Nauka języka kaszubskiego w szkołach. Kontrowersje wokół deklaracji rodziców
Wpis Kamili Magdaleny Soroko w mediach społecznościowych rozpalił dyskusję o nauce języka kaszubskiego w polskich szkołach. Autorka zwróciła uwagę na problem, z którym mają spotykać się rodzice chcący zapisać dzieci na lekcje kaszubskiego.
Do 31 marca rodzice uczniów mogą składać deklaracje dotyczące uczestnictwa w zajęciach z języka regionalnego. Soroko twierdzi jednak, że rzeczywistość bywa inna – wielu dyrektorów szkół odmawia przyjęcia dokumentów, powołując się na osiągnięcie limitu uczniów.
– Jest to jawne łamanie konstytucyjnego prawa uczniów do nauki – napisała w swoim wpisie.
"Reżyserowanie" liczby uczniów?
Z przeprowadzonych przez nas rozmów wynika, że nie do końca dyrektorzy są tu winni. To prawda, że stoją na bezpośredniej linii frontu i przyjmują ciosy, ale to samorządy dysponują środkami na naukę kaszubskiego. I często większość z nich zatrzymują, przeznaczając na inne zadania. Zdaniem dyrektorów i nauczycieli, jeszcze bardziej dramatyczne w skutkach jest „reżyserowanie” liczby uczniów przez włodarzy, by nie przekraczała ona 81, względnie 112. Wówczas kwota subwencji jest najwyższa na ucznia. Po przekroczeniu liczby 112 drastycznie spada.
Dyrektorzy szkół w rozmowie wyraźnie zastrzegali sobie anonimowość. Boją się organów prowadzących? Bez problemu natomiast, z imienia i nazwiska podpisuje się pod powyższymi zarzutami Eugeniusz Pryczkowski, doktor nauk humanistycznych, kaszubski dziennikarz, tłumacz, autor tekstów, członek Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego.
- Poruszałem już ten temat w jednej z moich publikacji naukowych i absolutnie zgadzam się z uwagami pani Kamili Soroko – mówi dr Eugeniusz Pryczkowski.
Samorządy interesuje przede wszystkim subwencja
Jak kontynuuje dr Pryczkowski, ważnym momentem było przyjęcie przez polski parlament Ustawy z dnia 6 stycznia 2005 roku o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym. Ustawa ta sankcjonuje status językowy kaszubszczyzny jako jedynego języka regionalnego w Polsce. Od tej chwili finansowanie nauczania języka kaszubskiego w szkołach stało się obowiązkiem państwa.
- Ten fakt całkowicie zmienił postawę samorządów, na terenie których odbywała się nauka kaszubskiego, oczywiście z uwagi na wyraźnie zwiększoną subwencję oświatową. Postawę niektórych wójtów ciekawie obrazuje postępowanie byłego wójta Stężycy. W latach 90. - jako sekretarz tej gminy – wypowiadał się w mediach zdecydowanie negatywnie wobec nauki kaszubskiego w szkołach, mówiąc wprost, że w jego gminie jest ona zbędna. W roku 2018 zaledwie dziesięciotysięczna gmina Stężyca otrzymała z racji tej nauki ponad 2,5 mln zł dodatkowej subwencji. Na moje - jako działacza ZKP - telefoniczne zapytanie, ile otrzymała w 2020 roku, zażądano pisemnego wniosku o udzielenie takiej informacji, które skądinąd nie podlegają żadnej ochronie. Powinny być ogólnodostępne dla każdego mieszkańca, zwłaszcza działaczy kaszubskich, czyli organizatorów tej nauki i organu dbającego o dokształcanie nauczycieli.
W efekcie tejże wysokiej subwencji, coraz więcej urzędników samorządowych było i jest zainteresowanych, by na ich terenie inicjować takie nauczanie. Liczba uczących się języka kaszubskiego, z około tysiąca uczniów w 2005 roku, wzrosła w ciągu dziesięciu lat do niemal 20 tysięcy, obecnie ponad 25 tys.
CZYTAJ TEŻ: 18 Pomorzan zdecydowało się w tym roku zdawać maturę z języka kaszubskiego
To wielkie szkoły wyznaczają trendy
Obserwując zestawienia, łatwo można zauważyć, że wzrost dotyczy głównie małych szkół. Zauważalna jest tu ewidentna prawidłowość, że im mniejsze szkoły, tym większy odsetek uczniów kaszubskiego.
