Reklama Radio Gdańsk Pomorskie na pełnym baku

Tu w ulicznym korku nikt się nie złości. Zazdroszczę tego luzu Sycylijczykom

O „stojących zegarach”, mafii, Iwaszkiewiczu, sałatce pomarańczowo-cebulowej i włoskich korzeniach Krzysztofa Zanussiego – opowiada Ewa Karolina Cichocka, dziennikarka, podróżniczka, autorka książek o Sycylii.
Tu w ulicznym korku nikt się nie złości. Zazdroszczę tego luzu Sycylijczykom

Autor: Archiwum Ewy Karoliny Cichockiej

Opowiedz o swoim pierwszym zetknięciu z Sycylią. Czy już wtedy przeczuwałaś, że to miejsce odegra tak istotną rolę w twoim życiu, również zawodowym?

Pierwszy raz przybyłam na Sycylię ponad ćwierć wieku temu jak... Odyseusz do krainy Króla Eola, tylko że na pokładzie „Zawiszy Czarnego”. Od razu urzekło mnie to miejsce, sięgające do mitycznych opowieści Wielkiej Grecji, w otoczeniu surowej i pierwotnej przyrody. Im częściej przyjeżdżałam, tym bardziej zagłębiałam się w te krainę wielu nacji, pamiątek sztuki i architektury greckiej, bizantyjskiej, arabskiej, normańskiej i barokowej. Poznałam przy tym fantastycznych ludzi, z którymi mogłam dzielić moją pasję. Powstały przyjaźnie, wspólne wyjazdy, projekty, wystawy i publikacje. Zaczęłam ze swoimi materiałami uczestniczyć w konferencjach naukowych i napisałam trzy książki. Nie sądziłam, że da mi to tyle satysfakcji i zajmie tyle lat... 

Co takiego wyjątkowego dostrzegasz w tej wyspie, czego nie ma w innych rejonach Włoch?

Dziś myślę, że być może odnalazłam tam, gdzieś między Europą a Afryką, swoją Arkadię, pełną słońca, niezwykłych krajobrazów i historii. Trochę nierzeczywistą, choć także z pewnym mrokiem. To co mnie pociągało, to dystans do kontynentu, spraw które pozostawiłam i pewne zawieszenie w czasie. Jak pisał o Sycylii Roman Brandstaetter, to „kraina stojących zegarów”. Czas, tam po prostu płynie inaczej. Jest taka ulica w Palermo, która nazywa się Via Calderai czyli kotlarzy. Niemal wszystkie partery domów zajmują warsztaty i sklepy, związane z piecami, kuchenkami, garnkami etc. Czyli od średniowiecza cała ulica zajmuje się nadal tym jednym rzemiosłem. A czy u nas są bednarze na Bednarskiej, szewcy na Szewskiej i kołodzieje na Kołodziejskiej? Nikt nawet nie pamięta, że tam kiedyś byli... 

Wiele było momentów, kiedy dało się tam odczuć nieprzerwaną łączność z przeszłością. Nawet na targu, kupując ryby można przeżyć wyprawę w czasie. Tak było w Palermo na targu Vucciria, gdzie mój mąż Maciej kupował tuńczyka z ulicznego straganu. Rozmawiał ze sprzedawcą, który wreszcie podniósł wielki nóż i pokroił rybę. Za godzinę byliśmy w małym muzeum w Cefalu, gdzie cennym artefaktem jest grecki krater sprzed 2,5 tysiąca lat z namalowaną sceną z naszego targu. Dwóch mężczyzn, ryba i wielki nóż. Tam nic się nie zmieniło! Pamiętam też wizytę w Palazzo Biscari w Katanii, gdzie od ponad dwóch wieków mieszka ta sama rodzina. Ich potomek, baron Ruggero Moncada di Paterno, pokazywał mi pałac, podobnie jak jego przodek, który gościł tu Juliana Ursyna-Niemcewicza. To rodowe gniazdo to nie muzeum, choć przechowuje wiele pamiątek z przeszłości. Zacieki na ścianach, wiadra do których kapie woda, potwierdzają tylko, że ten pałac ciągle żyje. 

