Zygmunt Miłoszewski: Chcę być małym, butikowym wydawcą współczesnej literatury polskiej

To chyba najlepszy prezent na pięćdziesiątkę – robić coś zupełnie nowego tak bardzo, żeby jednocześnie padać ze zmęczenia, płakać jakie to trudne i śmiać się, jakie to wspaniałe. Uważam, że niezależnie od tego co wymyśli szalony rynek, więź autorów i autorek z czytelniczkami i czytelniczkami jest mocna. Ona jest święta. I ona nas wszystkich ocali - mówi Zygmunt Miłoszewski - pisarz i pomysłodawca Spółki Autorskiej Heca
Zygmunt Miłoszewski: Chcę być małym, butikowym wydawcą współczesnej literatury polskiej

Autor: Karol Miłoszewski

Życie zaczyna się po pięćdziesiątce? Pytam, bo pan w tym wieku zamiast odcinać kupony od losu, rzuca się na głęboką wodę, przeprowadzając się i zakładając własne wydawnictwo – Spółkę Autorską Heca.

Faktycznie, dużo zmian, ale myślę, że to nie tylko kwestia wieku, ale w ogóle wiecznego dążenia do przygody i ekscytacji. Mam nadzieję, że po osiemdziesiątce też będzie mi się chciało robić nowe rzeczy i szukać wyzwań. Dobry, ciekawy czas. Trudny, jasne, ale przede wszystkim ciekawy.

Dlaczego Heca?

Dla hecy. I to wcale nie żart – jak mówiłem przed chwilą, przygoda jest ważna, musi być w naszych działaniach jakiś odpał, jakiś rock and roll. Ale też przekonanie, że jeśli my sami nie dążymy do zmiany, to zmiana i tak nas znajdzie – tylko weźmie z zaskoczenia. Odzyskałem prawa do swoich książek i zastanawiałem się co dalej, czy szukać nowego wydawcy, czy próbować samemu. A że akurat zbiegło to się z przeprowadzką z Warszawy do Trójmiasta – rozejrzałem się w nowym miejscu i pomyślałem „czemu nie?". Jest więc nowy początek, nowa przygoda, dużo ekscytacji i odrobina przerażenia...

Zrobił pan sobie długi urlop od pisania kryminałów. Nie ciągnie pana do nich?

Czasami ciągnie. I być może napiszę czwartą część z Teodorem Szackim w roli głównej. Tylko ja o tym decyduję. A przerwa była spowodowana trochę tym, że chciałem pisać inne rzeczy w innych stylistykach, a trochę obserwowaniem jak rynek kryminałów zamienia się w morze zbyt wielu produkcji o zbyt niskiej jakości. Przestraszyłem się, że w tym morzu utonę, że trzeba uciekać. 

Ale Teodor Szacki nie utonął. Świetnie sobie dał radę w tym pływaniu po rynku.

Stare dzieje. Od ostatniego tomu minęło ponad dziesięć lat i nie wiadomo, co by się teraz z tymi książkami działo. Jak by się Teodor Szacki odnalazł na rynku – a raczej czy jego by w ogóle ktoś znalazł. Stąd pomysł, żeby mieć własne wydawnictwo i własną społeczność czytelników oraz czytelniczek skupionych wokół tego wydawnictwa. To główny powód mojego pomysłu na Hecę i moja odpowiedź na zmiany rynkowe i cywilizacyjne, które zaszły w ostatnich latach. Łona, w niedawnym wywiadzie powiedział, że kiedyś celem artysty było dotarcie do jak największej grupy odbiorców za wszelką cenę, a teraz celem artysty jest utrzymać przy sobie swoją małą, ale wierną publiczność. I to jest to, co robimy w Hecy i co chcemy robić.

Zajrzał pan do piekła zwanego rynkiem wydawniczym. I co pan tam ujrzał?

Niechętnie o tym mówię, bo wolę patrzeć do przodu i szukać rozwiązań i sposobu na fajny kontakt z czytelnikami, niż załamywać ręce, że matko naturo kochana, kiedyś to było. Wydarzyły się rzeczy złe. Przede wszystkim wspomniana już upiorna nadprodukcja. Książki żyją coraz krócej i jak to mówi mój przyjaciel Jacek Dehnel, wydawcy grają obecnie w jakąś ruletkę, to bardziej działalność hazardowa, niż wydawnicza. Wydają byle co byle jak, a że wydanie książki jest tanie, to mają nadzieję, że coś z tej puli chwyci. A jak nie chwyci to wydadzą jeszcze więcej, żeby chwyciło itd. To bardzo krótkowzroczne podejście i ze szkodą dla literatury, która wymaga pracy i promocji, a także dotarcia do czytelników. Wszyscy wiedzą, że to nie ma sensu, ale też wszyscy to robią, więc nie można zostać w tyle. W efekcie rynek jest zdziczały, brutalny, pozbawiony regulacji, najokrutniejszy dla najsłabszych autorek i autorów. Ale on się nie stał taki sam z siebie. To kilka dekad zaniechań zarówno ustawodawczych jak i środowiska wydawców, którzy uznawali, że ta wolna amerykanka jest w sumie opłacalna.Na szczęście jest coraz więcej ludzi, którzy porzucają korporacje i szukają swojej drogi, w tym upatruję szansy na zmianę.

