Globus Polski. Gdynia kucha i bezradna wobec leśnych i morskich duchów

Tak o Gdyni jeszcze nie pisano. Artur Gębka w „Latających śledziach” sprowadził to „zaledwie” stuletnie miasto do roli makiety, służacej za tło zmagań pradawnych magicznych mocy.

Pod adresem Gdyni kierowano już wiele epitetów i górnolotnych metafor, ale z określeniem jej mianem miejsca magicznego do tej pory się nie spotkałem. Artur Gębka w swojej minipowieści dla dzieci wprawdzie wprost tego określenia nie używa, ale taki jej właśnie portret w swoich „Latających śledziach” maluje. Tylko czy rzeczywiście miasto jest tu bohaterem?

Ale po kolei. Fabuła – w skrócie i bez niepotrzebnych spoilerów – wygląda tak: dziewięcioletni (a przy tym wyjątkowo rozgarnięty, jak na swój wiek) Iwo wraz z kilka lat starszą siostrą Amelią przyjeżdżają na krótkie wakacje do wujka do Gdyni. Dlaczego rodzice zostawiają ich pod opieką nieco ekscentrycznego krewniaka, zamiast zabrać ich do słonecznej Italii, gdzie sami się w tym czasie wybierają? Mnie nie pytajcie. Podobnie jak o to dlaczego wujek, samotnik i trochę miznatrop, zaprosił dwoje dzieciaków, z którymi wcześniej specjalnie się nie interesował, do swojej zaniedbanej willi na Kamiennej Górze – w dodatku listownie (sic!) – skoro obecność małych intruzów jest mu z pewnych względów wybitnie nie na rękę? Cóż musiały tu zadziałać jakieś dobre bogi, bo – jak się okazało – na miejscu na dzieciaki czekała misja ocalenia miasta. 

Oto bowiem, częściowo za sprawą wspomnianego już wujka Kryspina, w mieście, a raczej na terenach, na których sto lat temu je zbudowano, doszło uwolnienia magicznych mocy. W efekcie przemieszały się dwie równoległe rzeczywistości: współczesna, nowoczesna Gdynia oraz świat znany z kaszubskiej mitologii i wypełniające go magiczne stwory. I stąd choćby ta tytułowa ławica latających śledzi, niespodziewanie przepływająca w powietrzu ulicą Świętojańską. 

Takich nadzwyczajnych znaków było znacznie więcej, ale – jak to w bajkach, a czasem w życiu też, bywa – ich nieprzypadkowość odkryć mógł tylko umysł niewinnego dziecka. Mieszkańcy, turyści, a nawet „czynniki oficjalne”, traktowały je co najwyżej jako ciekawostki do nagrania na smartfona i wrzucenia do mediów społecznościowych. 

W ogóle cała ta nadmorska stulatka w konfrontacji z uwolnionymi pradawnymi mocami, wydaje się zaskakująco krucha i bezbronna. Położone przy lesie blokowisko, w którym kluczą Amelia i Iwo, sprawia wrażenie „odwojowanego” przez przyrodę. W oknach nie palą się światła, a bujna roślinność wdrapuje się na ściany i balkony. Ale czemu tu się dziwić? Wystarczy tylko uzmysłowić sobie, że przecież jeszcze nie tak dawno tereny, na których stoi dziś port i miasto należały do stolemów, krasnali, guślarzy, czarownic, w tym Borowej Ciotki, itp., itd. Zresztą lasy, mimo wysiłków deweloperów i dyrekcji Lasów Państwowych, nadal zajmują ok. 50 proc. terenów leżących w administracyjnych granicach Gdyni. 

W tym kontekście przedmiot dumy gdynian, „białe” modernistyczne Śródmieście, gdzie rozgrywa się większość fabuły, zostaje sprowadzone do roli makiety. W dodatku najwyraziściej zarysowane elementy współczesności noszą cechy lokowania produktu. Podążając tropem zagadki, młodociani detektywi trafiają bowiem do popularnej cukierni, pizzerii i kawiarni, które wszystkie są wymienione z nazwy. 

Do rozprawy między siłami zła i dobra (bo i takie wśród postaci kaszubskiej mitologii też przecież były) dochodzi pod krzyżem na szczycie Kamiennej Góry, która z racji swego położenia musiała być kiedyś miejscem sabatów czarownic. Rezultatu nie zdradzę, choć Czytelnicy pewnie się domyślają. Aczkolwiek nie było to chyba ostatnie starcie. A zatem Gdynio świętuj, ale i strzeż się! 

„Latające śledzie” – Artur Gębka, ilustrował Piotr Nowacki, wyd. Widnokrąg, Piaseczno 2026
Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama
Reklama