Urzekła cię przyroda i historia wyspy, a co możesz powiedzieć o jej mieszkańcach?

Dla nas, ludzi z Północy, nie bardzo zrozumiałe jest lekkie podejście Sycylijczyków do kwestii formalnych. Kiedyś pożyczaliśmy motorówkę na rejs do rezerwatu Zingaro. Jej właściciel, zapytany o dokumenty łodzi, które powinniśmy mieć na pokładzie w razie kontroli karabinierów, beztrosko polecił nam mówić, że jesteśmy przyjaciółmi jakiegoś Raimondo. Śmialiśmy się, że w razie problemów na Sycylii, warto mówić: „Siamo amici, Raimndo”. Sycylijczycy mają inną mentalność. Czasem nie trzymają się zasad, bo jest po prostu łatwiej i normalnie. Na początku drażnił mnie chaotyczny ruch drogowy. Potem stał się odkryciem swobody i otwartości. Światła nie obowiązywały, pasów na jezdni było tyle, ile zdołało się ustawić samochodów. W korku toczyły się luźne rozmowy pomiędzy kierowcami. I nikt nie złościł się na pozostawione na pasach auto ze światłami awaryjnymi, bo każdy rozumiał, że kierowca wyskoczył tylko wypić espresso! Wtedy zrozumiałam, jak my jesteśmy zimni i spięci nawet w takiej kwestii. Zazdroszczę tego luzu Sycylijczykom. 

W twoich opisach Sycylii powracającym motywem jest wspaniała starożytna historia tego regionu. A co z Sycylią współczesną, daleką od świetności, często biedną i poddaną władzy zorganizowanej przestępczości?

Sycylijczycy dojmującą biedę już przeżyli: głód, dzieci pracujące i umierające w kopaniach siarki i krwawe mafijne porachunki. Znamy to z filmów i literatury. Sycylia to nadal biedniejszy region Włoch, borykający się z pewnym zapóźnieniem, bezrobociem i trudnym klimatem. Mafijna kraina to stereotypowy obraz, krzywdzący jednak mieszkańców, którzy starają się walczyć z problemami przestępczości i korupcji. Nam, gościom z zewnątrz bardzo trudno jest dostrzec przejawy tego procederu. Tym bardziej, że turyści nie są w kręgu mafijnych zainteresowań. Czasem ktoś opowiada, że podpalili komuś samochód, ostrzegają, żeby nie wchodzić do lokalu, kiedy siedzi w nim przy stole tylko kilku mężczyzn. A czasem widać, jak spod marynarki pana w ciemnych okularach wystaje kabura rewolweru... Jak powiedział znawca Południa Włoch, Gustaw Herling-Grudziński, mafia to „sprzysiężenie poświadczone krwią – ze wszystkimi tego konsekwencjami”. Aby dotknąć tego zjawiska, trzeba by chyba zamieszkać tam na stałe. 

Jak zachować radość z odkrywania nowych miejsc lub powrotu do tych już znanych w czasach masowej turystyki?

To dobre pytanie. Podróżnicy już wszędzie byli, wszytko opisali i sfotografowali, więc wiem, że nie będę już pionierką. Dla mnie w podróżowaniu ważna jest natura, a literatura pojawiła się jako nowy sposób na osobiste odkrycia. Potem, zaciekawiły mnie artystyczne związki z Polakami, którzy byli tam przede mną. Chciałam popatrzeć na Sycylię oczami Mickiewicza, Krasińskiego, Iwaszkiewicza czy Szymanowskiego. Kiedy szukasz góry Birbante Rokka z „Pana Tadeusza” albo wyrytego na murze napisu Krasińskiego „Polak tu był”, bywa, że przechodzą ci dreszcze po plecach. Mogą się zaszklić oczy, kiedy w Syrakuzach w teatrze greckim sprawdzasz akustykę, cytując ze sceny inwokację z „Pana Tadeusza”, jak czynili to prawie przed wiekiem Iwaszkiewicz z malarzem Józefem Rajnfeldem. Czy też wzruszyć się słuchając „Źródła Aretuzy” Szymanowskiego, stojąc nad tą mityczną wodą. W końcu XVIII wieku Julian Ursyn-Niemcewicz, tak długo wznosił tam toasty za nimfę Aretuzę, że postanowił ją odwiedzić i zanurzył się z biesiadnikami w słodkich wodach jej źródła. 

