Samotność w tłumie. Czy aplikacja nauczy nas na nowo rozmawiać?

Dzień Jarmarku św. Dominika dogasa w gęstym, letnim cieple, gdy tłumy turystów powoli kierują się od straganów ku pubom i restauracjom. Wśród chaosu, w tłumie mieszkańców i przyjezdnych, przed Bazyliką Mariacką w Gdańsku pojawiają się grupy z pomarańczowymi opaskami. Dlaczego? PicMe przenosi poznawanie ludzi z ekranu telefonu na ulice. Sprawdziłam, jak działa i co zostaje ze znajomości zawartych twarzą w twarz, gdy aplikacja gaśnie.
PicMe, spotkanie w Gdańsku 2026
Aplikacja PicMe przenosi poznawanie ludzi z ekranu smartfona na ulice

Autor: Oliwia Szczełuszczenko | Zawsze Pomorze

Czym jest aplikacja PicMe?

Obcy sobie ludzie z telefonami w dłoniach podchodzą do siebie nawzajem, często łącząc się w wieloosobowe formacje. Niektórzy wstydliwie, inni z energią i dużym uśmiechem. Kilka osób krąży samotnie z telefonem przed twarzą, zastanawiając się, czy poznają tutaj kogoś, kto będzie chciał z nimi porozmawiać. 

Można też spotkać ludzi z plakietkami i w jadowicie pomarańczowych bluzach, gawędzących z obecnymi. Jeden z nich daje mi opaskę i w ten sposób mieszam się z otoczeniem. Tak przedstawia się moje wejście na wydarzenie organizowane przez twórców aplikacji PicMe. Ma ona za zadanie sprawić, aby ludzie poznawali się twarzą w twarz, a nie tylko na ekranach telefonów. Czy rzeczywiście w postcovidowej rzeczywistości taka aplikacja może działać?

PicMe, spotkanie w Gdańsku 2026
(fot. Oliwia Szczełuszczenko | Zawsze Pomorze)

Zamiast przeglądania profili na kanapie, użytkownicy PicMe spotykają się na żywo w wyznaczonych strefach, najczęściej przy kawiarniach, pubach i restauracjach współpracujących z aplikacją.

W obrębie stref działają dwa równoległe tryby. 

Tryb „Spontaniczne rozmowy”

Pierwszy to punkt „Spontaniczne rozmowy”, czyli miejsce, gdzie gromadzą się osoby otwarte na zaczepienie przez kogokolwiek, bez wcześniejszego dopasowania w aplikacji.

Tryb „Matching”

Drugi tryb to klasyczny matching znany z innych aplikacji służących poznawaniu nowych osób. Użytkownik przegląda profile ludzi obecnych w strefie, zaznacza zainteresowanie, a gdy druga strona odwzajemni wybór, mogą wybrać jedno z proponowanych miejsc i dogodny czas, aby się zobaczyć na żywo.

Jak wygląda spotkanie? Kody QR i pięciominutowy licznik rozmowy

Po dotarciu na miejsce uczestnicy skanują wzajemnie kody QR, co uruchamia pięciominutowy licznik rozmowy oraz wyświetla spersonalizowane podpowiedzi tematów do konwersacji. Limit czasowy działa jako naturalny, bezstresowy pretekst do zakończenia spotkania, jeśli między osobami nie ma chemii. 

Jeśli rozmowa się klei, aplikacja w żaden sposób jej nie przerywa, a czas spotkania może zostać wydłużony. Opcjonalnie można je zwieńczyć wspólnym zdjęciem, które ma pełnić funkcję „wizytówki”, czyli pamiątki po tym, że dwie osoby faktycznie się poznały twarzą w twarz, a nie tylko wymieniły wiadomości.

