Jedna z inicjatyw z okazji stulecia Gdyni dotyczy ufundowania rzeźby z brązu przedstawiającej najsłynniejszego – choć fikcyjnego – Gdynianina, najgroźniejszego przeciwnika Jamesa Bonda – Ernsta Stavro Blofelda. Wernisaż gipsowego modelu rzeźby autorstwa prof. Wojciecha Sęczawy odbędzie się w sobotę 30 maja 2026, o godz. 18.00 w Hotelu Nadmorskim.
Gdynianin z przypadku
O jego dzieciństwie nie wiemy nic poza suchą datą urodzenia i faktem, że był synem Polaka i Greczynki. Kolejne informacje biograficzne dotyczą już studiów – najpierw ekonomii i historii na Uniwersytecie Warszawskim, a później radioelektroniki na Politechnice Warszawskiej. W wieku 25 lat (a więc w 1933) Blofeld objął skromne stanowisko w Ministerstwie Poczt i Telegrafów. Uczynił to w przekonaniu o rosnącej roli informacji w nowoczesnym świecie i o korzyściach płynących z uzyskania do niej dostępu wcześniej niż inni. Najpierw wiedzę z depesz, które przechodziły przez jego ręce, wykorzystywał do dyskretnych spekulacji giełdowych. Widmo zbliżającej się wojny skłoniło go jednak do przestawienia się na działalność szpiegowską. Handlował informacjami, z wywiadem niemieckim, a potem także amerykańskim i szwedzkim. Kiedy w Polsce zaczęło się robić naprawdę gorąco, zwinął interes. Nim wyjechał, na fałszywym kanadyjskim paszporcie, usunął wszelkie świadectwa na swój temat z akt Urzędu Stanu Cywilnego w Gdyni oraz kościoła, gdzie go ochrzczono. Musiał to być kościół św. Michała Archanioła na Oksywiu, bo innych Gdynia w 1908 nie miała.
Wojnę przeczekał jako uchodźca w Turcji, gdzie ponownie uruchomił siatkę wywiadowczą. W odpowiednim momencie przeszedł na stronę aliantów i pomnożył swój majątek do sumy pół miliona dolarów. Wyjechał z nimi do Ameryki Południowej, gdzie wpadł na pomysł utworzenia syndykatu zbrodni SPECTRE, czyli Widmo (Specjalna Egzekutywa ds. Kontrwywiadu, Terroryzmu, Odwetu i Wymuszania).
Spotkanie w Alpach i zemsta w Japonii
Tego wszystkiego dowiadujemy się z powieści Iana Fleminga „Operacja Piorun” („Thunderball”, 1962), pierwszej z trzech, w których pojawia się postać Blofelda. Kanwą tej historii jest uprowadzenie przez SPECTRE brytyjskiego bombowca z dwiema głowicami nuklearnymi. Bandyci żądają stu milionów funtów za ich oddanie. W przeciwnym razie grożą ich zdetonowaniem w którymś z wielkich miast świata.
Na szczęście Bond, wysłany przez swojego szefa M na wyspy Bahama, identyfikuje prawą rękę Blofelda, niejakiego Emilio Largo, odpowiedzialnego za tę terrorystyczną operację, odbija mu dziewczynę i dzięki jej pomocy, a także wsparciu CIA, udaremnia ten przestępczy plan. Bomby zostają odzyskane, Largo ginie, SPECTRE idzie w rozsypkę, a sam Blofeld ucieka.
Spotykamy go ponownie w następnej powieści „W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości” (1963). Tu też po raz pierwszy Bond staje oko w oko ze swoim przeciwnikiem. Blofeld ukrywa się teraz w Alpach i planuje atak ekologicznego terroryzmu wymierzony w brytyjskie rolnictwo.Jednocześnie próbuje dorobić sobie arystokratyczne korzenie podając się za potomka francuskich hrabiów. Przy okazji, Fleming wyjaśnia, jak rodzina Blofelda znalazła się w Gdyni. Jego przodkowie uciekli jakoby z Francji przed rewolucją do Niemiec, a w latach 50. XIX wieku przeprowadzili się do Polski (sic!).
