Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama Ziaja kosmetyki kokos i pomarańcza

Morskie Oko w Sopocie? Tak! Piękne i inspirujące

Wiersz należy wychodzić. I ja te moje pierwsze wiersze wychodziłem także nad Morskim Okiem w Sopocie – mówi Wojciech Kass, poeta, dyrektor Muzeum Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego w Praniu, sopocianin
(fot. Karol Makurat | Zawsze Pomorze)

Nie wszyscy wiedzą, że Sopot ma swoje Morskie Oko, ale dla wielu to jezioro nie tylko znane, ale i ważne. Tak jak dla ciebie.

Oczywiście, że tak! Zaraz opowiem dlaczego. Ale warto wspomnieć o jeszcze jednym oczku wodnym. W Dolinie Świemirowskiej w Górnym Sopocie. To było miejsce mojego dzieciństwa. Budowałem tam tratwy moich marzeń, z kolegami skrobaliśmy tam łódki z kory. To jeziorko nas fascynowało, ale też wydawało nam się bardzo groźne, bo pływało tam mnóstwo kijanek. Dlatego na własną potrzebę mógłbym nazwać dziś ten wodny zbiorniczek jeziorkiem kijanek. W godzinie obecnej, zmagania się przyrody z antropopresją, kijanka nie jest wcale czymś oczywistym i najmłodsi nie mają o niej najmniejszego pojęcia. Niedawno przyjechałem do Sopotu i poszedłem tam. Niestety, jak wieloma tropami mojego dzieciństwa, tak i tym żywi się już nicość. Nicość położyła na tym miejscu swą unicestwiającą łapę. Niewiele zostało z tego jeziorka. Ono po prostu wysycha. Co gorsza, niedaleko kolejny deweloper kamienuje nam świat, Sopot i przy okazji moje wspomnienia.

Ale wróćmy nad Morskie Oko. To też wspomnienia.

Mieszkałem w Dolnym Sopocie, nad Morskie Oko szedłem jakieś 15 minut. Nieśpiesznym krokiem Kanta, zamyślony, ufryzowany romantycznie…

Po co tam szedłeś?

By to jezioro okrążyć w ciągu czterech minut. Jako ten pełen tęsknot melancholijny młodzieniec tych okrążeń za każdym razem robiłem kilka. To było moja – w tej niezwykłej scenerii – gra z sobą. To miejsce kojarzy mi się z jasną i ciemną stroną życia. Bywałem nad tym jeziorem w latach 70. z moimi rodzicami jako dziecko. Nie było tam jeszcze góralskiej karczmy Harnaś, która nota bene zbudowana jest z mazurskich sosen (śmiech). Stał tam natomiast PRL-owski bar, z dużą ladą. Obok - stoliki, które świadczyły o tym jak wtedy gastronomia potrafiła się zabezpieczać przed kradzieżą mienia. Nie spinano krzeseł łańcuchami, jak to się dziś robi w ogródkach kawiarnianych. Tu stolik i krzesła to była, zespawana rurami, jedna konstrukcja. Żeby to dźwignąć, trzeba byłoby nie lada ciężarówki. Ów bar moi rodzice nazywali „Pod ptaszkami”. Podawano tam znakomitą golonkę, którą popijało się piwkiem. Dla dzieci były słodycze i oranżada. Ale najważniejsze było to jeziorko. Pamiętam dobrze tamten czas, tę świetlistą pogodę dzieciństwa, lśniący od gongu słońca staw. Wszystko mi się wtedy zgadzało; rzeczy, słowa, zjawiska były scalone.

(fot. Karol Makurat | Zawsze Pomorze)
(fot. Karol Makurat | Zawsze Pomorze)

Byłeś szczęśliwy.

