Reklama Rolkowisko Ergo Arena 2026

Agnieszka Osiecka i jej złota sofa w Atelier. André Hübner-Ochodlo wspomina poetkę

Pracując razem nigdy nie doświadczyliśmy znudzenia, nasz czas nigdy się nie wyczerpał. Dopiero później zrozumiałem, że te ostatnie wspólne projekty miały stać się ,,łabędzim śpiewem” Agnieszki Osieckiej - mówi André Hübner-Ochodlo, dyrektor Teatru Atelier w Sopocie, reżyser spektaklu „Danse Macabre – Agnieszki Osieckiej piosenki ostatnie”
Agnieszka Osiecka i jej złota sofa w Atelier. André Hübner-Ochodlo wspomina poetkę
„Danse Macabre – Agnieszki Osieckiej piosenki ostatnie”, spektakl poświęcony Poetce zobaczymy w Teatr Atelier w Sopocie: 17-19 lipca

Autor: Archiwum Fundacji Okularnicy

Kiedy Agnieszka Osiecka po raz pierwszy pojawiła się w Teatrze Atelier miała mniej lat, niż pan dziś. 

Rok 1994. Lato. Wreszcie własna siedziba! Wreszcie pierwsze Lato Teatralne! I pierwsza premiera na deskach naszej sceny: „Weisman i Czerwona Twarz” Taboriego. Świetna obsada! Krzysztof Gordon, Elżbieta Mrozińska, Dariusz Siastacz i Marek Richter. Na premierę przyjechał też tłumacz sztuki, Jacek St. Buras. To on zaprosił do Atelier Agnieszkę. I przyjechała! Nasz liczny komitet powitalny czekał od strony alei krótko przed rozpoczęciem spektaklu. Wtedy zobaczyłem ją po raz pierwszy, jak zbliża się ku nam wolnym krokiem. Towarzyszyła jej grupa zaprzyjaźnionych osób. Wszyscy raczej uśmiechnięci, tylko ona zamyślona. Trochę nieobecna. Zapamiętałem jej szare, może nieco smutne oczy… Niewiele mówiła, samo podanie ręki na przywitanie wydawało mi się przekroczeniem dystansu, który wokół siebie – takie miałem wrażenie – zbudowała. Zaprosiliśmy ją na – specjalnie dla niej przygotowaną na widowni – wyrzeźbioną, antyczną, pięknie tapicerowaną sofę. Usiadła tam sama. Oglądała spektakl w wielkim skupieniu. Reagowała żywo, śmiała się, klaskała gorąco. A potem już właściwie nigdy z tego „tronu” w Atelier nie zeszła... 

Ochodlo: - Tamten wspaniały spektakl, nasz Teatr, te półtorej godziny wystarczyło, żeby Agnieszka przeszła metamorfozę. Jej szare oczy nagle stały się niebieskie. (Fot. Anna Klejzerowicz)


Zawsze można było ją tu spotkać. 

Tamten wspaniały spektakl, nasz Teatr, te półtorej godziny wystarczyło, żeby Agnieszka przeszła metamorfozę. Jej szare oczy nagle stały się niebieskie. Był w niej żar, gorączka, życie! Chciała poznać nas bliżej. Potem wyznała, że już siedząc na tej sofie jedyne, czego pragnęła, to zanurzyć się w świecie naszego Teatru. Jakby ktoś zrobił „pstryk” i zapalił w niej światło. Wiedzieliśmy, że to był czas, gdy bardzo przeżywała śmierć matki i w pewnym sensie straciła grunt pod nogami. A wstając z tej złotej sofy stąpała już pewniej, uśmiechnięta, z milionem pomysłów i z młodzieńczą energią. Spędziliśmy tamtego wieczora w klubie obok, w dużym gronie wspaniałych ludzi, cudowne chwile, aż zastał nas świt. I tak było do końca lata. Agnieszka oglądała prawie każde przedstawienie, a potem długie, nocne rozmowy, opowieści, plany, które zdawały się nie mieć końca. Pensjonat ZAiKS-u, gdzie wynajmowała pokój, prawie zbankrutował, bo Agnieszka na okrągło wynosiła z jadalni owoce i ciastka, aby karmić artystów Teatru Atelier… (śmiech)

Wasze pierwsze spotkanie zdeterminowało pana twórczość? Życie?

