Twarz jako pole konfliktu
„Wszystkiego najgorszego” to jeden z obrazów z cyklu „Portrety z tego świata”, które przedstawiają ciemną stronę naszego świata i rzeczywistości. – Jest tu przemoc i polityka – tłumaczy prof. Sławomir Witkowski.
– To otwarty cykl, w którym twarz staje się miejscem konfliktu: między obrazem i językiem, empatią i ironią, prywatnym doświadczeniem i publiczną przemocą. W tym cyklu portret nie jest „wizerunkiem” – jest sytuacją. Twarz bywa odrealniana, zasłaniana, kadrowana, przysłaniana warstwą znaku; wchodzi w nią hałas języka, społeczna etykieta, przemoc komentarza – dodaje.
Jako artysta pracuje na granicy malarskiej materii i „ekranu”: obraz potrafi wyglądać jak spalony kadr, jak prowokująca łamigłówka, jak pamięć, która nie chce się ułożyć w spójną opowieść.
Jednocześnie to malarstwo cechuje się etyczną dyscypliną: nie zamienia traumy innej osoby w spektakl. Zamiast „opowiadać za”, buduje warunki patrzenia – powolnego, niewygodnego, odpowiedzialnego. „Portrety z tego świata” pokazują, że współczesność zapisuje się na ciele i w języku: w grymasie, w milczeniu, w krzyku, w śmiechu, który może być samoobroną. To obrazy o tym, co dzieje się z człowiekiem, gdy świat narzuca mu role, a rola zaczyna zastępować twarz.
Wulgaryzmy wymierzone w Putina
Kontrowersje wywołał jeden obraz – „Wszystkiego najgorszego”. Dla prof. Witkowskiego to portret bezsilności przerobionej na obraz: kiedy nie masz sznura ani karabinu, zostaje słowo – rzucone jak wyrok w twarz tyranii.
– Ale na tym obrazie jest sporo wulgaryzmów, przede wszystkim w języku ukraińskim. I to zbulwersowało proboszcza – opowiada artysta. – Szukałem najcięższych przekleństw, którymi Ukraińcy określają Putina. Są też nasze wulgaryzmy. Ale umieściłem je na obrazie w określonym celu. Bo co robisz, gdy los albo drugi człowiek sprawia ci krzywdę? Czasem możesz walczyć, czasem możesz iść do sądu, usłyszeć wyrok i odzyskać oddech. Ale wojna odbiera nawet tę iluzję: docierają wiadomości o bombardowaniach, zbrodniach na cywilach, gwałtach, porwaniach dzieci, egzekucjach – i zostaje bezsilność, która nie ma gdzie się podziać – wyjaśnia prof. Witkowski. I dodaje: – W tym obrazie profil Putina staje się jednocześnie wizerunkiem i tablicą: powierzchnią, na której zapisuje się gniew. To nie elegancka typografia protestu, tylko brutalny język odruchu – gdy kultura przestaje amortyzować, a zostaje instynkt i potrzeba odpłaty. Słowo nie jest tu komentarzem do twarzy: jest jej raną.
Zdaniem artysty to tło emocjonalne. Ale jest jeszcze tło psychologiczne, coś, co stosuje się na specjalnych warsztatach psychologicznych. – Chcąc kogoś pozbawić jego aury władzy, wymyślamy sobie sytuacje najbardziej kompromitujące, w których ta osoba się znajduje. To powoduje, że się odblokowujemy i przestajemy się bać. Putin to osobnik, który chowa się za plecami setek ochroniarzy, wielkiej armii, politycznych konstruktów, a my wiemy, że nie jesteśmy w stanie mu nic zrobić. Ale żeby być psychicznie zdrowym, próbujemy wyrzucić z siebie te złe emocje, w ten sposób pozbywając się traumy – opowiada. I dodaje: – Ten obraz nie upowszechnia wulgaryzmów, tylko dla jednych jest aktem terapii, a dla innych walki i buntu.
To nie jest miejsce sakralne
Pytany o sprzeciw proboszcza, autor wystawy odpowiada:
– Nie pokazuję swoich obrazów pod kościołem, tylko w galerii, która znajduje się w byłej stołówce mnichów. I trudno to nazwać miejscem sakralnym – puentuje artysta.
W innym obrazie, „Sam się siebie boję – DT”, można dopatrzeć się twarzy Donalda Trumpa. Twarz przywódcy jest tam tylko maską: zbyt dużą, zbyt bliską, jakby nie mieściła się w świecie, który próbuje objąć. Z tej twarzy wyrasta ptasi mutant-nielot z rękami jak skrzydła, zaciśniętymi pięściami i gestem, który udaje triumf, choć pachnie paniką. W dłoniach błyskają insygnia siły i zastraszania, na ciele żywiciela siedzą pasożyty – gady, ptaki i płazy – karmiące się nim i trujące go równocześnie.
To nie tylko portret konkretnej osoby, lecz model współczesnej dominacji: agresywnej w formie, zależnej w środku, głośnej po to, by zagłuszyć własny lęk. To władza, która unosi ręce jak do lotu, a jednak pozostaje skazana na ciężar własnych potworów i własnego dworu.
– Groteska nie łagodzi znaczenia, przeciwnie – ostrzy je – opowiada autor.



Napisz komentarz
Komentarze