Reklama

Pożegnanie. Włodek Szymański zostawił nam niezwykle poruszającą lekcję życia

Najbliżsi, krewni, przyjaciele, koledzy i koleżanki ze środowiska dziennikarskiego Pomorza pożegnali w piątek, 26 czerwca na Cmentarzu Garnizonowym w Gdańsku Włodzimierza Szymańskiego, sportowca, dziennikarza, autora książek.
Pożegnanie. Włodek Szymański zostawił nam niezwykle poruszającą lekcję życia

Autor: Robert Rozmus | Zawsze Pomorze

Włodzimierz Szymański odszedł nad ranem w czwartek, 18 czerwca w Gdańsku. Miał 72 lata. Przez ostatnich kilkanaście lat zmagał się z okrutną chorobą - stwardnieniem zanikowym bocznym (SLA), która doprowadziła go ostatecznie do paraliżu mięśni, również tych odpowiedzialnych za połykanie, mówienie, oddychanie. Stawał się coraz słabszy. Ale pisać nie przestał, nawet wtedy, gdy był już sparaliżowany i podłączony do respiratora.

- Nie poddawał się, odchodził godnie, wciąż ciekawy życia i dziennikarskiej pasji. Obsługując laptop jednym sprawnym palcem napisał książkę. Gdy i palec przestał funkcjonować, próbował „pisać” oczami, korzystając ze specjalnej aparatury. Niestety, i ich mięśnie z czasem zawiodły – wspominał Janusz Wikowski, były redaktor naczelny „Dziennika Bałtyckiego”, kiedyś szef Włodka, ale co ważniejsze – jego wieloletni przyjaciel. – Był chłonny wiedzy. I przyjemnością wysłuchiwał informacji o tym, co porabiają jego znajomi ze środowiska dziennikarskiego.

Wiele wzruszeń sobie i zgromadzonym dostarczył brat Włodka, Krzysztof Szymański, odczytując list, który ktoś bezimiennie pozostawił w parafii z prośbą o odczytanie go na cmentarzu.

- Nie jest podpisany, ale uznaliśmy z Irenką, że należy go odczytać – powiedział pan Krzysztof i zaczął czytać: „Żegnamy męża, przyjaciela, autora, ale przede wszystkim człowieka o wielkiej wytrwałości, który do końca pozostał wierny życiu. Myśląc o śp. Włodku trudno nie myśleć o człowieku, który biegł swój życiowy dystans z niezwykłą determinacją. Sport był jego pasją, ale także językiem, który opowiadał o człowieku. Pisał o wysiłku, historii, zwycięstwach i porażkach. Wiedział, że sport nie jest tylko wynikiem na tablicy, ale opowieścią o charakterze, o walce, o przekraczaniu siebie. A potem przyszła choroba, która stopniowo odbierała siły. Najpierw sprawność, potem możliwość poruszania się, wreszcie każdy odruch ciała. Ale nie odebrała ducha, nie odebrała pragnienia tworzenia, nie odebrała godności. To chyba jedna z najbardziej poruszających lekcji, jakie pozostawił po sobie śp. Włodzimierz…” – czytał coraz bardziej łamiącym się głosem brat Włodka. A zadanie miał niełatwe, bo list był bardzo długi.

Moc ciepłych słów od przemawiających popłynęło do Ireny Łaszyn, żony Włodka, która porzuciła pracę zawodową (dziennikarską), by jak najlepiej opiekować się mężem. Włodek ponad 10 ostatnich lat spędził w łóżku. Irena zawsze była przy nim. Ciepła, serdeczna, niezłomna, kochająca, wierna, oddana do ostatniej chwili…

Wszyscy przemawiający, również ksiądz podczas mszy, powoływali się na wypowiedź Włodka, która padła podczas jego rozmowy z Gabrielą Pewińską-Jaśniewicz:

- Całkiem prywatnie liczę na to, że Pan Bóg lubi chodziarzy i – kto wie – może kibicuje mojej pracy? A ja nie mogę go zawieść… 

Czy to może być przypadek?

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama Pomorskie na pełnym baku! Ruszaj w drogę z Radiem Gdańsk
Reklama
Reklama
Reklama