Bond, podając się za specjalistę od heraldyki przenika do szwajcarskiej bazy Blofelda i – przejrzawszy jego złowieszczy plan – skutecznie krzyżuje mu szyki. Ten w rewanżu przeprowadza zamach na agenta, w wyniku którego ginie jego świeżo poślubiona żona, Tracy.
Okazja do zemsty pojawiła się w kolejnej powieści „Żyje się tylko dwa razy”, (1964), gdzie Bond zostaje wysłany z misją dyplomatyczno-wywiadowczą do Japonii. Tam szef miejscowego wywiadu prosi go pomoc w zlikwidowaniu kłopotliwego cudzoziemca, dr. Shatterhanda, hodowcy trujących roślin, właściciela ogrodu, który masowo przyciąga samobójców. Kiedy Bond zorientuje się, że Shatterhand to nie kto inny jak Blofeld, z zapałem przystaje na propozycję i – po licznych perypetiach – ostatecznie dusi złoczyńcę gołymi rękami.
Najpierw kot, potem łotr
Nieco inaczej przedstawiono losy Blofelda w serii filmów o agencie 007, opartej – chwilami dość luźno – o fabułę książek Fleminga. Organizacja SPECTRE po raz pierwszy zostaje wspomniana w pierwszym filmie franczyzy „Doktor No” (1962), ale tam jej najwyższym rangą przywódcą, którego poznajemy, jest tytułowy dr Julius No. Blofeld pojawia się w kolejnej części – „Pozdrowienia z Moskwy” (1963), gdzie SPECTRE planuje zabójstwo Bonda, by pomścić śmierć doktora No. W filmie nie widzimy jednak twarzy Numeru 1 (jak określany jest Blofeld), tylko jego ręce głaszczące białego perskiego kota. Podobnie jest w czwartym filmie serii „Operacja Piorun” (1965).
Po raz pierwszy Blofeld pokazuje twarz w filmie „Żyje się tylko dwa razy”, i jest to twarz wybitnego brytyjskiego aktora Donalda Pleasence’a. Jego Blofeld jest kompletnie łysy i ma twarz zniekształconą blizną biegnącą pionowo przez prawe oko. Pleasence do dziś uważany jest za najlepsze wcielenie Blofelda. W kolejnym filmie, na podstawie „W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości” (1969) – nie wiedzieć czemu – rolę tę powierzono Telly’emu Savallasowi. Zamiana kolejności filmowania powieści (akcja „W tajnej Służbie...” dzieje się przed „Żyje się tylko dwa razy”), doszło do trudnej do wytłumaczenia sytuacji, kiedy Bond skutecznie udaje przed Blofeldem kogoś innego, chociaż obaj antagoniści znali się już z poprzedniego filmu. Fakt, iż tym razem zmienił się też aktor grający Bonda – Seana Connery’ego zastąpił George Lazenby – niekoniecznie uzasadnia te sprzeczność.
W kolejnym filmie „Diamenty są wieczne” (1971) w rolę geniusza zła wcielił się Charles Gray. Tu zmiana aktora była o tyle uzasadniona, że filmowy Blofeld poddał się operacji plastycznej, przy okazji „produkując” sobie kilku sobowtórów.
Kilka rysopisów złego
Nawiasem mówiąc w powieściach Fleminga wygląd Blofelda też ulega zmianom. W „operacji Piorun” opisany jest jako mężczyzna o krótko ostrzyżonych czarnych włosach i imponującej posturze – ponad 190 cm wzrostu i prawie 140 kg wagi. „W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości” nadal jest wysoki, ale schudł niemal o połowę. Ma też długie siwe włosy, za to nie ma płatków uszu, a jego nos jest zniekształcony przebytym syfilisem. To ostatnie jest o tyle intrygujące, że w „Operacji Piorun” Fleming pisze o Blofeldzie: „...nie palił, nie pił i nie było najmniejszych oznak, aby kiedykolwiek spał z osobą jednej czy drugiej płci”.
