Reklama

Gdynia. Deszcz, punk i łzy wzruszenia. Globaltica znów zachwyciła

Mimo ulewy i kilku innych drobnych przeszkód kolejną 21. edycję gdyńskiego Festiwalu Kultur Świata Globaltica można uznać za udaną. A nawet bardzo udaną.
Gdynia. Deszcz, punk i łzy wzruszenia. Globaltica znów zachwyciła
Artystycznym zenitem tegorocznej Globaltiki bez wątpienia był występ Rokii Traoré

Autor: Bartek Muracki | mat. prasowe

Organizatorów i uczestników plenerowych imprez planowanych w Trójmieście na piątek 17 lipca zmroził (ale nie zniechęcił) rozesłany przez RCB komunikat o możliwych gwałtownych burzach. Na szczęście, w przypadku okolic Parku Kolibki, gdzie odbywa się Globaltica, tak ostro sformułowane ostrzeżenie okazało się być na wyrost. Wprawdzie mocno popadało, ale nie wiało ani trochę i imprezy nie trzeba było przerywać, jak to miało miejsce w przypadku innego popularnego koncertu.

Burza, która nie nadeszła 

Ale od początku. A początki na Globaltice z reguły są trudne. Pierwszy piątkowy wykonawca z reguły skazany jest nie tyle na pożarcie, co granie dla stosunkowo nielicznej publiczności, wolno schodzącej się na tereny festiwalowe bądź leniwie wygrzewającej się na słoneczku. W wypadku polsko-białoruskiego zespołu Hajda Banda, wszelkie niedogodności związane z umiejscowieniem ich jako pierwszy punkt muzycznego programu, zostały zrekompensowane niezwykle przyjemnym zadośćuczynieniem, jakim było wręczenie im Wirtualnych Gęśli, nagrody dla najlepszej płyty folkowej (w tym wypadku 2025), przyznawanej w internetowym głosowaniu. Ich „Niepraudzivaya” wygrała rywalizację o to miano z ponad 50 płytami z muzyką ludową, jakie ukazały się w naszym kraju w minionym roku. A to być może nieostatni sukces tego znakomitego krążka, nominowanego także do międzynarodowych nagród branżowych.

Hajda Banda jest prawdopodobnie jedyną miejską kapelą wykonującą oryginalną muzykę z Podlasia. Robią to z dużym pietyzmem, ale też żywiołowością charakterystyczną dla „korzennego” wykonania tej muzyki. Było zatem bardzo skocznie i radośnie.

Instrumenty ze śmietnika

Niemniej żywiołowi okazali się kolejni wykonawcy, którzy przyjechali z dalekiej Demokratycznej Republiki Konga. Kin’Gongolo Kiniata to zespół, który buduje swoje instrumenty z odpadów znalezionych na śmietniskach Kinszasy: puszek, kabli, plastiku, resztek starych urządzeń. Jeden z muzyków zamiast pałeczek (do grania na instrumencie zbudowanym z butelek wypełnionych wodą) używał starych szczoteczek do zębów. Inny zbudował prowizoryczną marimbę z kawałków zwykłego drewna pomalowanych na srebrno (sądząc po kostiumach – ulubionego koloru muzyków). Bas i drugi instrument strunowy, którego nie odważę się zidentyfikować (niewykluczone, że w ogóle nie ma swojej nazwy), też wyglądały, jakby wyszły spod ręki dr. Frankensteina. W zasadzie tylko zestaw perkusyjny niewiele odbiegał od normy, pominąwszy fakt, że zamiast bębna basowego miał obudowę starego monitora, a może telewizora kineskopowego – z miejsca, gdzie stałem, trudno to było ocenić. Na tym nieortodoksyjnym instrumentarium piątka muzyków dała czadu, porywając publiczność do absolutnie niewymuszonej wspólnej zabawy.

Skupiona Mauretania i dzika Japonia

Po nich zagrali kolejni przedstawiciele Afryki, a konkretnie mauretańska wokalistka Noura Mint Seymali, kontynuująca wielopokoleniowe tradycje griotów, a więc pieśniarzy będących strażnikami nie tylko muzycznej tradycji, ale też historii swojego ludu, pamięci o wydarzeniach sprzed wieków. Artystka gra również na tradycyjnej mauretańskiej harfie, choć w Kolibkach akompaniowała sobie na niej tylko w kilku pierwszych pieśniach. Towarzyszyła jej trójka muzyków używających współczesnego instrumentarium rockowego: gitara, gitara basowa, perkusja, niemniej można było odnieść wrażenie, że wykorzystują je w bardzo tradycyjny sposób. W każdym razie określanie tego mianem „saharyjskiej psychodelii” wydaje się mocno na wyrost. To muzyka lekko unowocześniona, ale w gruncie rzeczy dość zachowawcza i mało spontaniczna.

