Siedzimy przy stole. Za oknem widać fasady kamieniczek z przeciwległej strony ul. Garbary na Głównym Mieście. To widok doskonale znany uczestnikom wykładów performatywnych, które prof. Jacek Dominiczak prowadził w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim przez trzy serie. Łącznie było dwanaście spotkań. I każde zaczynało się od zdjęcia przedstawiającego ten pokój, wyświetlonego na ogromnym ekranie. Prelegent zapraszał słuchaczy do swojego stołu.
Po pierwszym wykładzie Filip Springer, reportażysta i pisarz specjalizujący się w tematyce architektury, przestrzeni miejskiej oraz krajobrazu napisał w mediach społecznościowych:
„Muszę, bo pęknę. Wczoraj w Teatrze Szekspirowskim w Gdańsku wydarzyło się coś bardzo ważnego. Chciałoby się napisać, że mimo iż mamy dopiero koniec stycznia [2025 – red.] było to w polskiej architekturze wydarzenie roku, albo dekady”.
„Ważnego” – mimo tego, a może m.in. właśnie dlatego, że miało to niewiele wspólnego z tym, co zwykliśmy kojarzyć z akademickim wykładem o architekturze. Oczywiście były liczne fotografie budynków, wnętrz miejskich, zdjęcia i plany siatek ulic. Ale te ż nie brakło odniesień do innych dziedzin sztuki, w tym tańca. „Pisanie o muzyce ma tyle sensu, co tańczenie o architekturze” – powiedział kiedyś Frank Zappa. Nie miał racji, przynajmniej w tym drugim względzie. Współpraca Jacka Dominiczaka z tancerką i choreografką Katarzyną Chmielewską pokazała, że o architekturze da się tańczyć.

Prowadzone spokojnym ściszonym głosem, bywało że ponad dwugodzinne wykłady-spektakle, ilustrowane też były fragmentami koncertów muzyki klasycznej i wyrafinowanego jazzu. A wszystkiemu patronował duch „reżysera przestrzeni”, Tadeusza Kantora, jednego z mistrzów wykładowcy.
– I wydarzyło się coś niezwykłego: ludzie poczuli, że nie szukają jedynie rozrywki. Że w atmosferze wysokiej kultury mogą coś naprawdę zrozumieć – ocenia prelegent.
Potwierdzeniem tego była frekwencja. Sala GTS niemal zawsze wypełniona była do ostatniego miejsca.
Drogi, które wracają do Gdańska
Dominiczak, rocznik 1954, jest rodowitym Gdańszczaninem. Z Głównego Miasta. Ukończył I Liceum Ogólnokształcące, a potem Politechnikę Gdańską, gdzie w 1989 roku uzyskał doktorat. Jego spojrzenie na urbanistykę jest jednak dużo szersze. Wiele lat pracował w podróży. Był wizytującym profesorem uniwersytetów Carnegie Mellon (1991 i 1993-97) i Michigan (1992) w USA, ITESM w Meksyku (1998) i UBI w Portugalii (2006-10). W latach 2008-09 prowadził prace dla miasta Fremantle w Australii.
Ale wszystkie te splątane drogi ostatecznie wiodły go z powrotem do Gdańska. W tutejszej Akademii Sztuk Pięknych od 2010 kieruje założoną przez siebie Pracownią Projektowania Wnętrz Miejskich, gdzie zajmuje się teorią architektury dialogicznej oraz jej praktykowaniem w projektowaniu, nauczaniu i badaniu. Także, a może przede wszystkim architektury Gdańska, który – jego zdaniem – jest miastem wyjątkowym w skali europejskiej. I to nie ze względu na urodę Długiej czy widok nabrzeża z Żurawiem. Ze względu na pomysł, jaki legł u podstaw jego odbudowy.
Na czym polega jego wyjątkowość?