Zimą tego samego roku pracowaliśmy nad adaptacją powieści I.B.Singera „Wrogowie – historia o miłości”. Byłem absolutnie zauroczony i przejęty niezwykłym, muzycznym spektaklem „Sztukmistrz z Lublina” Singera w adaptacji i reżyserii Jana Szurmieja, z muzyką Zygmunta Koniecznego i tekstami songów autorstwa Agnieszki. Pojechałem do Teatru Współczesnego we Wrocławiu i obejrzałem ten spektakl kilkukrotnie, był dla mnie jak narkotyk. A potem miałem to ogromne szczęście, że dane mi było z tymi trzema wybitnymi artystami pracować. Jan Szurmiej pchał mnie w kierunku „Yiddish Songs” i zaproponował, by wyreżyserować ten mój pierwszy recital. Zygmunta Koniecznego sama Agnieszka Osiecka zaprosiła do współpracy nad tym projektem. Jej zadaniem było napisanie tekstów do tych pieśni, nie mogłem uwierzyć z jaką łatwością jej to przychodziło i z jaką żelazną dyscypliną pracowała, jak pedantycznie pilnowała swoje utensylia do pisania, jak pokornie i prawie z manierą najpilniejszej studentki przyjmowała moje uwagi i w mig przynosiła alternatywne rozwiązania. 

Nie buntowała się nic a nic?

Bywało, że potrafiła bronić swego zdania i walczyć o nawet jedno, małe słowo. Jednak od samego początku obiecywaliśmy sobie, że będziemy szczerzy do bólu w ocenie artystycznych poczynań każdego z nas. To właśnie nas połączyło, wzajemny szacunek, poczucie głębokiego sensu tworzenia, potrzeba i radość wymiany zdań. Pracując razem nigdy nie doświadczyliśmy znudzenia, zniecierpliwienia, nasz czas nigdy się nie wyczerpał, zawsze było go za mało. Dopiero później zrozumiałem, że te nasze ostatnie wspólne projekty miały stać się „łabędzim śpiewem” Agnieszki Osieckiej. Tak jak Franz Schubert określał „Podróż zimową” jako swoje największe dzieło, tak Agnieszka była niezmiernie dumna z tego, co stworzyła dla Teatru Atelier, bo właśnie tu udało jej się przekroczyć granice i dopłynąć do nowych brzegów…

 André Hübner-Ochodlo, dyrektor Teatru Atelier w Sopocie, reżyser spektaklu „Danse Macabre – Agnieszki Osieckiej piosenki ostatnie” (Fot. Piotr Dłubak)


Wyznała: „To jest ten ostatni gwizdek. Nieskromnie dodam, że piosenkami do spektakli dla Teatru Atelier wzniosłam się ponad wszystko, co w życiu zrobiłam. I to jest mój łabędzi śpiew. Ja nigdy w życiu nie myślałam, że zobaczę jakiś mur przed swoją głową. Każdy myśli, że tego muru nie ma, że nigdy nie umrze… Dałam wszystko z siebie.”

Powstały wspaniałe songi do projektów: „Wilki”, sceniczny tytuł adaptacji „Wrogowie – historia o miłości” z 1995 roku, „Apetyt na śmierć”, na podstawie jednoaktówek Edwarda Albee’ego z roku 1996, „Do dna”, według jednoaktówek Ludmiły Pietruszewskiej, rok 1997 i „Darcie pierza” z 1998. Wszystkie te wspaniałe songi, pieśni, szansony do muzyki wybitnych polskich kompozytorów: Ewy Korneckiej, Przemysława Gintrowskiego, Zygmunta Koniecznego, Jerzego Satanowskiego, przedstawimy tego lata na naszej scenie w nowych aranżacjach Adama Żuchowskiego. Wystąpią Joanna Knitter, Arkadiusz Brykalski, Marcin Januszkiewicz

... i André Ochodlo. „Danse macabre” – taniec śmierci. Motyw stary jak kultura europejska: śmierć zaprasza do tańca wszystkich bez wyjątku. Nie pyta o wiek ani zasługi. Mówi tylko: „Już pora” – czytam w zapowiedzi spektaklu. Dlaczego właśnie teraz powstał ten spektakl? Musiał pan dojrzeć? 

To nie ja musiałem dojrzeć, to dojrzewał czas. Agnieszka Osiecka uzyskała dziś taki poziom autorytetu, szacunku i uznania, którego - moim zdaniem - w ciągu swojego życia nigdy nie miała, zresztą nawet po śmierci doznała jeszcze wiele krzywd. Dzisiaj jest nietykalna – jest prawdziwą ikoną. Kiedy tylko miałem możliwość, do znudzenia powtarzałem, że była dla mnie żyjącą esencją maksymy Goethego „Szlachetny niech będzie człowiek, pomocny i dobry!”. Do tego należy dodać jej niezwykły talent, jej delikatność, intelektualną błyskotliwość i otwartość dla wszystkich. 

