Syberii mieszkało w tamtym okresie ok. 50 tys. Polaków. Były to głównie rodziny zesłańców oraz budowniczych Kolei Transsyberyjskiej. Jednak w najtrudniejszej sytuacji znalazły się polskie dzieci. Szczególnie te osierocone lub rozłączone z rodzinami.
Ich ratowaniem zajął się Polski Komitet Ratunkowy Dzieci Dalekiego Wschodu. Powołany został przez nauczycielkę i córkę syberyjskiego zesłańca Annę Bielkiewicz. Jej współpracownikiem był naczelny lekarz we Władywostoku dr Józef Jakóbkiewicz.

Japonia otworzyła im drzwi
I tak dzięki wsparciu udzielonemu przez Japoński Czerwony Krzyż, japońskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, a także Polonię amerykańską w latach 1919-1922 udało się uratować prawie tysiąc dzieci. Około trzysta z nich przywieziono do Wejherowa. Ale zanim tu trafiły, to najpierw z Rosji większość z nich przetransportowano do Japonii.
- Dzieci na Syberii żyły w katastrofalnych warunkach, w biedzie. Były niedożywione. Po dotarciu do Japonii zostały nakarmione, wyleczone i ubrane. Podczas pobytu w Japonii odwiedziła je nawet sama cesarzowa Sadako. Spędziła z nimi dużo czasu wypytując jak im się podoba w Japonii i życząc im zdrowia - opowiadała kilka lat temu Małgorzata Woźniak, dyrektor Powiatowego Zespołu Kształcenia Specjalnego.
Nowe życie w Wejherowie
Potem część dzieci trafiła do Wejherowa.
- Były tutaj szczęśliwe. Miały pełne brzuszki. Zaopiekowano się nimi. Mogły chodzić do polskich szkół - kontynuowała Małgorzata Woźniak. - Doktor Jakóbkiewicz otaczał dzieci szczególną opieką. Bardzo mocno uczył je samodzielności. Były wychowywane tzw. metodą harcerską - wyjaśnia dyrektor PZKS.
Zakład w Wejherowie istniał do 1928 roku. Potem „dzieci syberyjskie” przeniesiono do Warszawy. Te, które zdążyły się wcześniej usamodzielnić, pozostały na Kaszubach.
- Dzieci Syberyjskie nie mówiły o tym kim są. Ich potomkowie niejednokrotnie dowiadywali się o tym dopiero wtedy, gdy ich dziadek czy babcia byli na łożu śmierci. A to dlatego, że te dzieci były szykanowane m.in. przez NKWD, więc bały się ujawniać, a po latach opowiadać o przeszłości - dodaje Małgorzata Woźniak. - Od kilku lat potomkowie „Dzieci Syberyjskich” zabiegają o ich pamięć.
Poza wspomnianą tablicą pamiątkową przed budynkiem Powiatowego Zespołu Kształcenia Specjalnego, w Wejherowie również jednej z ulic nadano nazwę Dzieci Syberyjskich. To właśnie przy tej ulicy w 2025 r. oddano do użytku Plac Sportów Miejskich























Napisz komentarz
Komentarze