- Niestety, w kontekście działań zmierzających do zachowania języka kaszubskiego, nie można pozytywnie ocenić tego zjawiska. Języka kaszubskiego nie da się uratować nauczaniem tylko w małych szkołach. Wręcz odwrotnie, to wielkie szkoły wyznaczają trendy, a przez to decydują o wyborze języka, jako środka komunikacji między dziećmi. Spychanie kaszubskiego wyłącznie do małych szkół pogłębia jedynie stereotyp o języku kaszubskim zarezerwowanym wyłącznie dla środowisk wiejskich, co dla języka ma katastrofalne konsekwencje - kontynuuje dr Pryczkowski.
Pryczkowski wspomina też protesty, do których dochodziło po ministerialnej korekcie subwencji spowodowanej likwidacją gimnazjów. 3 grudnia 2017 r., politycy i samorządowcy wraz z działaczami ZKP, zorganizowali spotkanie w podżukowskim Borkowie. Burzliwa dyskusja oscylowała wyłącznie wokół finansów.
- Kwestii efektywności nauki kaszubskiego w miastach i wielkich szkołach, finansowania i merytorycznego wsparcia nauczycieli, a zwłaszcza niezwykle ważnego problemu ich dokształcania, w ogóle nie poruszano na tym spotkaniu, co zresztą jest normą w jakimkolwiek dyskursie z udziałem polityków i samorządowców w tym temacie – podkreśla dr Pryczkowski.
Jak mówi dalej, samorządy otrzymują o wiele większe subwencje tylko dlatego, że wykazują naukę kaszubskiego. Pieniądze te są inwestowane wszędzie, byle nie na kaszubski.
- Na języku kaszubskim, który wielu samorządowców z premedytacją niszczy, jednocześnie zarabiają duże pieniądze. Oczywiście nie biorą ich dla siebie, zostają na kontach gmin. Z tej puli są inwestowane np. na chodniki, drogi, remonty i budowę szkół itd. Według szacunkowych obliczeń przeprowadzonych przez społecznych badaczy, na naukę kaszubskiego, włącznie z uposażeniem nauczycieli, samorządy realnie przeznaczają ok. 8 proc. otrzymanej subwencji – twierdzi Pryczkowski.
Jak kontynuuje, o ile tzw. progi, czyli liczby uczniów 81 i 112 nie budzą większych wątpliwości, o tyle drastyczna zniżka wagi po przekroczeniu liczby uczniów 112, ze 100 proc. dodatkowej subwencji do 20 proc. jest fatalna.
Subwencja na język kaszubski. Jak działa system finansowania?
W praktyce przedstawia się to następująco. Na ucznia przypada rocznie około 3,5 tys. złotych subwencji. Na ucznia pobierającego lekcje z języka kaszubskiego jest to już kwota 7700 zł (do 81 uczniów w szkole) oraz 7000 zł do 112 uczniów. Po przekroczeniu tej liczby subwencja spada do 4200 zł. Wagi te są wyraźnie podporządkowane pod wspieranie małych szkół, co w konsekwencji powoduje drastyczne przyspieszenie zaniku języka.
- W dużych szkołach nauka jest nieopłacalna albo tworzone są getta kaszubskiego obejmujące mniej niż 81 uczniów. Efekt tak „reżyserowanej” nauki jest po prostu szkodliwy. Dzieci się zniechęcają, często po osiągnięciu wieku około 13-15 lat, rezygnują z tych zajęć – uważa dr Pryczkowski.
Powinno być odwrotnie - im więcej uczniów, tym wyższa subwencja
Jego zdaniem jest to też główny powód braku chętnych na naukę kaszubskiego w szkołach średnich. Skoki wagi powinny być zatem zdecydowanie bardziej łagodne.
- Subwencja mogłaby być wyraźnie niższa przy dolnych progach, natomiast wyższa przy liczbie powyżej 112 uczniów. Wówczas gminy byłyby bardziej zainteresowane realizacją nauki w dużych szkołach, co realnie przyczyniłoby się do podniesienia efektów nauczania, a nawet dałoby pewną szansę na zachowanie języka.
ZOBACZ RÓWNIEŻ: Nowa kaszubska piosenka zabrzmiała w Baninie na konkursie „Rodny Voice”
Nauczyciele nieco inaczej konstruują gradację problemów edukacyjnych
Na czołowych miejscach wskazują kwestie finansowe, co właściwie powinno nieco zdumiewać. Przecież i tak na ucznia w małych szkołach przypada dodatkowych 4200 zł! A tymczasem tu i ówdzie słychać, że brakuje pieniędzy na podręczniki, na wanogi (wycieczki szkolne) i pomoce dydaktyczne.