Uśmiechałem się do świata i świat uśmiechał się do mnie. Dziś tak to widzę. Ufne zespolenie się z tym miejscem. Jeziorko było wtedy bardziej dzikie niż teraz, ale brodziliśmy w nim trochę… Ta dzikość. Myślę, że ów zbiornik, to otoczenie takim powinno zostać, być. Nieposkromione, niedostosowywane do standardów, które w sumie nie wiadomo, kto ustala, wreszcie –nieukamienowane. Już wtedy tubylcy, ale i turyści nazywali to miejsce Morskim Okiem. I to jest przykład, jak język, jak słowa potrafią zaklinać przyszłość. Tak oto nazwa jeziora wywróżyła partnerską współpracę Sopotu z Zakopanem, stolic – letniej i zimowej Polski, choć pretendentów, zwłaszcza do tego pierwszego tytułu ostatnio się nam namnożyło. Moje dzieciństwo spędzone w tym miejscu to była ta jasna faza. Tam była łąka, nad nią i jeziornym oczkiem górowała Opera Leśna i hotel „Parkowy” wystawiony w stylu obiektów górskich, przed wojną budynek Strzelnicy Mieszczańskiej mieszący restaurację i pokoje gościnne dla myśliwych. W barze „Pod Ptaszkami” słychać było czasem muzykę. Na przykład „Pod papugami” Niemena. Przypomniał mi się pewien koncert Niemena, na którym miałem szczęście być. Artysta zakończył występ i wtedy z widowni rozległ się okrzyk: Niemen! Papugi! (śmiech). Ta piosenka zawsze kojarzy mi się z tym miejscem.

A ciemna faza?

To czas, gdy byłem licealistą, potem studentem. Układałem już wtedy wiersze. Szukałem rytmu. Wyruszałem więc nad jezioro i łaziłem wokół, jak po spacerniaku. Jedno okrążenie pochłania 4 minuty tarczy zegara. Ciekawe, że mi to zostało do dziś. Jest wokół Prania cudowna ścieżka, którą przemierzam szybkim krokiem w 25 minut. Dziennie potrafię zrobić tak trzy, cztery koła. Te spacery wokół Morskiego Oka wytyczały mi wspomniany rytm wiersza. A wtedy tworząc poezję klasycyzowało się. Staraliśmy się ułożyć sylabik lub sylabotonik. Zawsze powtarzam: Wiersz swój należy wychodzić. I ja te pierwsze wiersze wychodziłem między innymi nad Morskim Okiem. Z tamtego czasu miejsce to jawi mi się dość ponure, opuszczone i wyizolowane. Ale ja chodziłem tam pod to, aby się izolować, osobiście „odrębnić się” i w samotności przełykać swoje pierwsze razy od świata. Atmosfera temu sprzyjała, bo wyżej, jak wspomniałem, była Opera Leśna, bardziej niż z Festiwalem Sopockim kojarzyła mi się z Wagnerem, którego opery tu przed wojną wystawiano. A skoro Wagner to ponura, majestatyczna i melancholijna scenografia emanująca duszę północnej przyrody. Tak więc nad Morskim Okiem w mojej wyobraźni nakładały się te obrazy – la belle époque i ciemnego, złowrogiego patosu wagnerowskich oper.

Zbiornik inspirował. W latach 70. były ponoć plany, by zrobić na nim pływającą scenę, gdzie odbywałyby się plenerowe widowiska.

Moje obrazy to: z jednej strony - sielskość i elegancja fin de siècle, panowie w słomkowych kapeluszach, damy z białymi parasolkami, w jasnych rękawiczkach, łódeczki, mała orkiestra, która przecież mogła tam grać, mówi się, że przed wojną była tam parkowa kawiarenka... Wszystko w kolorach świetlistych, niebieskich, białych i słabo złotych… Z drugiej strony – to moje dzieciństwo pod ptaszkami... A potem, ten mroczny Wagner i moje wiersze, które wychadzałem jako młody poeta chodząc w kółeczko, więzień swoich trudnych, bo przecież nierozpoznanych emocji. Młodość siebie nie widzi.

(fot. Karol Makurat | Zawsze Pomorze)
(fot. Karol Makurat | Zawsze Pomorze)

Kiedyś powiedziałeś, że sopockie Morskie Oko to jest miejsce dla samotników.

