Niedokładna pozycja położenia wraku
Wrak poszukiwanego od 85 lat niemieckiego okrętu podwodnego odnaleziono w środę 15 lipca. U-Boot leży na polskim dnie Morza Bałtyckiego, na północ od Ustki. W innym miejscu, niż podawały źródła historyczne.
- Wiem, że odkrycie wraku U-583 już odbiło się w świecie nurkowym, może nawet bardziej niż w Polsce – mówi podróżnik i żeglarz Michał Tokarz, prezes gdyńskiej firmy GEOINGS Polska, członek Stowarzyszenia Wyprawy Wrakowe i The Explorers Club.
Pasjonatów ze Stowarzyszenia Wyprawy Wrakowe i Explorers Club Michał Tokarz poznał przed czterema laty przy projekcie poszukiwania ORP „Orzeł” na Morzu Północnym. Są już po trzech wspólnych ekspedycjach mających na celu odnalezienie tego najsłynniejszego polskiego okrętu podwodnego i trzech wyprawach na Bałtyku.
- Zaprzyjaźniliśmy się. My mieliśmy technologię, sprzęt i ludzi, oni mieli historyków, którzy prowadzili kwerendy w archiwach – wspomina prezes GEOINGS Polska. - Później również dołączyłem do badań archiwalnych, ponieważ jest to coś, co mnie ciekawi. Tak wygląda realizacja naszych ekspedycji.
Spotykają się raz w miesiącu. Na jednym ze spotkań poruszyli kwestię miejsca zatonięcia U-583.
- Przeprowadziliśmy kwerendę i zaczęliśmy analizować miejsca, gdzie okręt ten mógłby spoczywać – opowiada Michał Tokarz. - Wiedzieliśmy, że niektóre miejsca na Bałtyku zostały sprawdzone, inne jeszcze nie. Oczywiście pozycja w raporcie U-153 była zapisana, ale domyślaliśmy się, że mogła być niedokładna.

Ostatecznie udało się wytypować rejon w polskiej strefie Morza Bałtyckiego, około 50 mil morskich na północ od Ustki. Do precyzyjnego zlokalizowania wraku zespół wykorzystał zaawansowany sonar wielowiązkowy oraz inny nowoczesny sprzęt.
Podwodna kapsuła czasu
Wygląda na to, że niemiecki okręt jest w dobrym stanie. Z analizy wstępnych skanów wynika, że kadłub zewnętrzny pozostał w dużej mierze nienaruszony. Jak czytamy w komunikacie Stowarzyszenia Wyprawy Wrakowe, wraki spoczywające w głębokich, ciemnych i zimnych wodach Bałtyku są zazwyczaj znacznie lepiej zachowane niż te zalegające na dnie oceanów, co wynika z unikalnego połączenia niskiego poziomu tlenu, niższego zasolenia i braku światła. Podczas gdy otwarty ocean jest środowiskiem dynamicznym i silnie korozyjnym, głębokie baseny Bałtyku działają niemal jak podwodne kapsuły czasu.
- Teraz będzie można dokładniej zbadać wrak – tłumaczy Tokarz. - Na następnych ekspedycjach obejrzymy poszycie, sprawdzając w którym miejscu jest zniszczone. Dzięki temu będzie można wysnuć teorię, jak mogło dojść do zatonięcia. Podczas kolejnego etapu konieczna będzie jeszcze raz wizualizacja pojazdem podwodnym, połączona z pozycjonowaniem podwodnym, żebyśmy dokładnie określili kształt tego wraku. W tym miejscu jest bardzo dużo sieci i zanim jakikolwiek nurek będzie schodził pod wodę, maszyny muszą przebadać teren by eksploracja odbywała się bezpiecznych warunkach.
Przedstawiciele Stowarzyszenia Wyprawy Wrakowe oraz Geoings Polska deklarują bezpośrednią współpracę z polskimi oraz innymi władzami morskimi, aby zapewnić ochronę miejsca znalezienia U-Boota.
Dramatyczny rejs
Należący do marynarki III Rzeszy okręt podwodny pełnił służbę zaledwie 4 miesiące. 1 października 1940 roku w stoczni Blohm & Voss w Hamburgu położono stępkę pod U-583, zaś okręt został zwodowany 26 czerwca 1941 roku. Oficjalnie wszedł do służby dopiero 14 sierpnia pod dowództwem Kapitänleutnanta Heinricha Ratscha. Przydzielono go do 5. Flotylli U-Bootów i wykorzystywano głównie do celów szkoleniowych na Bałtyku.
U-583 nie brał w ogóle udziału w działaniach wojennych. 15 listopada 1941 roku doszło do katastrofalnej w skutkach kolizji z innym niemieckim okrętem podwodnym, U-153. Nikt nie ocalał – w katastrofie zginęło 45 członków załogi U-583 .
Za to uratował się drugi z uczestniczących w kolizji U-Bootów. - Został pokiereszowany, ale udało mu się dopłynąć do portu – opowiada Michał Tokarz. - Tam przez parę miesięcy był remontowany. Potem wysłano go na Atlantyk, jak podejrzewamy, by nie obciążać psychicznie marynarzy, którzy zatopili kolegów, chociaż w warunkach wojennych takie rzeczy się zdarzały. Szczęście im jednak nie sprzyjało- rok później okręt ten został zatopiony pod Panamą.
Podwodni detektywi
Nazywają siebie „podwodnymi detektywami”. Stowarzyszenie Wyprawy Wrakowe, założone przed 14. laty przez Piotra Wytykowskiego i Romana Zajdera, skupia ludzi o wszechstronnych zainteresowaniach i umiejętnościach:
- nurków technicznych,
- pasjonatów,
- badaczy historii,
- poszukiwaczy wraków.
Eksplorowali już wiele wraków świata, mają na swoim koncie wiele spektakularnych sukcesów. Od wielu lat prowadzą badania w archiwach polskich, amerykańskich, brytyjskich i innych. Członkowie Stowarzyszenia Wyprawy Wrakowe reprezentują Polskę oraz Stany Zjednoczone.

Jednym z ich osiągnięć jest odnalezienie wraku ORP „Kujawiak”.
Ten polski niszczyciel eskortowy zatonął 16 czerwca 1942 roku u wybrzeży Malty. 72 lata później Piotr Wytykowski, biorący udział w warsztatach z archeologii podwodnej w Toledo w USA, spotkał Chrisa Kraskę. Usłyszał opowieść o jego ojcu, Janie Krasce, marynarzu z ORP „Kujawiak”, który ocalał z tonącego okrętu, a wcześniej czekał sześć godzin w morzu na pomoc. Zainspirowany historią polskiego marynarza Wytykowski wciągnął do poszukiwań kolejnych pasjonatów. Ekspedycja wyruszyła na Maltę z Gdańska we wrześniu 2014 r. Jeszcze w tym samym miesiącu odnaleziono i zidentyfikowano leżący na lewej burcie wrak „Kujawiaka” na głębokości 100 metrów.
Członkowie stowarzyszenia rozwiązali również zagadkę wraku „Znikającego Holendra”, czyli XVIII-wiecznego żaglowca, który zatonął u wybrzeży Sierra Leone. Udało im się ustalić, że był to holenderski uzbrojony statek „Diemermeer”, należący do Holenderskiej Floty Wschodnioindyjskiej i dowodzony przez kapitana Christoffela Boorta urodzonego w dzisiejszym Kołobrzegu.
- Wyprawy organizowane są na koszt członków stowarzyszenia – podkreśla Michał Tokarz. - Wiadomo, że U-Boot nie jest naszym polskim wrakiem, to nie nasza historia, ale istotna jest pasja poszukiwania i wypełnianie białych kart historii.
Czy uda się rozwiązać tajemnicę ORP „Orzeł”?
Jedną z największych zagadek II wojny światowej jest miejsce zatonięcia ORP „Orzeł”. Okręt – duma przedwojennej Marynarki Wojennej, wsławiony brawurową ucieczką z Tallina do Wielkiej Brytanii – zaginął w maju 1940 r. podczas patrolowania Morza Północnego. Mimo wielu ekspedycji, w tym także organizowanych przez Stowarzyszenie Wyprawy Wrakowe, nie udało się do tej pory znaleźć jego śladów.
- Tym, co mnie osobiście boli jest brak sponsoringu i wsparcia przy poszukiwaniu ORP „Orzeł” – stwierdza ze smutkiem w głosie Michał Tokarz. - Własnym sumptem przeszukaliśmy już 400 km2 Morza Północnego, spędzając tam łącznie ponad 40 dni. Są to sukcesywne pomiary, przeszukujemy obszary zawężone po kwerendzie w archiwach. Wiemy dokąd „Orzeł” miał płynąć, wiemy, że po wyjściu z portu się nie odzywał. Próbowaliśmy uderzać do różnych państwowych instytucji, ale polskie państwo w tej kwestii jest wstrzemięźliwe. Uważam, że trzeba oddać szacunek ludziom, którzy ginęli za naszą wolność. To także pokazanie w obecnej sytuacji geopolitycznej, że dbamy o pamięć ludzi, którzy oddali najcenniejszą rzecz, poświęcając za nas życie.
Z wyliczeń Stowarzyszenia wynika, że do przebadania zostało jeszcze maksymalnie 5 tysięcy kilometrów kwadratowych morskiego dna. - Próbujemy różnych rozwiązań, rezygnując z dużych statków – twierdzi prezes GEOINGS Polska. - Problem w tym, że przeszukiwany obszar położony jest daleko, ok. 100 mil morskich od brzegu. Chcieliśmy również rozwinąć technologię łódek bezzałogowych, lecz projekt taki jest wymagający i czasochłonny. Liczymy na zainteresowanie firm technicznych, które mogłyby w naszym projekcie realizować swoje cele technologiczne i marketingowe.


Napisz komentarz
Komentarze