Mnie to bardzo wciąga i fascynuje, jak również poprzedzające podróż poszukiwania i lektury. Ważną pozycją był dla mnie „Lampart” Giuseppe Tomasiego di Lampedusy. W poszukiwaniach dotarłam do pustego pałacu jego rodziny w Palma di Montechiaro oraz do ocalałej biblioteki księcia w prywatnym pałacu w Palermo, gdzie jest rękopis powieści. Kilka miesięcy temu spędziłam wakacje w barokowych i nadmorskich plenerach kryminalnego serialu o komisarzu Montalbano na podstawie powieści Andrea Camilleriego. Tak więc, nie traktuję tego tylko bardzo poważnie i nie czytam tylko wieszczy. A podczas wyprawy smakuję również trunki, które pobudzały wenę naszych twórców. Często żartuję, że dzięki Sycylii pokochałam dwie rzeczy – muzykę Szymanowskiego i smak… białego wina. (śmiech) 

Jak to się dzieje, że ta sycylijska tematyka, choćby u Iwaszkiewicza, jakoś uchodzi uwadze większości czytelników? 

Kiedy ćwierć wieku temu zaczęłam interesować się sycylijskimi kulturalno-literackimi kontekstami, w dostępnych przewodnikach, które były na ogół anglosaskimi przekładami, wspominano najczęściej włoskie Grand Tour Goethego. Dopiero później dowiedziałam się, że na Sycylię podróżował także nasz Iwaszkiewicz. Jak się okazało, był tam aż trzynastokrotnie. Wdychał aromat kwitnących pomarańczy, podziwiał greckie świątynie i normandzkie katedry. A co ważne, pisał wiersze, sonety sycylijskie i opowiadania. Z tych klimatów powstało także libretto do wspólnej z Szymanowskim opery „Król Roger”, wyrosłej z XII–wiecznej historii wyspy. Wtedy zaczęłam śledzić kolejnych naszych twórców, którzy byli zafascynowani „wyspą słońca”. Okazało się, że to liczna grupa, która podróżowała tam już od XVI wieku, poczynając od Dantyszka do ukochanego przez Włochów „wskrzesiciela piękna” Igora Mitoraja. 

Osobną książkę poświęciłaś sycylijskiej kuchni. Czym różni się ona od tradycyjnej, tak popularnej kuchni włoskiej?

Lubię gotować, ale jeszcze bardziej jeść, więc spotkań z kuchnią podczas wyjazdów było wiele. Chciałam się tym podzielić, stąd powstał pomysł na książkę o kulinarnych gawędach, ilustrowanych zdjęciami i przepisami pt. „Lampart w pomarańczach”. Piszę w niej o dawnej greckiej tradycji, o produkcji drogocennego garum ze sfermentowanych rybich wnętrzności i krwi. Podaję nawet przepis na makaron z tym sosem. Wspominam o mattanzy czyli o krwawych połowach tuńczyka. Także o kuchni ulicy: smażona cielęca śledziona, arancini czyli ryżowe kulki z nadzieniem i placki z ciecierzycy. Opisuję targi, tłocznie oliwy i winnice. Piszę o sycylijskiej historii bakłażana, lodów i frutta di Martorana czyli owoców z marcepana. W tej kuchni pozostały żywe arabskie wpływy np. kuskus z rybą i słodkości. Generalnie skupiam się na rustykalnej kuchni i prostych potrawach biednych mieszkańców. Ale odwołuję się też do opisów uczty u księcia Saliny, bohatera powieści „Lampart”, a potem zapraszam do pałacowej kuchni, którą prowadzi dziś jego krewna, księżna Nicoletta Tomasi di Palma. Buon apettito! 

Jakie sycylijskie danie poleciłabyś szczególnie polskim czytelnikom?

