Miejskie pasieki. Jak ule opanowały dachy metropolii?
Miejskie pszczoły od kilku lat niestrudzenie pracują. Teraz, w maju, gdy temperatura w końcu nieco wzrosła, wyruszyły z uli na pierwszy pozimowy tzw. oczyszczający lot.
Jeszcze kilkanaście lat temu ule ustawione na dachach urzędów, galerii handlowych czy biurowców budziły zdumienie. Dziś są już nikogo nie zaskakującym elementem krajobrazu. Miejskie pasieki stały się symbolem ekologii i jednocześnie tematem dyskusji o tym, jak naprawdę pomagać przyrodzie. Stawiać ule i wspomagać pszczoły miodne czy raczej wspierać dzikich zapalaczy?
Nowoczesna fala „urban beekeeping”, czyli miejskiego pszczelarstwa, pojawiła się w latach 80. i 90. XX w., gdy w Paryżu zaczęto ustawiać ule na dachach instytucji publicznych oraz budynków historycznych.
Choć – paradoksalnie – pszczoły w miastach to nic nowego. Jeszcze w XIX wieku ule stały w wielu europejskich miastach i dopiero wraz z urbanizacją oraz przepisami sanitarnymi w XX wieku wiele miejscowości zaczęło ich zakazywać.
Jednak kilkanaście lat temu zaczęły pojawiać się znowu, a na stawianie miejskich pasiek nałożyło się kilka trendów:
- ekologii miejskiej,
- ruchu slow food,
- mody na lokalną żywność,
- rosnącego zainteresowania ratowaniem zapylaczy.
Dużą rolę odegrały też alarmujące informacje o masowym wymieraniu pszczół i Zespole Masowego Ginięcia Pszczoły Miodnej (ang. Colony Collapse Disorder, CCD). To tajemnicze zjawisko gwałtownego wymierania kolonii pszczół miodnych, które pojawiło się ok. roku 2006. Dorosłe pszczoły robotnice nagle zaczęły znikać z ula, w którym zostawały tylko królowa, czerw i zapasy miodu. Pszczelarze zaczęli zgłaszać ogromne straty rodzin pszczelich – czasem nawet 90 proc. pasiek w jednym sezonie.
Hasło „bez pszczół nie ma życia” zaczęło nabierać dodatkowego znaczenia, gdy już nawet rządowe strony informowały o tym, że gdy te owady wymrą, to ludzie wyginą zaledwie cztery lata po nich. Tworzenie miejskich pasiek stało się więc sposobem na wsparcie pszczół, od których zależy nasz gatunek.
Pszczoły w Polsce. Ile uli kryją nasze miasta?
W Polsce w miastach pasieki pojawiły się najpierw w Warszawie – dzisiaj jest tam ok. 400 uli, m.in. na dachach Teatru Wielkiego czy Pałacu Kultury i Nauki. Potem ustawiono je w Krakowie, Gdańsku czy Katowicach. I choć potrzeba było zmian przepisów co do obecności uli w miejskiej przestrzeni, teraz w samym Trójmieście jest kilkadziesiąt pasiek.
– W intensywnym rolnictwie dominują monokultury i chemiczne opryski. Tymczasem miasta oferują większą różnorodność roślin – od parków i skwerów po balkony, ogródki działkowe i łąki kwietne – podkreślają miłośnicy miejskich pasiek.
Opiekun pasieki Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego podkreśla, że na terenie miast nie wykonuje się żadnych oprysków, a to właśnie ograniczenie pestycydów jest jednym z głównych powodów przenoszenia uli do przestrzeni miejskiej. Co więcej – „miejski” miód jest jednym z najczystszych możliwych do pozyskania, bo miasto jest wolne od wielkoskalowych rolniczych pestycydów.
- Z pięciu uli ustawionych na terenie kampusu Uniwersytetu Gdańskiego w ubiegłym roku udało się pozyskać 220 kilogramów miodu.