Fajnie byłoby zacząć działalność swojego wydawnictwa od wypromowania własnej, nowej książki. Czy nie?

No jasne, że byłoby dobrze, a nawet najlepiej. Ale na razie Heca będzie nowym domem dla starych książek moich i koleżanek i kolegów, musieliśmy od czegoś zacząć. Wracają Szacki, Domofon i Bezcenny, absolutnie wspaniałe Lala i Saturn Jacka Dehnela, bestsellerowe kryminały Jakuba Szamałka i mojego brata Wojtka. 

To są książki, których nie było na rynku, a czułem, że one są nadal popularne. Wybór miałem prosty - albo ruszę z czymkolwiek i będę sobie powoli w tym rzeźbił, albo zaczekam aż napiszę nową powieść i otworzę wydawnictwo dwa lata później. Tylko z czego miałbym się przez ten czas utrzymywać?

Zgodzi się pan ze mną, że działka zwana kryminałem nadal sprzedaje się u nas najlepiej?

Nie wiem, to nie do mnie pytanie. Jestem pisarzem, a nie badaczem rynku.

Ale już jako wydawcy to pana dotyczy.

Tak, ale ja jestem punkowym wydawcą. Robię to, co mi w duszy gra, wydaję co mi się podoba, za stary jestem, żeby robić rzeczy, które mnie nie jarają, bo "coś tam coś tam" tak wychodzi z badań rynku.

Jak na punkowego wydawcę uwija się pan. Kogo pan ściągnął do Spółki Autorskiej Heca?

Dołącza do nas Jakub Szamałek. Uwielbiam Kubę, zakochałem się dawno temu w jego kryminałach antycznych, namawiałem do powrotu do pisania i uważam jego książki za ekstraklasę polskiej literatury kryminalnej. Biorąc pod uwagę to, że jest scenarzystą „Wiedźmina III" i mającego za chwilę premierę „The Blood of Dawnwalker", warto powiedzieć, że zapewne żaden polski autor nie dotarł ze swoimi tekstami do tylu milionów odbiorców. W Hecy zaczynamy od jego trylogii „Ukryta sieć" o dziennikarce, która normalnie żyje pseudonewsami z dna gara, ale – jak to w książkach bywa – zainteresowanie jednym wypadkiem prowadzi ją w najczarniejszą otchłań, w tym wypadku otchłań nowych technologii.

I ma jeszcze świetną rzecz – kryminał, który dzieje się na międzynarodowej stacji kosmicznej. To jak zagadka zamkniętego pokoju. Nigdy nie dotarł do czytelników tak jak na to zasługiwał, zamierzam zrobić tej książce nową premierę.

W naszym zespole jest też Jacek Dehnel, od którego usłyszałem, że jego Lali i Saturna nikt już nie wydaje. A moim zdaniem to klasyczne pozycje polskiej literatury współczesnej.

Do tego grona dołączył pana brat Wojtek Miłoszewski.

Świetny pisarz, ale przede wszystkim scenarzysta i tak też pisze literaturę: dobre dialogi, dużo dziania się, mało opisów przyrody, na pełnej od przygody do przygody. Super lubię jego pisanie i nagle się okazuje, że on też ma przy sobie książki. To dla mnie szokujące. Okazuje się, że wydawcy otwierają się tylko na nowe rzeczy. A tacy pisarze jak Jacek Dehnel, którzy tworzyli tkankę kultury współczesnej Polski po 1989 roku są przez nich zapomniani. Rozmawiam z panią teraz w fantastycznym momencie. Przez trzy dni na Plenerze Literackim w Gdyni z pięknym widokiem na morze, sprzedawaliśmy książki (połowa tytułów zeszła do zera!), laliśmy kawę, gadaliśmy, opowiadaliśmy dowcipy i po prostu byliśmy razem z czytelnikami czasem w słońcu, czasem w deszczu. Bardzo się baliśmy, czy nam się uda. Czy damy radę obsłużyć kasę fiskalną i terminal płatniczy. Ale to było wspaniałe. Ludzie przychodzili tłumnie. I to chyba najlepszy prezent na pięćdziesiątkę – robić coś zupełnie nowego tak bardzo, żeby jednocześnie padać ze zmęczenia, płakać jakie to trudne i śmiać się, jakie to wspaniałe. Uważam, że niezależnie od tego co wymyśli szalony rynek, więź autorów i autorek z czytelniczkami i czytelniczkami jest mocna. Ona jest święta. I ona nas wszystkich ocali.

