Dyskusja radnych przed głosowaniami o udzielenie wotum zaufania i absolutorium dla burmistrza Malborka Marka Charzewskiego była krótka, ale bardzo rzeczowa. Kilkoro radnych wręcz wypunktowało zachowania i decyzje włodarza, które wpłynęły na ich negatywną ocenę jego pracy.
Radna Małgorzata Sobczak mówiła m.in. o stwarzanych przez burmistrza problemach przy chęci kontroli jego działań chociażby w sprawie dbania o porządek i czystość w mieście czy braku otwartości na rozmowy.
- Czego pan się boi? Czemu zakazał nam pan kontroli? Mam żal, że pan z nami i z mieszkańcami w ogóle nie chce rozmawiać, brakuje nam tej komunikacji – mówiła radna Sobczak.
Radny Tomasz Klonowski przyznał podczas dyskusji, że nawet jakby mocno się postarał, to zgodnie ze swoim sumieniem, nie jest gotowy zaufać włodarzowi.
- Nie prowadzi pan z nami dialogu, nie odpowiada nam pan merytorycznie na interpelacje. Składa pan wiele obietnic, ale czy pod pana rządami Malbork jest czystszy, bezpieczniejszy, jest tu więcej imprez, rośnie wsparcie dla stowarzyszeń czy jest mniej pijanych osób przy fontannie? Ja uważam, że nie, a podobnych pana obietnic mogę wymienić jeszcze więcej – mówił radny Klonowski.
Przewodniczącym Rady Miejskiej w Malborku Jacek Markowski wytknął burmistrzowi źle prowadzone – jego zdaniem - inwestycje, brak zmian w spółkach miejskich, zwrot ok. 1 mln zł dotacji na obronność, brak zmian w oświacie, brak działań z lokalnym biznesem, brak obecności na komisjach i ogólnie ucieczkę przed problemami miasta.
- Moja cierpliwość się skończyła. Również ja, jako przewodniczący rady, też nie mam z panem kontaktu. Mam wrażenie, że w Malborku burmistrzem jest inna osoba. Pan jedynie zabiera pracę naczelnikowi USC i udziela wszystkich ślubów. Jeśli to pana hobby, to w porządku, ale proszę też nie zaniedbywać swojej pracy w urzędzie. Dziś sytuacja w Malborku jest gorsza niż rok temu czy dwa lata temu. Pan jedynie chodzi po eventach, spędza całe dwa dni na triathlonie, ale odbywa się to kosztem pracy w urzędzie – mówił przewodniczący rady.
Burmistrz Malborka do zarzutów radnych odniósł się krótko.
- Przekażemy po sesji panu przewodniczącemu, gdzie mam gabinet i jak można do mnie wejść, gdy chce się ze mną porozmawiać. Zapraszam na pyszną kawę robioną przez koleżankę. Tak, ja udzielam ślubów, ale robię to głównie w soboty. Nadal będę na eventach, na triathlonie, na który z własnych pieniędzy funduję nagrodę, będę też z mieszańcami na innych wydarzeniach, bo moja rola to także reprezentowanie miasta. A jako burmistrz dzielę się swoją pracą w urzędzie z dwoma wiceburmistrzami – powiedział burmistrz Marek Charzewski.
Włodarz nie przekonał większości rady. Za udzieleniem wotum zaufania zagłosowało jedynie pięcioro radnych, a przeciw było 15, co Charzewski skomentował nieco ironicznie.
- Chciałem podziękować radnym, którzy głosowali za. A pozostałej części pogratulować konsekwencji, bo to trzeci rok z rzędu podejmują podobną decyzję – powiedział.
A to ma swoje konsekwencje. Teraz od radnych, a później ewentualnie od mieszkańców może zależeć dalszy los burmistrza. Rada Miejska może, ale nie musi, podjąć uchwałę o referendum w sprawie odwołania włodarza. Ale takiej deklaracji nikt jeszcze nie składa.
Prawo daje radzie zielone światło, ale to radni muszą sami podjąć decyzję, czy fakt nieudzielenia wotum i absolutorium jest wystarczającą „karą” i problemem wizerunkowym włodarza czy jednak chcą zrobić kolejny krok i zapytać o zdanie również mieszkańców. Aby referendum w sprawie odwołania burmistrza było ważne, musi wziąć w nim udział co najmniej 3/5 liczby wyborców, którzy uczestniczyli w wyborze tego burmistrza.
Jeśli frekwencja będzie zbyt niska, referendum będzie nieważne, a burmistrz zostanie na stanowisku, zyskując potężny argument, że „mieszkańcy nie poparli nagonki radnych". I jest to spore ryzyko dla radnych. Bo jeśli referendum dojdzie do skutku (frekwencja zostanie przekroczona), ale większość mieszkańców zagłosuje przeciwko odwołaniu burmistrza, to Rada Miejska ulegnie rozwiązaniu!
Radni, decydując się na referendum z własnej inicjatywy, kładą więc na szalę swoje własne mandaty. Jeśli źle skalkulują nastroje społeczne i mieszkańcy wezmą w obronę włodarza, to radni stracą pracę, a burmistrz wyjdzie obronną ręką.
Dodajmy tylko, że nad absolutorium dyskusji już nie było. Za udzieleniem było pięcioro radnych, ale dziewięć osób było przeciw, a cztery się wstrzymały, co oznacza, że włodarz absolutorium nie otrzymał. Tu krótka wymiana zdań między radnymi pojawiła się już po głosowaniu. Padło bowiem zdziwienie, że skoro budżet został wykonany prawidłowo, co potwierdziła też Regionalna Izba Obrachunkowa, to jak można było głosować przeciw absolutorium.
Zdaniem „obrońców" burmistrza wynik tego głosowania pokazał polityczny charakter głosowania, a nie merytoryczny... W odpowiedzi padły argumenty, że co prawda RIO potwierdziło, że w tabelkach budżetu wszystko się zgadza, ale głosy przeciw oznaczały wcześniejszy brak dyskusji o kluczowych projektach, o kierunkach rozwoju, a jeszcze bardziej jego brak i tego, na co ostatecznie środki są przeznaczane.


Napisz komentarz
Komentarze