„Kapelusz pełen deszczu”, spektakl wystawiony w 1959 roku na gdyńskiej scenie Teatru Wybrzeże był teatralnym debiutem Andrzeja Wajdy, który przyjął zaproszenie dyrektora Wybrzeża, wizjonera teatru Zygmunta Hübnera. Wajda, jak pisano, zrobił spektakl oryginalny i „filmowy”. Powstała opowieść o dramacie człowieka, którego zrujnowała wojna. Narkomania była tego następstwem. W roli Johnny’ego Zbigniew Cybulski, świeżo po sukcesie w „Popiele i diamencie”.
„Wystarczyło przyjrzeć się publiczności, która po brzegi wypełniła salę podczas gościnnych występów teatru w Warszawie, aby zrozumieć istotę zjawiska. Ci młodzi przyszli oglądać nie aktora, ale bohatera swego pokolenia ” – pisał recenzent dodając, że „Kapelusz pełen deszczu” – był spektaklem który w maju tamtego roku wyniósł Teatr Wybrzeże do miana, bodaj czy nie najlepszej sceny w Polsce.

Młodego, bo zaledwie 33-letniego reżysera ( a i scenografa) wychwalano zwłaszcza za umiejętność pracy z aktorami.
Bo „Kapelusz…” to nie tylko Cybulski. To przede wszystkim aktorski popis Edmunda Fettinga („Polo jest jedną z najciekawszych ról wśród ostatnich kreacji aktorskich naszych czasów”), jemu rok później Wajda powierzy w gdańskiej inscenizacji rolę Hamleta. To też inne kreacje wybitne: Zdzisława Maklakiewicza, Mirosławy Dubrawskiej czy zachwycającego Leona Załugi. To był, jak komentowano „koncert gry aktorskiej”.
Dziś tamto przedstawienie uznaje się za jedno z kultowych. „Codziennie, przez dwanaście wieczorów widownia zapchana do ostatniego miejsca. Dużo młodzieży, ale są i starsi. Wielu z nich przyszło tylko dla Zbyszka Cybulskiego. Po każdym akcie liczne i niewymuszone oklaski dla aktorów.
Choć nie brakowało i głosów oburzenia: „Po każdym akcie ktoś protestacyjnie opuszcza teatr”…Bo też, jak relacjonowano, „warsztat reżyserski i scenograficzny Wajdy nie rezygnuje z chwytów naturalistycznych, jaskrawych, brutalnych. Ten naturalizm jest jednak już konstruktywizmem. Towarzyszy mu celowe zamierzenie, chce być zwierciadłem, które odbija niebezpieczeństwa współczesnego świata” – zaznaczał jeden z recenzentów kwitując:

„Najprościej byłoby napisać, że Wajda zastosował tu swoje doświadczenia filmowe, pięknie komponował kadry, operował doskonale zbliżeniami itp. itd. Ale to nieprawda, gdyż wcale tak nie było. A właściwie; było nie tylko tak. Wajda okazał się po prostu bardzo utalentowanym reżyserem teatralnym. (…) Komponował kadry ze smakiem, ale wcale nie w sposób filmowy, tylko właśnie teatralny. Nie dążył, jak w filmie, do utrwalania obrazu, lecz eksponował przede wszystkim ruch, dynamikę, konflikty i spięcia zewnętrzne i wewnętrzne wykazując w ten sposób, że rozumie dobrze specyfikę teatru i zadanie, jakie postawił reżyserowi autor w tym przedstawieniu. (…) Jeśli odczuwało się chwilami w tym przedstawieniu dłużyzny, to nie z powodu słabego tempa, lecz skutkiem mielizn tekstu. Tak czy inaczej przybył nam w osobie Andrzeja Wajdy reżyser teatralny z prawdziwego zdarzenia i warto go zachęcić, aby częściej odtąd dzielił swój czas między film i scenę”.
W roku 1960 Andrzej Wajda powrócił do Teatru Wybrzeże wystawiając tu „Hamleta”. Rolę Ofelii zagrała Krystyna Łubieńska, tak wspominała reżysera z tamtego czasu:
- Podczas pracy nad tym spektaklem walczył w jego głowie scenograf z reżyserem. Bardzo się w tę pracę zaangażował. Nie pamiętam, żeby coś jadł albo pił. Ani żeby chodził z aktorami na wódkę. Może nawet nie spał. Ten spektakl nim zawładnął. Wszystko robił sam. Także kostiumy. Jego projekty wywodziły się z natchnień Wyspiańskiego, tak mówił...
Pożar na gdyńskiej scenie Wybrzeża, jesienią tego samego roku, strawił wszystkie kostiumy i dekoracje z tego przedstawienia.

























Napisz komentarz
Komentarze