Lubię dania oryginalnie, nieoczywiste i szybkie w przyrządzeniu. I takie przepisy są w mojej książce. Dlatego, polecam na teraz, w szczycie sezonu na świeże pomarańcze, sałatkę z obranych i pokrojonych cząstek owoców, z krążkami czerwonej cebuli, z czarnymi oliwkami, skropione oliwą z odrobiną soli i pieprzu i posypane listkami świeżej mięty. Orzeźwiająca i odmienna. 

Myślałaś kiedyś o tym, żeby zamieszkać na Sycylii?

Byłoby cudowne mieć letni dom np. nad morzem w Sampieri czy na Wyspach Eolskich... Jest to jednak raczej nierealne finansowo (śmiech). Poza tym myślę, że gdybym tam zamieszkała na stałe wiele uroku prysłoby w zderzeniu z codziennością. A to zburzyłoby moją wizję Sycylii, jako krainy wiecznych wakacji. Wolę tam jeździć i być gościem. Lubię stare domostwa z klimatem, ale nie chciałabym martwić się remontami, czekaniem na formalności i użerać się z urzędnikami. 

Wolę za to spędzać czas w nowym, ciekawym miejscu. Mieszkałam w miejskich kamienicach, w domu z mykwą w podziemiu w żydowskiej dzielnicy, w dawnym klasztorze, w barokowym pałacu, w XVII-wiecznej wieży na brzegu morza czy w domku pasterskim i rybackim. Ostatnio zaś, na terenie Parku Archeologicznego w Syrakuzach, gdzie miałam klucz do bramy, żebym mogła wracać po zamknięciu muzeum. Staram się mieć zawsze kuchnię i targ w pobliżu. Tak się składa, że często mam także blisko... zakład pogrzebowy. Być może jest ich tak dużo, na razie nie znajduję wytłumaczenia, co mogłoby to oznaczać... (śmiech).

Pracujesz teraz nad nową książką – „Zanussi po włosku. Na planie i za kulisami”. 

Z Krzysztofem Zanussim spotkałam się pierwszy raz, pisząc książkę „Sycylia. Między niebem a morzem”, z racji realizowanej przez niego w Palermo opery Szymanowskiego „Król Roger”. Z tego tematu wysnuły się dalsze, włoskie opowieści. Z ciekawością słuchałam jego wspomnień, a ponieważ ma fenomenalną pamięć i poczucie humoru, z rozmów zebrałam interesujący, pełen reminiscencji materiał. I tak powstał tekst do książki, poświęconej życiu i pracy artystycznej Krzysztofa Zanussiego we Włoszech od lat 60. XX w. do dziś. Piszę w niej o włoskich korzeniach reżysera, jego spotkaniach z politykami, papieżami, artystami, a także o jego pracy przy realizacji przedstawień teatralnych, operowych oraz filmów. W Italii wszak zdobył swoje największe laury filmowe – Złotego Lwa w Wenecji. 

Opowieść pełna jest barwnych anegdot ze spotkań zawodowych i towarzyskich. Przybliża również mniej znane fakty z jego życia m.in. jak został gwiazdą włoskiej telewizji i nie został polskim ambasadorem we Włoszech. Jak tworzył film z Sofią Loren, który nie powstał. I jak „rozpędził” chór opery w Palermo, narażając się miejscowej mafii. Książka jest też swoistym przewodnikiem po fascynujących reżysera miejscach we Włoszech, gdzie m.in. jeździł na nartach czy zachwycał się faszystowską architekturą. Książka będzie ilustrowana zdjęciami z prywatnych albumów Mistrza, których posiada chyba… miliard (śmiech). Kiedy wreszcie wybrałam te, które mnie zainteresowały, powiedziałam do pana Krzysztofa, że chyba nie zgodzi się na publikację wszystkich, a szczególnie na te w… majtkach na plaży. Reżyser odpowiedział, że zgodzi się, ale tylko na te, na których nie ma dużego brzucha. Książka powstaje dzięki Gdańskiemu Stypendium Kulturalnemu Fundusz Twórczy 2025 oraz stypendium Marszałka Województwa Pomorskiego dla twórców kultury 2026. Ma ukazać się w tym roku... bez brzucha.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama