Dziś kulminacja obchodów stulecia Gdyni: 600-metrowy stół w centrum miasta i koncert Sanah dla 35 tysięcy osób. Skala tych obchodów oddaje realną kondycję miasta czy raczej jest kompensacją czegoś, czego w tej kondycji brakuje?
Myślę, że te obchody nie są aż tak huczne, jak byłyby za poprzedniej władzy. Ale sto lat to okrągła, ładna rocznica, którą warto świętować. Gdynia zawsze obchodziła urodziny, bo ma dokładną datę uzyskania praw miejskich, co w przypadku miast o dłuższej historii bywa rzadkością.
Szkoda, że przy okazji stulecia Gdyni (podobnie zresztą jak stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości) nie powstało coś trwałego – coś, co łączy mieszkańców i zostaje na dłużej. Finlandia, na przykład, z okazji stulecia państwa zbudowała świetną bibliotekę w Helsinkach. Rozumiem jednak, że sytuacja finansowa miasta nie jest dziś świetlana, a obecne władze nie są skłonne do ekstrawagancji w rodzaju lotniska (bez sukcesu) czy kolejki górskiej.
Więc to, że nie powstał kolejny „biały słoń”, kosztowna inwestycja, bez pożytku, też jest w porządku. Podobnie jak to, że z mocno nadmuchanego wizerunku Gdyni zeszło trochę powietrza, w czym dopomogli też zewnętrzni obserwatorzy: Grzegorz Piątek czy Aleksandra Boćkowska, którzy w swoich książkach pokazywali Gdynię z różnych perspektyw, także wychodzących poza podtrzymywany przez lata mit idealnego miasta.
Kiedy rozmawialiśmy przy okazji 90. urodzin Gdyni, mówiłeś o topofilii Gdynian – ich bezkrytycznej miłości do miasta, która z jednej strony motywuje, z drugiej – zaślepia. Po upływie dekady i zmianie władzy nadal obserwujesz to zjawisko?
To była dość dramatyczna zmiana, przynajmniej dla poprzednich władz – niespodziewana, myślę, także dla wielu mieszkańców. To trochę jak w baśni Andersena o nowych szatach cesarza: wszyscy się zachwycali, uważali, że to najpiękniejsze szaty, aż się okazało, że cesarz jest może nie całkiem nagi, ale na pewno nie tak elegancki, jak się wydawało.
Pamiętam teleturniej w jednej z komercyjnych stacji, gdzie było pytanie, które miasto w opinii swoich mieszkańców jest najlepsze do życia. I odpowiadający na nie uczestnik oczywiście nie zgadł, że chodzi o Gdynię, bo poza Gdynią nikt inny w to nie wierzył. Ten marketing, skierowany głównie do mieszkańców, świetnie sprawdzał się przy urnach. W dłuższej perspektywie ludzie zaczęli jednak dostrzegać rzeczy, które warto poprawić, co znalazło wyraz w poprzednich wyborach samorządowych, gdzie mieszkańcy wystawili temu „cesarstwu” czerwoną kartkę.

Skoro o poprzedniej władzy mowa: Wojciech Szczurek bronił się przed wejściem do związku metropolitalnego z Gdańskiem, Sopotem i innymi miastami właśnie w obawie przed rozmyciem tożsamości. Teraz, kiedy ustawa metropolitalna dla aglomeracji gdańskiej została podpisana przez prezydenta, władze Gdyni nie mają powodu do obaw?
Myślę, że to już czas, żeby Gdynia odnalazła swoje należne miejsce w zespole miejskim, który razem tworzymy. Miasto o silnej, ciekawej tożsamości – nie inaczej niż Sopot, Rumia, Wejherowo, Pruszcz czy Oliwa albo Wrzeszcz, bo ten gwiazdozbiór lokalnych tożsamości jest silny nawet w samym Gdańsku. Zawsze byliśmy policentryczni i nikt nie chce odbierać tym miastom tożsamości. Każde musi samo odnaleźć swoje miejsce, tyle że nie może tego robić w opozycji do innych, jak dawniej robiła to Gdynia wobec Gdańska.
Pamiętam, że spory toczyły się także o nazwę metropolii.
Z całą pewnością nie można już mówić „Trójmiasto”. Ta nazwa miała sens w latach 50., 60. Dziś jest anachronizmem, skoro Sopot jest piątym czy szóstym co do wielkości miastem obszaru metropolitalnego. Ja najchętniej mówiłbym o metropolii gdańskiej, jako że Gdańsk jest największym i najbardziej rozpoznawalnym ośrodkiem, albo ewentualnie o metropolii gdańsko-gdyńskiej.
Czy można więc uznać, że tożsamość gdyńska na tyle się wzmocniła, że nie boi się już rozmycia? To byłoby swego rodzaju domknięcie twojej tezy sprzed 10 lat, że bez Gdańska „Gdynia byłaby co najwyżej Radomiem”.
Tak, to wiąże się też z gospodarką. Gdynia zmienia się funkcjonalnie, staje się w większym stopniu sypialnią, a jej centrum wyraźnie przesuwa się w stronę Sopotu i Gdańska. Inwestycje w ścisłym Śródmieściu, w okolicach ul. Świętojańskiej czy ul. 10 Lutego, nie przyciągają już tylu ludzi. Za to Riviera i centrum biurowe między Wzgórzem św. Maksymiliana a Redłowem stają się faktycznym centrum. Wystarczy zobaczyć, ilu ludzi wysiada z SKM i jakie jest natężenie ruchu. To może potwierdzać tezę, że zbliżamy się do siebie – podobnie jak fakt, że centrum Gdańska przesuwa się w stronę Oliwy.
Kolejna sprawa: owszem, Gdynia ma mocną tożsamość, ale nie zapominajmy, że Orłowo buduje swoją tożsamość. A niedługo podobnie może będzie z Witominem, Chylonią czy Oksywiem. Tożsamość jest zresztą ciekawa, bo ma dwa poziomy. Pierwszy to to, z czym my się utożsamiamy. Drugi – to, z czym jesteśmy utożsamiani przez innych. Dla poprzednich władz Gdyni liczył się głównie ten pierwszy poziom. A dopiero razem to tworzy pełnię tożsamości – coś w rodzaju zlepka, puzzli różnych elementów, dla różnych osób, celów i momentów.
Gdynia jest też ewenementem pod tym względem, że port nadal leży praktycznie w samym centrum. Teraz dochodzi koncepcja Portu Zewnętrznego, który jeszcze bardziej odetnie Śródmieście od zatoki. To zaleta czy anachronizm?
Nie do końca bym się zgodził z tym twierdzeniem. Port już nie jest właściwie w Śródmieściu – działalność portowo-przeładunkowa i stoczniowa jest bliżej Chyloni czy Leszczynek. Wzdłuż nabrzeża od strony zatoki powstały już budynki, a obszar między Muzeum Emigracji a Śródmieściem pewnie zostanie zagospodarowany jako część centrum. Rodzi to jednak problem komunikacyjny – ten teren jest dość daleko od SKM, głównej arterii metropolii, biegnącej od Tczewa czy Malborka po Lębork. Gdyby więc Sea Towers i Nabrzeże Prezydenta zostały w pełni zamieszkane, ruch samochodowy po prostu zakorkowałby cały ten rejon. A nie wiem, czy Gdynia jest gotowa przejść na ruch pieszy.
Druga sprawa: Gdynia rzeczywiście jest jednym z niewielu miast, które leżą bezpośrednio nad morzem, bo to nowe miasto, podczas gdy wszystkie historyczne miasta portowe powstawały przy ujściach rzek, więc ani w Hamburgu, ani w Sztokholmie morza nie widać. Ale jednocześnie tego morza w Gdyni też za bardzo nie widać. Właściwie jest tylko jedna, mała, śródmiejska plaża, jest ładny bulwar, potem klify, port, stocznie. Ta nadmorskość jest więc trochę z boku, bo główna ulica, Świętojańska, jest właściwie odwrócona od morza. Skwer Kościuszki, owszem, ale nie ma tam tylu funkcji, żeby realnie przyciągać.
Bardzo żałuję – mówiliśmy o tym już 10 lat temu – że nie powstało w Gdyni akwarium z prawdziwego zdarzenia, takie na europejską skalę. Kosztowałoby pewnie mniej niż pieniądze włożone w lotnisko, które nie przyniosło żadnych efektów, a umocniłoby za to morskość Gdyni, pokazało coś, czego nie ma Gdańsk.
Modernistyczne centrum Gdyni zostało niedawno wpisane na listę dziedzictwa UNESCO. Myślisz, że miasto jest gotowe to udźwignąć? Czy nie ma ryzyka, że stanie się przez to eksponatem?
Śródmieście Gdyni już teraz nie do końca jest żywym śródmieściem – to coraz bardziej nazwa historyczna. Podobnie było w Gdańsku, ale tam w ostatnich latach, dzięki Forum Gdańsk i rozwojowi turystyki, Śródmieście na powrót staje się śródmieściem. W Gdyni, z wieloma pustymi lokalami, centrum stawało się skansenem, jeszcze zanim doszło do wpisu UNESCO.
Jeśli chodzi o zagrożenia, to celnie pisał o tym na Facebooku Grzegorz Piątek: z jednej strony wpis może zamrozić rozwój, który i tak nie był specjalnie dynamiczny, z drugiej – grozi presją inwestycyjną na obszary tuż poza granicami strefy UNESCO, mimo że część z nich ma równie cenne założenia urbanistyczne. Potrzebna jest bardzo rozsądna, długofalowa polityka przestrzenna – mam nadzieję, że miasto ją przygotowuje.
A z drugiej strony, wielkich pieniędzy z tego tytułu nie będzie. To nie Kraków, nie napłyną dziesiątki czy setki tysięcy turystów, bo modernizm po prostu nie jest tak spektakularny. To jest coś, co zainteresuje raczej specjalistów i pasjonatów.
Od dawna jest tak, że do Gdyni w sezonie zawijają wielkie wycieczkowce, których pasażerów wozi się do Gdańska albo Malborka.
Gdynia chwali się liczbą zawijających wycieczkowców, ale korzyść z tego to głównie podatek. Paradoksalnie dobrze robi to Gdańskowi – gdyby te statki cumowały blisko Śródmieścia Gdańska, jak dzieje się w Barcelonie czy Neapolu, to naraz wylewałoby się kilka tysięcy ludzi, mocno pustosząc miasto na parę godzin, czasem bez szans, żeby choćby usiąść na kawę, bo nie ma tylu stolików, by obsłużyć pięć tysięcy osób naraz. Na szczęście, przy obecnym stanie rzeczy te tłumy rozpraszają się, jadąc autokarami z Gdyni do Gdańska.
Wracając do UNESCO: prestiż, owszem, ale i mnóstwo wyzwań. Część miast czy obszarów wpisanych na listę wcale nie jest z tego szczęśliwa, bo korzyści bywają mniejsze niż oczekiwania, a rosną za to ograniczenia i oczekiwania mieszkańców. Potrzebna jest rozsądna polityka wobec dziedzictwa, wykraczająca zdecydowanie poza samą strefę UNESCO, bo w Gdyni jest sporo cennych budynków poprzemysłowych i modernistycznych z czasów PRL, choćby dworzec kolejowy, już objęty ochroną konserwatorską. Ochrona konserwatorska bywa zresztą przekleństwem. Podnosi koszty utrzymania i renowacji, a posiadanie zabytku na własność w Polsce jest w praktyce dla hobbystów z pieniędzmi. Efekt: zaniedbane budynki, bo właścicieli nie stać na spełnienie wszystkich wymogów konserwatorskich.
Zachęcałbym Gdynię do stworzenia długofalowego programu ochrony dziedzictwa – materialnego i niematerialnego – obejmującego całe miasto, z osobnym rozdziałem o strefie UNESCO: jak sprawić, żeby ten obszar odzyskał życie, a nie tylko ładne fasady w oryginalnych kolorach. To trudne wszędzie, ale w Gdyni trudniejsze niż gdzie indziej, bo strefa UNESCO obejmuje dużą, wciąż zamieszkaną i użytkowaną część miasta.
Wspomniałeś o książkach Piątka i Boćkowskiej, ale obecnie najsłynniejszym bodaj Gdynianinem jest Zygmunt Miłoszewski. Czy ci poczytni pisarze budują markę miasta, czy tworzą raczej jego żywot równoległy?
Nie wiem, na ile dotyczy to akurat Zygmunta, ale Piątek i Boćkowska na pewno pomogli „przebić balon”. Choć nasuwa mi się jeszcze dosadniejsze porównanie do operacji na ropniu: sporo obumarłej tkanki narosło przez kilkanaście lat poprzedniej władzy, więc przekłucie tego i pewna demitologizacja miasta były potrzebne. Popularne publikacje dwojga wspomnianych autorów pomogły w tym, i w Gdyni, i poza nią. Ten usilnie kreowany wizerunek pod koniec rządów Szczurka zaczął chyba ciążyć mieszkańcom, co było widać po wynikach wyborów.
Obecna prezydentka ma bardzo trudne zadanie. Weszła trochę spoza układu, a zarządzanie miastem z całym tym skomplikowanym systemem naczyń połączonych, po latach narastających oczekiwań, nie jest łatwe.
Załóżmy hipotetycznie, że za sto lat ktoś będzie chciał napisać tekst o Gdyni na jej dwustulecie. Co zdecyduje, czy to będzie tekst o mieście, które znalazło nową opowieść o sobie, czy też o mieście wciąż żyjącym mitem „polskiej Kalifornii”, amerykańskiego snu lat dwudziestych i trzydziestych?
Fajnie byłoby, gdyby udało się zbudować wizerunek nowoczesnego miasta, wychodzący poza XX wiek i poza historyzm, jako ważnego centrum dużej, dynamicznej metropolii. Nie ma potrzeby, żeby Gdynia robiła sobie operację plastyczną i zatrzymywała młodość na siłę, a mam wrażenie, że trochę tak było w poprzednich latach. Pozwólmy Gdyni spokojnie się starzeć, nabierać mądrości, uczyć się współpracy z innymi.
Gdynia nie jest Radomiem – nie jest zawieszona w pustce, jest wciśnięta między inne miasta: sam powiat wejherowski ma dziś niemal tyle mieszkańców, co Gdynia. Niech Gdynia odnajdzie swoje miejsce w metropolii gdańskiej czy gdańsko-gdyńskiej. Kończy się pewna faza rozwoju, wchodzimy w nową. Niełatwo, bo po dłuższym panowaniu jednej silnej narracji zawsze zostaje element pustki. Ale może mieć ona też charakter twórczy. To jak z zaprzestaniem koszenia trawnika: na początku będzie trochę zachwaszczenia, ale potem pojawi się kwietna łąka.
Myślę, że wchodzimy właśnie w taki czas – zaczynają kiełkować różne pomysły. To nie ja będę tworzył tożsamości Gdyni – zrobią to mieszkańcy razem z władzami, zresztą już to robią. Życzę Gdyni wszystkiego najlepszego na kolejne sto lat i wytrwałości w tej trudnej drodze poszukiwania samej siebie.



Napisz komentarz
Komentarze