– Gdańsk miał odwagę połączenia idei odbudowy z ideą budowy nowego modernistycznego osiedla mieszkaniowego – tłumaczy Dominiczak. – Za fasadami, które tworzą ściany wnętrz ulicznych i zachowują tożsamość miasta, jest bardzo nowoczesne osiedle. Z wielkimi podwórkami, piaskownicami, przedszkolami, szkołami, kinami. To było miasto piętnastominutowe, które po wojnie naprawdę działało. Ja się tu wychowałem i pamiętam tę wspólnotę, gdzie w jednej klatce mieszkali i lekarze, i robotnicy ze stoczni.
Ta hybrydowa koncepcja: historyczna fasada ulic i placów przestrzeni publicznej i nowoczesne wnętrze miejskich kwartałów – to nie był kompromis. To była odważna teoria. Tyle że dziś, zamiast ją kontynuować, Gdańsk ją dekonstruuje.
– Zamiast kontynuować odbudowę po drugiej stronie Wałów Jagiellońskich, zbudowano gigantyczne centrum handlowe bez jednego mieszkania – mówi. – Miasto, które w czasach krytycznej refleksji nad modernizmem bywało pokazywane na świecie jako fenomen, samo porzuca to, co osiągnęło.
Piękno jako weekendowy bonus
Cykl wykładów w GTS nosił tytuł „Spragnieni miasta”. I od tej właśnie kwestii: co to znaczy być spragnionym miasta – rozpoczynamy naszą rozmowę.
– Wyobraź sobie, że jesteś w mieście i nagle zaczynasz czuć, że jest fajnie, a jednocześnie chciałbyś, żeby było jeszcze bardziej – tłumaczy ideę prof. Dominiczak, pociągając łyk zielonej herbaty. – Jesteś na ulicy Mariackiej i myślisz sobie: ale tu jest fantastycznie. Ale dlaczego, gdy wychodzisz z Mariackiej, to już tak nie jest? Jest w tym pragnienie, które definiuje się przez nieskończoność. To jedna z fenomenalnych idei Emmanuela Levinasa, który pisał, że mechanizmem naszego życia jest tęsknota połączona z niespełnieniem. Jeśli za czymś naprawdę tęsknisz – za ukochaną osobą, ukochanym miejscem – nie możesz tej tęsknoty zrealizować. Bo jeśli tylko spróbujesz, zatęsknisz jeszcze bardziej.
Gospodarz przytacza anegdotę o rozmowie z taksówkarzem, który zdziwił się, gdy przyjechał po niego na Główne Miasto.
– Pan tu mieszka? A dlaczego?
– Bo tu jest pięknie.
– Pięknie jest, ale żeby tu mieszkać?
Zdaniem mojego rozmówcy to pokazuje, że traktujemy piękno jako weekendowy bonus. Natomiast zwykłe życie ma być co najwyżej łatwe: szybkie połączenie autobusem, szybka winda, bliskie zakupy. A jeśli chcemy się gdzieś dobrze poczuć, jedziemy tam na weekend.
– Mam wielkie pretensje do mojego środowiska zawodowego, że ludziom to wymówiono – że miasto musi być jedynie funkcjonalne, a cała reszta jest niepotrzebna. Stąd ta idea przedmieść, suburbiów, domków jednorodzinnych za obwodnicą. Ludzie nie chcą mieszkać w mieście, uwiodła ich idea miasta-ogrodu rodem z amerykańskiego modernizmu: niby mieszkasz w mieście, ale właściwie jak na wsi: masz swój ogródek, możesz posadzić marchewkę. To pragnienie wynika z faktu, że miasto nie daje nam satysfakcji życia. Miasto jest maszyną, w której załatwia się sprawy, a generalnie życie jest poza miastem. To błąd – bo jak popatrzysz na europejskich mieszczan, ich marzeniem nie było wyprowadzenie się z miasta. Raczej chcieli, żeby ulica była jeszcze piękniejsza, kamienica jeszcze staranniejsza.
Co poszło nie tak?
Na pierwszych wykładach w Teatrze Szekspirowskim Jacek Dominiczak postawił cztery tezy. Pierwsza: nasze indywidualne, wyjątkowe życia potrzebują równie wyjątkowych miejsc – dosyć już międzynarodowego stylu, każde miasto powinno mieć swój niepowtarzalny charakter. Druga: architektura potrzebuje etyki – każdy nowy budynek niesie odpowiedzialność wobec miejsca, w którym powstaje, i nie ma prawa go zepsuć. Trzecia dotyczy sustensywności – budynki powinny umożliwić swoim mieszkańcom przetrwanie w nieprzewidywalnej przyszłości, powinny łączyć funkcje mieszkalne z użytkowymi tak, by w kryzysie móc prowadzić niezależną działalność gospodarczą. Czwarta, i dla niego najważniejsza: im bardziej jesteśmy bogaci, tym bardziej chcemy żyć w mieście z fajną atmosferą. Ale autentyczna atmosfera nie przetrwa, gdy codzienność miasta podporządkowana zostaje rozrywce dla turystów.
Na jednym z wykładów w teatrze pojawili się goście z Warszawy, organizatorzy Kongresu Architektury Polskiej, z zaproszeniem, by coś podobnego przedstawił podczas obrad.

Kongres zebrał się w maju, po długich latach przerwy, przy okazji konkretnej potrzeby: Polska jest jednym z dwóch ostatnich krajów w Europie, które nie mają dokumentu zwanego polityką architektoniczną.
Dominiczak ze sceny zapytał kolegów po fachu: „co poszło nie tak?”.
– Następnego dnia na seminarium jeden z ważnych ludzi dla polskiej architektury powiedział, że to było najważniejsze pytanie kongresu, i że nie mamy odwagi sobie go zadawać – opowiada.
Inna teza, jaką postawił na kongresie brzmi: architektura powinna być traktowana jako narzędzie budowy społeczeństwa dobrobytu, a nie jego efekt. Czyli nie: najpierw będziemy bogaci, to potem zbudujemy dobre miasto. Odwrotnie. Ludzie żyjący skromnie od początku powinni mieszkać w dobrze zaprojektowanych miejscach. To wskaże aspiracje, wprowadzi w lepsze czasy. A nie, że skoro są biedni, to będą mieszkali w miejscach jedynie łatwych do zbudowania.
Trudno być prorokiem we własnym mieście
Swoje kongresowe pytanie: „Co poszło nie tak?” prof. Dominiczak bardzo chętnie zadałby również w Gdańsku. On sam od lat stara się przekonać tutejszych decydentów, że nie musimy budować tu drugiej Kopenhagi ani drugiego HafenCity. O wiele cenniejsze będzie kontynuować to, co w unikalny sposób zaczęto po wojnie.
– Jestem jednym z niewielu ludzi w Polsce, co mi powiedziano na Kongresie, który w ogóle zajmuje się teorią architektury i urbanistyki i próbuje pustkę wywołaną jej brakiem na nowo wypełnić – mówi. – I jestem zdumiony. Kiedyś, po intensywnych dyskusjach nad planem miejscowym dla terenów postoczniowych, gdy wszedłem na salę, pewien poważny gdański polityk powiedział: „O, wszedł nasz rebeliant”. Taka jest reakcja na moją pracę.
Pytam o obecność na wykładach w Teatrze Szekspirowskim osób odpowiedzialnych za rozwój Gdańska i politykę przestrzenną. Odpowiada, że widział na widowni twarze młodych ludzi z Biura Rozwoju Gdańska czy z Biura Architekta Miasta. Nie byli to jednak decydenci. Ci najważniejsi nie przyszli.
– Zastanawia kompletny brak zainteresowania ze strony tych, którzy miasto projektują i o nim decydują – mówi. – Jak czasami próbuję podjąć ten temat, słyszę: „Ale o czym pan mówi? My robimy konsultacje społeczne, w których pan zawsze może uczestniczyć”. Konsultacje społeczne. To znaczy, że jak się chcesz wygadać przed profesjonalistami, to jest miejsce, gdzie możesz to zrobić.
Mówi o tym bez gniewu, raczej ze znużeniem, po czym nieoczekiwanie przerywa wywód.