Ile dziś jest w panu Agnieszki Osieckiej? Im jest pan starszy – więcej? Lepiej ją pan rozumie?

Myślę o tym dużo czytając przed zaśnięciem późne dzienniki Alberta Einsteina pt. „Jestem magnesem dla wariatów”. Nieraz byłem świadkiem jak dla najróżniejszych dziwaków, nieszczęśliwców lub nad-weselników, którzy szukali bliskości Agnieszki, zawsze znajdowała czułe słowa i gesty. Książka Einsteina ma podtytuł „Protokoły Einsteina”, są to udokumentowane długie rozmowy telefoniczne, które prowadził, prawie każdego wieczoru, z bibliotekarką Johanną Fantovą. Przyjaźnili się. I czytając to, co wieczór myślę o naszych, moich z Agnieszką prawie codziennych rozmowach przez telefon, które prowadziliśmy, gdy akurat nie było jej w Sopocie. Pamiętam, że godziny mijały, a jeszcze było tyle do powiedzenia, aż w końcu któreś z nas zasypiało przy słuchawce… Pyta pani, czy dziś bardziej rozumiem Agnieszkę. Na pewno. Wydaje mi się, że teraz bardziej bliskie mi są jej wybory z tamtego czasu. Chcę jeszcze wrócić do pierwszego wieczoru Agnieszki w naszym Teatrze…

Foyer Teatru Atelier z 1994 roku (Fot. Mat.Teatru)

Do premiery ,,Weisman i Czerwona Twarz”, którą oglądała siedząc na złotej sofie.

To może nie do końca jest bez znaczenia, jaką wtedy sztukę zobaczyła. Oto sama, wykolejona przez śmierć matki, została skonfrontowana z historią Żyda, Indianina i niepełnosprawnej kobiety, którzy w groteskowy sposób droczyli się między sobą, kto został bardziej skrzywdzony przez Los. Pamiętam, jak Agnieszka łatwo znajdowała wśród scenicznych postaci swoich, siostry i braci, jak potrafiła się identyfikować, współodczuwać. Tak samo było później, gdy tłumaczyła wiersze żydowskiego poety Mordechaja Gebirtiga. Nazywała go bratnią duszą. Jednym z efektów tej pracy było tłumaczenie słynnej piosenki „Żegnaj mi Krakowie”, którą mam zaszczyt śpiewać do dziś. Udało mi się też zaszczepić u Agnieszki zainteresowanie twórczością Maschy Kaléko, żydowskiej poetki urodzonej w 1907 w Chrzanowie, cenionej w Niemczech. Agnieszka czytała jej wiersze z niemieckiego wydania i postanowiła je przetłumaczyć. Dobrze znała niemiecki, choć długi czas udawała przede mną, że nie zna go wcale. Planowaliśmy premierę w naszym Teatrze, ale już nie starczyło czasu... Pamiętam też, jak wracała do twórczości i życia Stanisławy Przybyszewskiej. I też nie zdążyła...

Z sentymentem wspomina pan dawne foyer Teatru Atelier? Foyer z czasów Agnieszki?

Gdyby stał jeszcze ten stary betonowy barak, jestem absolutnie przekonany, że zostałby objęty ochroną konserwatora. To były mury z duszą, choć w tym okresie dzikiego pierwszego kapitalizmu nasz Teatr wyglądał z zewnątrz jak wielka kolorowa hurtownia przeróżnych produktów, od coli, przez kawę, do piwa. Przy drzwiach wejściowych siedziały dwie upiorne lalki, które zapraszały do środka. Foyer było miejscem spotkań naszej „cyganerii” ze słynnego szansonu Charlesa Aznavoura. I to są moje najsilniejsze emocje związane z tymi dawnymi czasami, tamta ,,la bohème”. Ona jest głęboko zakodowana w DNA naszego Teatru, we wspaniałej symbiozie z duchem Agnieszki Osieckiej. Jej duch wciąż tu jest. 

Co się stało ze złotą sofą Agnieszki Osieckiej?

Utopiła się… Jak wiele innych rzeczy z pierwszych lat sceny Teatru Atelier. Nasz teatralny magazyn, który znajdował się w centrum Sopotu został zalany przez wielką powódź. W tym roku minęło 25 lat.

***

Danse Macabre – Agnieszki Osieckiej piosenki ostatnie”, reż. André Hübner-Ochodlo, Teatr Atelier w Sopocie: 17-19 lipca 

Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama Ziaja kuracja peptdowa
Reklama