Reklama

Globus Polski. Moje przygody z panem Michałem

W minioną środę, z państwowymi honorami, złożono w Alei Zasłużonych na warszawskich Powązkach urnę z prochami wybitnego saksofonisty i skrzypka Michała Urbaniaka. Odebrałem to jako dość osobliwą, żeby nie powiedzieć ironiczną, okoliczność, ponieważ kiedyś usłyszałem od Mistrza, że jest Nowojorczykiem, i to miasto to jedyne miejsce, gdzie naprawdę jest sobą na sto procent.

Tę nowojorskość odkrył w sobie w wieku lat 15, oglądając filmy i słuchając muzyki, jaka tam powstawała. Pierwszy pobyt za oceanem, na początku lat 60., potwierdził to przeczucie. 

„Po prostu poczułem, że jestem w domu” – wspominał. 

Manhattan stał się jego faktycznym domem dekadę później, kiedy z ówczesną żoną, Urszulą Dudziak, postanowili osiąść na stałe w USA. W ojczyźnie jazzu zdobył pozycję, o jakiej inni polscy jazzmani mogli jedynie marzyć. No, może Tomasz Stańko, ale to już ćwierć wieku później, zyskał tam podobne uznanie.

Były w Michale Urbaniaku nowojorski luz, tolerancja, zdrowy rozsądek, optymizm i koncentracja na tym, co dopiero będzie, a nie co było. Ale sukcesami lubił się chwalić – skromność nie jest cechą Nowojorczyków. Obruszył się jednak, gdy podczas naszej pierwszej rozmowy w 2006 roku przypomniałem, że był jedynym Polakiem, któremu „udało się zagrać z Milesem Davisem”.

– To nie tak: udało się, nie udało – zaoponował. – Los tak chciał od dawna. Większość muzyków, którzy zaczynali u mnie, potem trafiała do Milesa. Spotkanie było więc nie do uniknięcia. Było przewidywalne, choć nieplanowane.

Spotkali się więc, choć – w sensie ścisłym – nigdy razem ze sobą nie zagrali. Urbaniak w studiu dograł partię skrzypiec do podkładu zarejestrowanego wcześniej przez zespół. 

Trudno powiedzieć, czy to obecność Polaka o tym zadecydowała, ale album „Tutu” był jedyną płytą Davisa wydaną w PRL przez Polskie Nagrania.

Sam Urbaniak zresztą zdecydowanie podkreślał, że dla niego ważniejsze od tego, iż był jedynym Polakiem, było to, że zagrał u boku Milesa jako jedyny skrzypek. 

– Bo tak samo, jak on, tak i ja nienawidzę skrzypek w jazzie. Nie cierpię tego rzępolenia. Staram się zrobić ze skrzypiec coś, co mówi raczej językiem instrumentów dętych – tłumaczył. 

Drugi raz spotkałem go rok później, w okolicznościach dość anegdotycznych, na konferencji prasowej poświęconej koncertowi Roda Stewarta w Gdańsku. Organizatorzy zaprosili Urbaniaka jako człowieka, który… znał osobiście Roda Stewarta. Ponieważ koncert miał uświetnić obchody rocznicy podpisania Porozumień Sierpniowych, skrzypek przekonywał, że ideały Solidarności muszą być Szkotowi bliskie, o czym świadczy fakt, że przeprowadził się on do USA, czyli krainy wolności.

Nasza ostatnia rozmowa z Michałem Urbaniakiem odbyła się w 2018 roku. Znów mówił o Nowym Jorku. 

– A Polska? – zapytałem.

– Ja nie wiem, co to jest Polska. Mam bardzo rewolucyjne poglądy w tej kwestii, ale nie chciałbym ich tu rozwijać. Zacząłem tu przyjeżdżać z entuzjazmem, po 29 latach niebytności, sądząc, że ten kraj można przyłączyć do Stanów Zjednoczonych Europy, czyli Unii. A teraz? To jest wielka niewiadoma.

Tak brzmiała oficjalna autoryzowana odpowiedź. Faktycznie Urbaniak wyłożył mi wtedy swoje rewolucyjne poglądy na Polskę. I to ja – wbrew interesowi mojej ówczesnej redakcji (klikalność, cytowalność) – zasugerowałem mu zastosowanie autocenzury, wiedząc, że wyleje się nań morze hejtu. Był to jedyny raz w ciągu 35 lat pracy w dziennikarstwie, kiedy zrobiłem coś takiego. Może to nieprofesjonalne, ale drugi raz postąpiłbym tak samo. 

Wracając do pogrzebu: bardzo podoba mi się taka Polska, która nie wzdraga się traktować z honorami kogoś, kto nie miał do niej stosunku bałwochwalczego. Oby tak zostało i nikomu nie przyszło kiedyś do głowy, by Michała Urbaniaka z Powązek wykopać.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama
ReklamaPomorze i podróże
Reklama
Reklama