Z całą pewnością nie można tego powiedzieć o tym, co na koniec wieczoru zaserwował japoński Turtle Island. Dziesięcioro muzyków, z czego czwórka grała na tradycyjnych japońskich bębnach, dało popis iście punkowej ekspresji. Zwłaszcza wokalista Yoshiki Nagayama imponował absolutnie dzikim śpiewem i tańcem, choć niewiele ustępowała mu jedyna kobieta w zespole, Takemai, niezwykle widowiskowo, wręcz teatralnie posługująca się pałeczkami perkusyjnymi, ale też, kiedy trzeba – wspierająca lidera wokalnie. Dość powiedzieć, że w pewnym momencie pod sceną zaczęło się regularne pogo. A wszystko w sążnistym deszczu, który zaczął się w połowie koncertu Noury Mint Seymali. 

Jeśli do czegoś można to przyrównać, to do pamiętnego koncertu grupy Leningrad podczas Globaltiki w 2008. Nic dziwnego, że publiczność, z pomocą nieocenionego konferansjera, Wojciecha Ossowskiego, nie pozwoliła im zejść ze sceny aż do chwili, gdy Nagayama nie miał już siły dalej śpiewać – ale i tak zagrali jeszcze jeden bis z Takemai w roli głównej.

Fińskie nimfy i karaibski rytm

Sobota zaczęła się prawie sielankowo, od występu trzech ubranych na biało nimf z fińskiego zespołu Värttinä. To jeden z najpopularniejszych, żeby nie powiedzieć emblematycznych, fińskich zespołów, którego sława sięga poza scenę folkową. Choć ich muzyka i harmonijny sposób śpiewu wywodzi się z tradycji Karelii, niektóre z piosenek brzmią niemal jak klasyczny pop, inne – jak dziecięce wyliczanki, potrafią się w nich jednak pojawiać też mroczne akcenty.

Występujący jako drudzy tego wieczoru Kobo Town z Trynidadu i Tobago zaprezentowali solidną dawkę energetycznego calypso, choć w porównaniu z poprzednim setem mieliśmy tu do czynienia z dość jednostajnym repertuarem, poza dwoma kawałkami, które próbowały łamać schemat. 

Łzy i triumf Rokii Traoré 

Artystycznym zenitem tegorocznej Globaltiki bez wątpienia był występ Rokii Traoré, jednej z największych sław Mali, która przez ostatnie siedem lat, na skutek prawnego sporu z byłym partnerem o opiekę nad dzieckiem, nie mogła koncertować w Europie. Opowiadała o tym w sposób bardzo emocjonalny, sprowokowana przyznaniem jej Nagrody za Wybitne Osiągnięcia (Globaltica Award for Excellence). Więcej o tej sprawie będą Państwo niebawem mogli przeczytać w wywiadzie, jakiego Rokia udzieliła „Zawsze Pomorze”. 

Były łzy wzruszenia (również na widowni widać było słuchaczy, a raczej słuchaczki, ukradkiem osuszające oczy), ognista przemowa w obronie praw matek, w obronie prawa do godności, ale przede wszystkim był kawał wyśmienitej muzyki. Bardzo różnorodnej, śmiało mieszającej źródła i tradycje. Był nawet „The Man I Love” z repertuaru Billie Holiday, który ewoluował w stronę muzyki afrykańskiej. Akompaniujący Rokii dość dyskretnie muzycy w kilku momentach pokazali też swój niemały kunszt instrumentalny. To z pewnością jeden z tych występów, które budują renomę i legendę gdyńskiego festiwalu.

Kolumbijski ogień w chłodną noc 

Sobotnie granie zamknął koncert kolumbijsko-francuskiego projektu Nuevos Ríos, którego twarzą, a także głosem, ciałem i duchem, jest wokalistka Nidia Góngora. Zespół – i to kolejna drobna przeszkoda, o jakiej wspomniałem na wstępie – dotarł do Gdyni niestety w okrojonym składzie. Zabrakło trójki muzyków. A w zasadzie trzech i pół, bo przez pierwszą część setu gitarzysta nagłośniony był tak fatalnie, że ledwo było go słychać. Sytuacja wydawała się nieco niekomfortowa dla samych muzyków, ale skutecznie sobie z nią poradzili, m.in. posiłkując się w dwóch utworach puzonistą z Kobo Town. Przede wszystkim zaważył sceniczny talent Nidii Góngory, która rozpaliła publiczność niemal do czerwoności w tę, wprawdzie bezdeszczową, ale za to dużo chłodniejszą, noc.

A komu było mało, ten mógł jeszcze skorzystać z niedzielnej dogrywki na scenie pod namiotem, gdzie zaprezentował się duet z Malawi Madalitso Band oraz pakistański mistrz gry na benju Ustad Noor Bakhsh.

„Zawsze Pomorze” było patronem medialnym festiwalu. Do zobaczenia za rok.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama
Reklama
Reklama Radio Gdańsk Wakacyjne Bingo - konkurs