Blofeld, choć niewymieniony z nazwiska (dlaczego za chwilę) pojawia się jeszcze na początku filmu „Tylko dla twoich oczu”, by zginąć z rąk Bonda wypadając ze śmigłowca wprost do wysokiego komina. A w ostatniej dekadzie powrócił w filmach „Spectre” i „Nie czas umierać”, tyle, że jako Austriak, rówieśnik agenta 007, a w dodatku jego przyszywany brat. Grał go Christoph Waltz.
Kto ma prawa do złoczyńcy?
Blofeld gardził wymiarem sprawiedliwości, ale – jak się okazało – jego twórcy też mieli kłopoty z prawem. I to z jego powodu...
Do 1959 Ian Fleming wydał sześć powieści i jeden zbiór opowiadań o przygodach Jamesa Bonda i uznał, że to pora by zainteresować postacią superagenta jakieś studio filmowe. Sęk w tym, że branża – ani rodzima, ani po drugiej stronie Atlantyku – nie wyczuła potencjału tych szpiegowskich historii. Bondem zainteresował się co prawda pewien brytyjski producent, niejaki Kevin McClory, ale on również uważał, że żadna z istniejących powieści Fleminga nie nadaje się do przeniesienia na ekran. Dlatego zatrudnił zawodowego scenarzystę Jacka Whittinghama i we trójkę z Flemingiem stworzyli zupełnie nową fabułę zatytułowaną „Thunderball”. Planowali nawet powierzyć jej wyreżyserowanie Alfredowi Hitchcockowi. Ostatecznie nie udało się zebrać funduszy na sfinansowanie tego projektu. Zaś Fleming, którego wydawca naciskał w sprawie kolejnej powieści, oparł ją na fabule stworzonej wspólnie z McClorym i Whittinghamem, tyle że „zapomniał” to zaznaczyć na okładce książkowej wersji „Operacji Piorun” (1961). Uczciwie trzeba jednak zaznaczyć, że organizacja SPECTRE to oryginalny pomysł Fleminga, a postać Blofelda (którego autor „obdarował” datą swoich własnych urodzin – 28 maja 1908) pojawia się po raz pierwszy dopiero na kartach książki.
Wściekły McClory wytoczył Flemingowi proces o naruszenie praw autorskich. Ostatecznie doszło do ugody, na mocy której nazwiska obu współautorów miały pojawić się w kolejnych wydaniach „Operacji Piorun”. McClory zapewnił też sobie przyszłe prawa filmowe i telewizyjne do tej powieści oraz pełne prawa autorskie do wszystkich wcześniejszych scenariuszy.
Numer 1 znika, ginie i powraca
Tymczasem dwaj niezależni amerykańscy producenci – Albert Broccoli i Harry Saltzman – wykupili prawa filmowe do wszystkich bondowskich powieści Fleminga i założyli wytwórnię EON Productions, by wreszcie przenieść przygody Jamesa Bonda na wielki ekran. Wspomniane zawirowania prawne spowodowały, że pierwszym sfilmowanym tytułem był „Dr No”.
„Operację Piorun” udało się ostatecznie sfilmować dopiero po tym jak McClory udzielił EON 10-letniej licencji na materiał i postaci (a więc i Blofelda) z tej powieści. Fleming filmu już nie zobaczył. Zmarł na zawał w wieku 56 lat. Niektórzy biografowie twierdzą, że wpływ na pogorszenie stanu jego zdrowia miała batalia prawna z McClorym.
Jak już wspomnieliśmy EON użył postaci Blofelda jeszcze w trzech kolejnych filmach. Miał on pojawić się ponownie w „Szpiegu, który mnie kochał”, ale w międzyczasie McClory odzyskał pełnię praw do tej postaci i zakazał jej użycia w filmie. W efekcie w charakterze przeciwnika Bonda, zamiast „najsłynniejszego Gdynianina”, musiał pojawić się inny szaleniec pragnący zniszczyć świat – Carl Stromberg. Stąd ta złośliwość ze strony EON – wspomniane wcześniej symbolicznie uśmiercenie postaci przypominającej fizycznie Blofelda. Za to McClory w po 20 latach wreszcie zrealizował swoje wielkie marzenie i wyprodukował remake „Operacji Piorun” pt. „Nigdy nie mów nigdy więcej”, w dodatku z Connerym w roli Bonda – co prawda mocno podstarzałym, ale i tak młodszym od Rogera Moore'a, który odtwarzał tę postać w filmach EON. W roli Blofelda wystąpił zaś Max von Sydow.