- Jest to właściwie temat tabu. Szczególnie dotkliwie odczuła to przed prawie dwudziestoma laty nauczycielka Maria Krauza, która na jednym ze spotkań nauczycieli miała odwagę upomnieć się o fundusze na pomoce dydaktyczne.
Pozytywnym wyjątkiem jest w tej materii gmina Gniewino, która z dodatkowej subwencji oddaje około tysiąca zł na ucznia do wykorzystania na udoskonalenie zajęć przez nauczycieli. Również gmina Żukowo przeznacza 150 zł na ucznia do dyspozycji dyrektorów.
- To jest dobra praktyka, choć nie wszyscy nauczyciele są informowani o tej możliwości. Wydaje się, że kwota ta powinna być co najmniej dwukrotnie wyższa, by móc w nieskrępowany sposób planować np. wycieczki, spotkania z kaszubskimi działaczami kultury czy pisarzami – komentuje dr Pryczkowski.
Co z dokształcaniem nauczycieli?
W drugim rzędzie edukacyjnych problemów nauczyciele wymieniają spychanie kaszubskiego na koniec planu zajęć oraz brak dobrych propozycji na własne dokształcanie.
- I mają rację, bo proces dokształcania nauczycieli jest znacznie opóźniony w stosunku do potrzeb wynikających z działalności państwa i samorządów. W sytuacji, gdy tym ostatnim przede wszystkim zależy na pozyskiwaniu subwencji, priorytetem staje się sam fakt uczenia w szkołach. Poziom nauki pozostaje rzeczą wtórną. A to właśnie beneficjenci środków, czyli samorządy, powinny bardziej o to zabiegać, niż społecznie działające Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie, zainteresowane i zaangażowane w dokształcaniu nauczycieli - kontynuuje Pryczkowski.
W rezultacie takiego postępowania samorządów lokalnych, efektywność nauki kaszubskiego mierzona jest głównie w rosnących liczbach. Tymczasem liczby same w sobie nie są żadnym miernikiem skuteczności edukacji. Nie mówią też nic o znajomości języka zdobywanej na lekcjach.
- Największą słabością nauczycieli kaszubskiego jest niski stan znajomości pisowni kaszubskiej. O ile znajomość języka wynieśli z domów rodzinnych, to język literacki muszą poznawać na studiach podyplomowych oraz na różnego rodzaju kursach lub poprzez autoedukację. W wielu przypadkach uczniowie poznają jedynie kulturę regionu oraz dzięki wycieczkom ciekawsze miejsca i obiekty Kaszub. To jest zdecydowanie za mało, by osiągnąć oczekiwane efekty edukacyjne i by dzieci mogły na nowo płynnie posługiwać się językiem swoich przodków. Te kwestie wymagają podjęcia bardziej gruntownych badań. Wyniki mogą okazać się porażające. Postępowanie niektórych włodarzy, także sprzyjającym im dyrektorów szkół, są formą neodyskryminacji języka kaszubskiego.
Lekcje kaszubskiego obowiązkowe?
- Biorąc pod uwagę wszystkie aspekty dotychczasowej praktyki edukacyjnej, można wysunąć tezę, że dobrowolność nauczania języka kaszubskiego przynosi znikome rezultaty, czasami wręcz wpływa negatywnie na stosunek uczniów do rodnej mowy. Jedynym racjonalnym rozwiązaniem w przyszłości, o ile chcemy poważnie i z optymizmem patrzeć na zachowanie i rozwój języka kaszubskiego, jest wprowadzenie obowiązkowej nauki tego języka na wzór sprawdzonej praktyki w regionie fryzyjskim (Holandia) czy w Katalonii (Hiszpania) - uważa dr Eugeniusz Pryczkowski.
By nie być całkowitym pesymistą, dodaje, że umiarkowany optymizm wprowadza zakładanie szkół dwujęzycznych: „Najô szkòła” w Wejherowie czy „Deja CSB” w Redzie. Zdecydowanie pozytywną i bardzo potrzebną inicjatywą jest powstanie w 2014 roku Etnofilologii Kaszubskiej na Uniwersytecie Gdańskim.























Napisz komentarz
Komentarze