Agnieszka Osiecka napisała o Sopocie, że jest miejscem skrojonym na ludzką skalę. Przed laty spytałem ją: A co to jest ta „ludzka skala”? Odpowiedziała: To jest taka skala, kiedy człowiek nie czuje się zanadto anonimowy, ale jednocześnie, jeśli chce prowadzić życie prywatne, własne, intymne, to ta skala mu na to pozwala. W Sopocie można tak się poczuć. Jeśli jesteś zmęczony tłumem w centrum, możesz uciec w boczne uliczki kurortu. Dolny Sopot jest już zajeżdżony i zachodzony. Ale ten Górny wciąż opiera się masom. Może dlatego, że stroni od atrakcji, które te masy turystyczne przyciągają. Jeśli chcesz uciec, to ruszaj tam, pod wzgórza morenowe, gdzie m.in. w swoim skulonym bycie leży sobie Morskie Oko, w lasy liściaste z dębem i bukiem, które dają cień i ochłodę. W cieniu najlepiej się myśli, o czym dobrze widział Jan Kochanowski zasiadając pod swoją lipą.

Dla kogo jest Morskie Oko?

Dla tych, którzy chcą wyruszyć w podróż wewnętrzną. Jak widzę te tysiące turystów, którzy obijają się o wszystkie kąty Sopotu, to aż dziw, że nie są posiniaczeni gnając tak od atrakcji do atrakcji. A gdy spadnie deszcz, to nie wiedzą co ze sobą zrobić... W takie dni bezsłoneczne dobrze jest tam sobie pójść i zajrzeć w głąb siebie i posłuchać, co w nas gra, co w nas się dzieje. Wielu boi się do swego wnętrza zajrzeć. A to miejsce sprzyja, by jednak się odważyć. To przestrzeń ciszy, choć zdaję sobie sprawę, że dla przeciętnego turysty cisza nie jest żadnym towarem. Nie jest wartością. Ale czymś bezcennym jest na pewno chłód w upalne dni. Jeziorko otaczają kurtyny liściastych drzew i zarówno ono jak i te kurtyny magazynują chłód i równie potrzebną do życia wilgoć. Panowanie „mięsożernego słońca” jest tutaj ograniczone.

Jezioro nazywane jest Jeziorkiem Nowowiejskiego.

Zastanawiałem się, skąd ta nazwa. Może stąd, że – jak się doszukałem – Feliks Nowowiejski w 1919 roku skomponował słynny hymn „Do Bałtyku”, w roku 1935 wydał „Śpiewnik morski”, polskiemu morzu poświęcił także operę „Legenda Bałtyku”, a i tę niedokończoną „Kaszuby”, z której pochodzi popularna piosenka „Hej żeglarzu, żeglujże”. Skoro jednak tak, to kompozytor wolałby może, aby jego imieniem nazwać któryś ze skwerów lub uliczek przymorskich, na których da się usłyszeć szum oddychającego morza. Nad Morskie Oko ten szum nie dochodzi. Zapewniam.

Morskie Oko w Sopocie

znajduje się w parku w Dolinie Prątki, sąsiadującym z Operą Leśną. Zbiornik potocznie nazywany Morskim Okiem, a o właściwej nazwie Jeziorko Nowowiejskiego. Jeziorko widnieje już na planie Sopotu z 1932 r. Można zatem przypuszczać, że wyrobisko powstało na początku lat 30. XX w. Wcześniej na tym terenie eksploatowano glinianki przy Wzgórzu Strzeleckim, oraz wschodni stok Wzgórza Olimpijskiego. Pierwotnie na miejscu wyrobiska znajdowała się łąka przecinana przez drogę, dawniej zwana „Drogą do Cegielni”. Pierwsze zabudowania cegielni widoczne są na planie Schapera z 1830 r. Z Jeziorka Nowowiejskiego wypływa potok Wiejski, historycznie najważniejszy z sopockich potoków niegdyś zasilający w wodę dziewięć spiętrzonych na nim stawów. (źródło: Muzeum Sopotu)

(fot. Karol Makurat | Zawsze Pomorze)
Jezioro Nowowiejskiego, czyli Morskie Oko w Sopocie
Jezioro Nowowiejskiego, czyli Morskie Oko w Sopocie (fot. Karol Makurat | Zawsze Pomorze)

Podziel się
Oceń

Napisz komentarz
Komentarze
Reklama
Reklama Kampania 1,5 % Fundacja Uśmiech dziecka