Mam wrażenie, że pan się już zadomowił w Gdyni. Jak tu się mieszka?

Do tej pory byłem człowiekiem z Warszawy. Teraz jestem z Trójmiasta, nasza spółka też jest tu zarejestrowana. Różnorodność Trójmiasta jest wspaniała, otoczenie zatoki i lasu jeszcze lepsze. Każde miejsce ma tutaj swój wyjątkowy charakter i ja sobie cenię spokój i senność Gdyni, ale z podziwem patrzę na Gdańsk, mam wrażenie że odjechał do przodu od Polski o dwadzieścia lat, a od reszty Europy o dziesięć.

Czyje książki chciałby pan jeszcze wydawać? Ma pan jakieś szczególne marzenia?

Nie zdradzam ich. Nie chciałbym, żeby jakiś autor czy autorka dowiedzieli się z tego wywiadu, że o nich myślę. Nie ma we mnie takiego myślenia, że to będzie największe wydawnictwo, które wszystkich pożre i zostanie hegemonem rynku. Ja po prostu chcę być małym, butikowym wydawcą współczesnej literatury polskiej. W katalogu chciałbym mieć około dwudziestu osób, ze trzysta tytułów, kilka premier rocznie. I wierne grono czytelniczek i czytelników, którzy nam towarzyszą w tej podróży. Ale nie chcę wpaść w kapitalistyczna pułapkę wiecznego wzrostu.

Myślałam, że porozmawiamy o kryminale, ale pan ucieka od niego. A jednak większość czytelników kojarzy pana z tym gatunkiem właśnie.

Pisałem takie książki, jasne, bardzo jestem z nich dumny. Ale teraz tego nie robię, nie chcę się wypowiadać na tematy, na których się nie znam.

Wiem, były też książki dla dzieci i młodzieży. Ale to kryminały zrobiły z pana bestsellerowego pisarza.

Nie daje mi pani spokoju, a ja serio nie wiem, co mam powiedzieć. Nowości z gatunku czytam niewiele, jest tego za dużo i za bardzo nie wiem, co wybrać.

Trudno znaleźć coś, co się w tym zalewie przebije?

Ja sięgam po nowe książki znanych autorów, ostatnio wiele przyjemności mi sprawiła  „Symultana" Mariusza Czubaja, piękny hołd złożony „Złemu" Tyrmanda. Czytałem i myślałem, że Mariusz i ja należymy do innych czasów, nawet nie wiem, czy dzisiaj czytelnicy tego potrzebują.

Tego, czyli?

Tego, co było jakościowym kryminałem. Owszem był tam trup i śledztwo, ale poza tym to było literacko przyzwoite, z portretem Polski i społeczeństwa tamtego czasu, oprócz zwłok dobre powieści obyczajowe. Mam wrażenie, że teraz trwa jakiś wyścig na przemoc i okrucieństwo, żeby się wyróżnić.

Jestem więc ciekawa kolejnego Szackiego, kiedy się pojawi.

Jeśli się pojawi. Bo być może, kiedy usiądę do pisania, uznam, że mam napisać coś innego. I tak zrobię. Ja historii z Szackim nie pisałem dla rynku, żeby nagle zaistnieć, przebić się. Dlatego ta czwarta część to byłoby moje podziękowanie dla czytelników, który lubili tego bohatera i którzy są ze mną od tylu lat.

Jest pan teraz, jak sam mówi, w dobrym momencie swojego życia. Chociaż dla niektórych życie po pięćdziesiątce to dylematy i lęki...

Nie wiem, jak inni to przeżywają. Ja jestem zadowolony. Czuję jakiegoś rock and rolla w tym wszystkim co robimy w Hecy. Że jak wysyłamy newsletter, to nie jest tylko „proszę, kup mnie", tylko piszemy tam powieść w odcinkach. Że jak stoimy na stoisku, to wszyscy, żeby móc być z czytelnikami. I to wszystko w nowym miejscu, z nowymi przyjaciółmi i wyzwaniami. Fajny czas, intensywny, ale codziennie sobie przypominam, żeby choć na chwilę wyjrzeć poza zmęczenie i się tym nacieszyć. 

Więcej o autorze / autorach:
tekst alternatywny
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama Ziaja kuracja peptdowa
Reklama Ziaja kuracja peptdowa