- Z pasieki gdyńskiego urzędu miasta, gdzie są cztery ule, zebrano niemal 150 kilogramów miodu.
Podobnie było w innych pasiekach na terenie Trójmiasta.

W Gdańsku pszczoły mieszkają przy Hevelianum, Gdańskiej Infrastrukturze Wodociągowo-Kanalizacyjnej czy uczelniach – GUMed, PG i UG. Swoją pasiekę ma też Port Gdańsk, jedna stoi na terenie Orlenu, ale ule są też na dachach biurowców czy w Urzędzie Miejskim w Gdańsku oraz przy centrach handlowych.
– Na terenie kampusu są bardzo dobre warunki do hodowli pszczół – podkreślał Wojciech Albecki, opiekun pięciu uli na terenie kampusu Uniwersytetu Gdańskiego w rozmowie dla portalu UG. – To miejsce jest niemalże idealne do bytowania tych owadów. Na wiosnę jest tam słonecznie i sucho, nie dokucza zbytnio wiatr, bo teren jest osłonięty. Cały kampus ma zieleń urządzoną, czyli taką, o którą się dba. Wokół jest mnóstwo drzew lipy, grochodrzewu, nie bez znaczenia jest też bliskość lasów Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego.
- Łącznie w samym Gdańsku jest ponad 50 uli.
- W Gdyni – ok. 15.
- W każdym z nich mieszka 40-50 tys. pszczół, głównie miodnej rasy Buckfast.
Co oznacza, że tylko w stolicy województwa pomorskiego w sezonie są nawet 2,5 miliona pszczół z miejskich pasiek.
„Przepszczelenie” miast. Ciemna strona ekologicznej mody
Jednak zjawisko rosnącej liczby pszczół w miastach, które początkowo było postrzegane jako ogromny sukces ekologiczny, od pewnego czasu budzi niepokój nie tylko naukowców, ale i ekologów. Grupa badaczy zajmujących się ochroną przyrody już w 2021 r. opublikowała list, apelując o ograniczenie tworzenia nowych uli.
– Zakładanie nowych pasiek nie pomaga pszczołom, wręcz przeciwnie, może im szkodzić – mówiła dr Justyna Kierat z Uniwersytetu Jagiellońskiego, inicjatorka apelu.
Jak podkreślają naukowcy – doszło do ogromnego uproszczenia, bo kiedy mówimy „pszczoły”, niemal zawsze myślimy o pszczole miodnej. Tymczasem w Polsce żyje ponad 450 gatunków dzikich pszczół oraz wiele innych owadów zapylających. I właśnie one mają dziś największy problem. Naukowcy coraz częściej zresztą używają określenia „przepszczelenie miast”.
Pszczoła miodna a dzikie zapylacze. Nierówna walka o zasoby
– Wejście pszczoły miodnej do dużych miast pokazało, ile złego taka konkurencja, wręcz inwazja, w warunkach ograniczonych przestrzeni i zasobów może zrobić – podkreślał dr Jacek Wendzonka, entomolog, członek ruchu Nauka dla Przyrody.
Podobnego zdania jest przyrodniczka dr Anna Sobieraj-Betlińska.
– Od około dekady obserwujemy tendencję do stawiania miejskich pasiek w kraju – podkreślała dr Anna Sobieraj-Betlińska w rozmowie z PAP. – Niestety, teraz już wiemy, że nie jest to dobry trend, ponieważ wprowadzona do miasta pszczoła miodna konkuruje z innymi gatunkami zapylającymi, np. dziko żyjącymi pszczołami, które nie mogą liczyć na naszą pomoc.
Prof. Marcin Zych, kolejny z sygnatariuszy listu w obronie dzikich zapylaczy podkreślał w wypowiedziach cytowanych przez media, że „pszczoła miodna jest zwierzęciem hodowlanym”, a ratowanie jej nie oznacza automatycznie ratowania całej przyrody.
