Koncert? Nie, to mini-festiwal
Impact może się schować! Sabaton zaprosił na trasę aż trzy zespoły, które dobrze rozgrzały publiczność przed daniem głównym. Tak naprawdę był to mini-festiwal w jednodniowej formule.
Muzyczny maraton w Ergo Arenie rozpoczął izraelski zespół Scardust, który połączył ciężkie brzmienia z symfonicznymi aranżacjami i charakterystycznym kobiecym wokalem.
Następnie na scenę wyszła szwedzka grupa Majestica, dobrze znana fanom power metalu. Energetyczny występ skutecznie podgrzał atmosferę w hali, która z każdą minutą coraz bardziej wypełniała się fanami.
Dużym zainteresowaniem cieszył się również koncert Floor Jansen. Wokalistka, znana przede wszystkim z Nightwish, zaprezentowała swoje imponujące możliwości wokalne, łącząc premierowe utwory z dobrze znanymi kompozycjami z dotychczasowej kariery.
Sabaton wrócił do Trójmiasta
Największe emocje towarzyszyły jednak występowi Sabatonu. Powrót Szwedów do Trójmiasta był długo wyczekiwany przez fanów, którzy szczelnie wypełnili Ergo Arenę. Już od pierwszych dźwięków było wiadomo, że będzie to jeden z tych koncertów, które na długo pozostaną w pamięci uczestników.
Sabaton, który uwielbia militaria i tematykę wojenną, zajmuje szczególne miejsce w sercach polskiej publiczności. Zespół swego czasu bardzo mocno czerpał z historii naszego kraju, tworząc jeden z najlepszych muzycznych dokumentów Polski z czasów wojny.
Szwedzi przyjechali do Trójmiasta z nowym albumem „Legends”, ale wbrew obawom fanów materiał z krążka nie zdominował setlisty. Oczywiście, pojawiło się kilka utworów, jak „Templars”, Hords of Khan” czy „I, Emperor”, ale to był tylko dodatek.
Zespół postawił przede wszystkim na znane i lubiane kompozycje. Już na dzień dobry otrzymaliśmy „Ghost Division”, co zapowiadało swoisty „the best of”. I tak właśnie było - z „40:1”, „Winged Hussars”, „Stormtroopers” czy „Great War”. Nikt nie mógł czuć się zawiedziony takim doborem utworów.
Imponująca scenografia i efekty specjalne
Sabaton od lat słynie z widowiskowej oprawy swoich koncertów i nie inaczej było tym razem. Scena została przygotowana z ogromnym rozmachem, a koncertowi towarzyszyły liczne efekty świetlne, pirotechniczne oraz multimedialne wizualizacje.
Szczególne wrażenie robiły czołgi. Jeden z nich - największy - ustawiony centralnie, był jednocześnie platformą dla perkusisty. Raz po raz wędrował w górę i w dół, tworząc zupełnie nową przestrzeń dla całego spektaklu.
Publiczność dorównała zespołowi
Publiczność, która podczas występów zaproszonych gości wydawała się nieco uśpiona, cała swoją energię uwolniła w chwili, kiedy tylko Sabaton pojawił się na scenie.
Joakim Brodén z ekipą oczywiście tylko podgrzewali atmosferę - a to bardzo dobrą polszczyzną jakiś żarcik, a to „zerowanie” piwa, a to zachęcanie do tańca i śpiewów. To wszystko było jak woda na młyn dla widowni, która z każdym kolejnym utworem rozkręcała się coraz bardziej, dając zespołowi poczucie pewności, że wszystko idzie zgodnie z planem.
Zresztą Sabaton podkreślał to ze sceny, mówiąc że byli trochę zestresowani przed tym koncertem. Jednak dawno ich nie było i nie byli pewni, czy zdołają sprostać oczekiwaniom. Bardzo szybko jednak nerwy poszły jednak w odstawkę - z taką publicznością nie ma mowy o tremie.
Szwedzi są koncertową maszyną, która - niczym te czołgi na scenie - po prostu tnie przed siebie, nie zważając na nic. Było głośno, było przebojowo, było energicznie. Czyli dokładnie tak, jak powinno podczas power metalowego koncertu.

Napisz komentarz
Komentarze