– Wiesz co, ja powiedziałem sobie dzisiaj rano, że jestem już za stary, żeby krytykować to, co już zdecydowano. Krytykowałem wtedy, kiedy miałem poczucie, że jestem w stanie podjąć wysiłek, żeby naprawić to, co jest nie tak. Teraz nie mam już na to czasu. Swoje kopanie z koniem zrobiłem. Koń jaki był, taki jest. Ale nie chcę się rozstawać z miastem w poczuciu niespełnienia. Teraz wolę pokazywać, co jest w Gdańsku dobre i co ma największy potencjał.
To nie jest rezygnacja. To jest wybór.
Gdzie jest najlepszy budynek w Gdańsku?
Najlepsza współczesna fasada budynku w Gdańsku, czego mogli się dowiedzieć słuchacze wykładów w GTS, jak i uczestnicy Kongresu Architektury Polskiej, stoi we wschodniej pierzei Wyspy Spichrzów.
Została zaprojektowana przez warszawską pracownię Mąka Sojka. To nowy spichlerz wkomponowany w zachowane ruiny historycznej zabudowy, utrzymany w różnych tonacjach brązów.
Jacek Dominiczak wyjaśnia, na czym polega wyjątkowość tego projektu. Wraca do „białych spichlerzy” na północnym cyplu, autorstwa gdańskiej pracowni Kwadrat. Zastosowanie tam metalowych okiennic-żaluzji zamykających loggie, to była pierwsza zmiana w myśleniu o Wyspie Spichrzów. Dzięki temu rozwiązaniu budynki zachowały masywność charakterystyczną dla spichlerzy, nie stając się zwykłymi kamienicami. Mąka Sojka poszli dalej: zaadaptowali ruiny, uzupełnili starą fasadę, a nowe elementy – zamiast odróżniać się przez kontrast, co jest wciąż architektonicznym standardem – zostały zaopatrzone w ten sam ikoniczny detal, co białe spichlerze Kwadratu.
– Zadzwoniłem do Jacka Droszcza z Kwadratu zapytać, czy to ich projekt, bo tak mi wyglądał – opowiada Dominiczak. – Powiedział, że nie, ale że Mąka Sojka skontaktowali się z nimi i pytali, czy mogą użyć tego samego detalu. I uzyskali zgodę. To jest modelowa sytuacja dialogiczna: nowy budynek kontynuuje wszystko z miejsca – rzeczy stare i rzeczy najlepsze, które zaproponowała nowa architektura.
Jest jeszcze jeden szczegół, który go zachwyca: stara ruina miała odchyloną ścianę. I budynek tę deformację zachował.
Niepostrzeżenie nasza rozmowa przenosi się do pracowni w przeciwległej części mieszkania. Siedzimy przy stole roboczym, a za oknem mamy nowy widok: podwórko i tył Domu Uphagena.
Jacek Dominiczak przypomina sobie, że w archiwach prasowych natrafił na informację, że pierwotny projekt konkursowy na zabudowę tamtego wschodniego fragmentu Wyspy Spichrzów, o którym mówi, nie został zaakceptowany przez konserwatora. Dopiero po uwzględnieniu jego uwag osiągnięto tę formę.
– To absolutnie potwierdza prawdę, którą powtarzam od lat: Bogu dzięki mamy jeszcze konserwację zabytków. Teoria architektoniczna dzisiaj już nie działa – każdy ma rację, architekt uważany jest za menedżera informacji od mieszkańców i deweloperów. Ale urząd konserwatora zachował swój autorytet, bo stoi za nim silna teoria, która jest dla ludzi przekonująca.
Przez najbliższy rok wykładów Jacka Dominiczaka w Teatrze Szekspirowskim nie będzie. Na jego prośbę. Chce przeznaczyć ten czas na napisanie książki. Pewnie przeczytamy w niej o tym, jak budynek na Wyspie Spichrzów pokazał, że architektura w Gdańsku weszła na zupełnie nowy poziom. I o tym, że wschodnia pierzeja wyspy, która przez lata była raną po wojnie, stała się miejscem, gdzie toczy się prawdziwa miejska rozmowa między starym i nowym. Ale czy na pewno uda mu się ograniczyć do pochwał tego co zrobiono dobrze, bez wskazywania tego, co mogłoby pójść jeszcze lepiej?


Napisz komentarz
Komentarze