„Ojczyzna” Pawła Pawlikowskiego na finał Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni
Festiwal i po... festiwalu. Prawie, bo jeszcze przed nami sobotnia gala rozdania nagród i odpowiedź na pytanie, kto w tym roku zdobędzie Złote Lwy. Tym razem w kuluarach najczęściej przewijają się dwa tytuły. Jeden to „Przez ścianę” Macieja Sobieszczańskiego, drugi – „Ojczyzna” Pawła Pawlikowskiego, polski kandydat do przyszłorocznego Oscara.
Choć „Ojczyzna” była już pokazywana w kinach (co ciekawe, w Polsce obejrzało ją kilkakrotnie mniej widzów niż np. w Niemczech), to właśnie gdyński pokaz był jednym z najbardziej wyczekiwanych wydarzeń festiwalu. Film zaprezentowano w piątek, 25 września, na zakończenie największego polskiego święta kina.
ZOBACZ TEŻ: Festiwalowe olśnienia i wzruszenia. Villas, Borysewicz oraz miłość w strasznych czasach
„Ojczyzna”: Film o rodzinie, tożsamości i powojennych Niemczech
Paweł Pawlikowski, laureat Oscara za „Idę”, otrzymał już za „Ojczyznę” nagrodę za reżyserię na festiwalu w Cannes. Film jest także polskim kandydatem do przyszłorocznych Oscarów. Podobnie jak w swoich wcześniejszych produkcjach, reżyser podejmuje tematy tożsamości, winy, rodziny i miłości na tle chaosu oraz moralnego zagubienia powojennej Europy.
Główną bohaterką „Ojczyzny” jest Erika Mann - pisarka, aktorka i reporterka. Emocjonalnym i dramaturgicznym centrum filmu pozostaje jednak jej relacja z ojcem - Thomasem Mannem, jednym z najwybitniejszych niemieckojęzycznych pisarzy i laureatem Literackiej Nagrody Nobla. W 1933 roku, po dojściu nazistów do władzy, Mann wraz z rodziną opuścił Niemcy. Do kraju wrócił dopiero w 1949 roku, podczas obchodów 200. rocznicy urodzin Goethego, witany zarówno w Niemczech Zachodnich, jak i Wschodnich.
Można powiedzieć, że to film drogi, w którym przyglądamy się nie tylko relacjom rodzinnym Mannów, ale także powojennym Niemcom.
Sandra Hüller w roli Eriki Mann
W głównej roli występuje niemiecka aktorka Sandra Hüller, polskim widzom znana przede wszystkim z filmu „Anatomia upadku”. W obsadzie dominują niemieccy aktorzy, a w epizodycznej roli pojawia się Joanna Kulig. Tym razem na ekranie śpiewa.
Pawlikowski podkreślał podczas spotkania z publicznością, że jest to dla niego film bardzo osobisty, mimo że – jak sam go określa – „mały, cichy, krótki, wąski i czarno-biały”. Największym wyzwaniem okazało się odtworzenie świata, którego już nie ma. Przez wiele miesięcy twórcy szukali odpowiednich plenerów i statystów o twarzach pasujących do epoki.
Paweł Pawlikowski o frekwencji i Oscarach
Zapytany o to, dlaczego „Ojczyznę” obejrzało w Polsce mniej widzów niż w Niemczech, reżyser odpowiedział:
Szczerze mówiąc, ja nie mam wielu widzów w Polsce. Moja widownia osiągnęła swój pułap przy „Idzie”. I to dopiero po Oscarze. „Zimna wojna” też poszła w kinach bardzo dobrze. Ale to był melodramat, kobieta i mężczyzna, zejdą się czy nie. Faktem jednak jest, że tworzę takie obrazy, które w Polsce nie mają dużej widowni. Spotykam się z ocenami, że moje filmy są zimne, nieemocjonalne, że manierą jest to, iż są czarno-białe itd. Nie czuję, że mam tutaj rzeszę widzów i te 250 tysięcy, które obejrzały w Polsce „Ojczyznę”, to są tak naprawdę moi ludzie.
Paweł Pawlikowski / reżyser
O wyborze odtwórczyni głównej roli mówił równie zdecydowanie: – Sandra Hüller jest genialna. Erikę trudno zagrać, bo to bohaterka, która wszystko tłamsi w sobie, jest rozdwojona. Potrzebna była więc aktorka, która nie będzie epatowała sobą na ekranie, tylko grała od wewnątrz. I Sandra jest w tym idealna.
Pytany o szanse filmu w wyścigu po kolejną statuetkę Oscara studził emocje.
– Wszyscy się podniecają, że idziemy po Oscara, ale tam jest jakieś 160 filmów. Wiem, że jestem bardzo zadowolony i dumny z tego filmu i z pracy całego zespołu.
CZYTAJ TEŻ: Od PRL-u do przyszłości. Trzeci dzień FPFF pełen kontrastów
Ewa Pruszczyńska, współproducentka filmu, dodała, że twórcy zrobią wszystko, by „Ojczyzna” znalazła się w oscarowym finale, ale bez nadmiernych oczekiwań.
– Zawsze powtarzam, jeżeli jest jakiś konkurs, to rób wszystko, żeby go wygrać, ale bądź przygotowany na to, że przegrasz. Z Oscarem czy bez ten film jest wybitny i Oscar nie sprawi, że będzie wybitniejszy. A brak Oscara nie spowoduje, że będzie gorszy – podkreśliła.
„Fluidy” Marii Wider z bardzo dobrym przyjęciem w Gdyni
Pełnometrażowym debiutem, który piątego dnia festiwalu również został bardzo dobrze przyjęty, były „Fluidy” w reżyserii absolwentki Gdyńskiej Szkoły Filmowej Marii Wider.
Główną rolę brawurowo zagrała studiująca jeszcze aktorstwo Julia Totoszko z Gdyni. Być może właśnie ta kreacja przyniesie jej nagrodę za debiut.
„Fluidy” to intymna opowieść o dorastaniu – momencie zawieszonym między dzieciństwem a dorosłością, w którym wszystko ulega nieustannym przeobrażeniom. Podczas wakacji na mazurskiej wsi rodzeństwo – nastoletnia Nina i młodsze niebinarne Miki – spędzają czas z dawno niewidzianym ojcem, który stara się odbudować utraconą więź. W cieniu rodzinnych napięć, przemilczeń i niełatwych prób zbliżenia rodzą się pytania o tożsamość i własne miejsce w świecie.
CZYTAJ TAKŻE: Festiwalowi weterani kontra młodzi na 51. FPFF w Gdyni
Julia Totoszko – aktorskie odkrycie festiwalu?
20-letnia Julia Totoszko jest polską wokalistką, tancerką i aktorką dziecięcą. Już jako dwulatka zaczęła rozwijać swoje wokalne pasje pod okiem bliskich, a jako trzylatka pojawiła się na scenie Teatru Muzycznego w Gdyni.
Ma nie tylko talent, ale też energię, która wprost zaraża z ekranu. Jej rola w „Fluidach” może okazać się jednym z najciekawszych aktorskich odkryć tegorocznego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni.



Napisz komentarz
Komentarze