– To bardzo ważne rozróżnienie, bo większość dzikich zapylaczy nie mieszka w ulach i nie produkuje miodu. Potrzebują za to odpowiednich siedlisk: dzikich łąk, niekoszonych fragmentów zieleni, martwego drewna czy piaszczystej ziemi, do zakładania gniazd – powiedział.
– Największy paradoks całej sytuacji polega na tym, że owady najbardziej potrzebujące pomocy są niemal niewidoczne – dodaje edukatorka Hanna Zyskowska. – Potrzebują przede wszystkim spokojnych siedlisk i dostępu do różnorodnych roślin. Tymczasem miejskie parki, balkony oraz skwery oferują ograniczoną ilość nektaru, A także pyłku.
– Kiedy w mieście pojawia się zbyt wiele uli, pszczoły miodne dosłownie „czyszczą” okoliczne kwiaty, nie zostawiając nic dla dzikich zapylaczy – takich jak trzmiele, murarki czy pszczolinki. W przeciwieństwie do pszczoły miodnej, wiele dzikich gatunków to samotniki, które nie mają wsparcia całego roju i przegrywają tę rywalizację – dodaje Hanna Zyskowska.

Czy pszczoły miodne naprawdę zagrażają innym owadom?
Część ekologów i pszczelarzy broni jednak miejskich pasiek, podkreślając, że pełnią one funkcję edukacyjną. Zwiększają także świadomość mieszkańców.
– Różnice pomiędzy tzw. dzikimi zapylaczami a pszczołami są dosyć spore – wyjaśnia Wojciech Albecki. – Pszczoła miodna dzięki temu, że tworzy rodziny pszczele, jest w stanie już wczesną wiosną wykorzystywać pojawiające się pożytki. Dzikie zapylacze funkcjonują inaczej. Najpierw pierwszy osobnik (matka) zakłada gniazdo, gdzie odchowuje kilkanaście-kilkadziesiąt osobników, a te dopiero po czasie zaczynają się nią zajmować. Kiedy rodziny pszczele są w pełni sił, dzikie zapylacze dopiero się rozwijają.
– Każdy z zapylaczy, czy to trzmiel, motyl, czy inny owad, ma języczek lub trąbkę, którą wypija nektar z kwiatów – jednakże długość tych narządów jest różna. Trzmiele mają dłuższe języczki od pszczół, tak więc mitem jest, że pszczoły podbierają nektar innym owadom zapylającym. Do miejsc, do których sięgnie trzmiel ziemny, nie jest w stanie sięgnąć pszczoła miodna – dodaje Wojciech Albecki.
Jak mądrze dbać o zapylacze? Mniej uli, więcej natury
Mimo to, naukowcy i ekolodzy postulują – mniej uli, więcej naturalnych siedlisk.
– Powinniśmy inwestować nie tyle w kolejne pasieki, ile w odbudowę naturalnych warunków życia owadów – apeluje Hanna Zyskowska. – Miejskie pasieki działają na wyobraźnię, łatwo je zrozumieć czy pokazać dzieciom. Łatwo też wokół nich budować opowieść o ratowaniu przyrody. Ale kwietna łąka czy nieskoszony trawnik to też ekologiczne miasto, choć nie będzie z tego kilograma czystego miodu.
20 maja: Światowy Dzień Pszczół. Dlaczego musimy o nie dbać?
- Według Organizacji ds. Wyżywienia i Rolnictwa ONZ (FAO), 90 proc. żywności całego świata zawdzięczamy zaledwie stu gatunkom roślin uprawnych.
- Szacuje się, że ok. 75 proc. z nich zależy od zapylaczy, wśród których kluczową rolę odgrywają pszczoły.
Dzięki ich pracy na naszych stołach goszczą owoce, warzywa, orzechy i wiele innych produktów. Zapylanie wpływa również pośrednio na produkcję mięsa, mleka i nabiału, ponieważ zwierzęta hodowlane żywią się roślinami wymagającymi obecności zapylaczy.


























Napisz komentarz
Komentarze