Dopiero w 2013 spadkobiercy McClory’ego zawarli porozumienie z EON, dzięki czemu SPECTRE i Blofeld powrócili do franczyzy. Co prawda w „Nie czas umierać” (2021) Blofeld ginie, podobnie zresztą jak sam Bond, ale nie znaczy to, że obie te postacie nie mogą pojawić się w następnym filmie. Nie takie niekonsekwencje przełykali już fani tej serii.
Planowany powrót do Gdyni
Większość „bondologów” uważa, że Ian Fleming wybrał Gdynię na miejsce urodzenia Blofelda ze względu na fascynację dynamicznym rozwojem miasta, o jakim musiał czytać w latach 20. i 30. Blofeld urodził się wprawdzie nim Gdynia stała się miastem, ale umiejscowienie jego narodzin na terenie Polski będącym wówczas pod niemieckim zaborem, nadało postaci status bezpaństwowca, wzmocniony w dodatku mieszanym pochodzeniem. Skąd w biednej kaszubskiej wiosce na początku minionego stulecia wzięła się Greczynka? Te tajemnicę Fleming zabrał do grobu.
Dr hab. Jerzy Jankau, ordynator Oddziału Chirurgii Plastycznej UCK, jeden inicjatorów odsłonięcia w Gdyni rzeźby przedstawiającej Ernsta Stavro Blofelda, przyznaje, że sam nigdy się specjalnie nie zastanawiał, dlaczego autor kazał głównemu wrogowi Bonda urodzić się właśnie w tym mieście.
– Znając biografię Iana Fleminga, jego przedwojenne przygody związane ze służbą i pracę w redakcjach czasopism, pewnie gdzieś usłyszał tak absurdalną nazwę jak Gdynia, która mu nic nie mówiła, i wymyślił to – mówi, dodając, że dla niego ważniejsze jest to, że miasto w ogóle zgodziło się na projekt rzeźby – choć droga do tego zajęła dwa lata i nie była prosta. – Zawsze się znajdzie ktoś, kto ma wątpliwości, ale nie podaje żadnych merytorycznych powodów. W myśl starej polskiej zasady: „nie, bo nie” – mówi Jankau.
Ostatecznie komitet uzyskał zgodę na dzierżawę trzech metrów kwadratowych przestrzeni publicznej. I ważna precyzja: to nie będzie pomnik, lecz rzeźba.
– Na pomnik trzeba mieć oddzielne, specjalne zezwolenia. Na rzeźbę nie trzeba – wyjaśnia.
Jeśli zbiórka pieniędzy na odlew (potrzeba ok. 270 tys. zł.) zakończy się sukcesem, rzeźba ma zostać odsłonięta 28 maja przyszłego roku. Ma temu towarzyszyć konferencja naukowa – organizatorzy myślą o poważnym, międzynarodowym wydarzeniu. Bondologia to zresztą dyscyplina z tradycjami: na świecie ukazuje się nawet pismo „International James Bond Studies”, wydawane raz w roku.
Jankau przyznaje, że to właśnie on posłużył za modela do rzeźby Blofelda – choć z postacią się nie utożsamia. Za to z duchem całego przedsięwzięcia – owszem. Własną fascynację Bondem tłumaczy dziecięcą miłością do gadżetów i – jak to ujmuje – „wilczym pędem do elegancji”.
– Savile Row, prywatni krawcy, najlepsze wełny. I za każdym razem, czy tarzał się w błocie, czy bił się z kimkolwiek, Bond zawsze wychodził z tego cały i nienaganny – mówi z nutą zazdrości.


Napisz komentarz
Komentarze