PicMe, spotkanie w Gdańsku 2026
(fot. Oliwia Szczełuszczenko | Zawsze Poorze)

Ambasadorzy „na pomarańczowo” czuwają nad bezpieczeństwem uczestników spotkania 

Za bezpieczeństwo na miejscu odpowiadają ambasadorzy, którzy są rozpoznawalni po identyfikatorach i pomarańczowych elementach garderoby. Są przeszkoleni do reagowania zarówno na problemy techniczne, jak i kwestie samopoczucia uczestników. W aplikacji istnieje też możliwość zgłoszenia i zablokowania innego użytkownika.

Ambasadorzy współpracują z PicMe na zasadach wolontariatu. Nikt nie płaci za ich czas i wysiłek.

Dla kogo jest aplikacja PicMe?

Twórca aplikacji w rozmowie ze mną jasno określił, dla kogo ta aplikacja nie jest: dla osób oczekujących, że rezultat, czyli poznanie kogoś, znalezienie relacji, po prostu „spadnie z nieba”, bez własnej aktywności

Warunkiem korzystania z PicMe jest własna inicjatywa. Trzeba:

  • wejść w interakcję,
  • zagadać,
  • spróbować,
  • a nie biernie czekać na dopasowanie.
PicMe, spotkanie w Gdańsku 2026
(fot. Oliwia Szczełuszczenko | Zawsze Pomorze)

Test aplikacji: dziesięć minut rozmowy z obcą osobą wystarcza

Krążę chwilę po strefie, obserwując. Rozmawiam z twórcą aplikacji, potem kilkoma ambasadorami w pomarańczowych bluzach – są otwarci, gadatliwi, tłumaczą mechanikę, jakby robili to po raz setny tego wieczoru. W końcu w aplikacji pojawia się dopasowanie. Dziesięć minut rozmowy z obcą osobą wystarcza, żeby stwierdzić, iż chętnie poznałabym więcej ludzi niż tylko jednego rozmówcę. Umawiamy się na spotkanie później, podczas wspólnego wyjścia do pubu, które organizatorzy szykują na zakończenie wieczoru.

Zanim jednak do tego dochodzi, sama podchodzę do jednej z grupek zgromadzonych przy punkcie „Spontaniczne rozmowy”. Bez pośrednictwa aplikacji, bo w tym miejscu każdy może zagadać do każdego. Trafiam na osoby wyjątkowo otwarte, z którymi rozmowa toczy się bez wysiłku. Mamy sporo wspólnych tematów, nikt nie musi ratować się podpowiedziami z telefonu.

PicMe: Wirtualne wsparcie, realne koszty

Warto zadać pytanie o koszty, gdy w grę wchodzą nasze własne dane. Aplikacja jest darmowa, bez reklam i wersji premium. Mimo to, firma, która ją tworzy, od dwóch lat funkcjonuje w Inkubatorze Gdańskiego Parku Naukowo-Technologicznego, dwukrotnie znalazła się w finale konkursu Infoshare na najlepsze pomorskie startupy, a nad jej wydarzeniami patronat honorowy objęło miasto Gdańsk. Do tego dochodzą wygrane w konkursach dla startupów, choć w kilku innych PicMe ubiegało się o granty bezskutecznie.

To wszystko układa się w obraz firmy, która ma realne zaplecze instytucjonalne, ale żaden z tych elementów nie odpowiada na pytanie, skąd biorą się pieniądze na bieżące utrzymanie i ekspansję do kolejnych miast – Katowic, Łodzi, a w dalszej kolejności: Szczecina, Bydgoszczy czy Białegostoku. Ambasadorzy pracują na zasadzie wolontariatu, więc to nie obciąża budżetu, ale sama infrastruktura wydarzenia – mapowanie stref, rozwój aplikacji, obsługa techniczna – to wszystko kosztuje.

Nie znalazłam odpowiedzi ani w rozmowie z założycielem, ani na stronie aplikacji. Model biznesowy PicMe, przynajmniej na razie, pozostaje znakiem zapytania.

Gdy aplikacja gaśnie

Po zakończeniu wydarzenia, większość jego uczestników kieruje się do domów. W wyznaczonym pubie zostaje garstka, kilka, może kilkanaście osób. Aplikacja już nie działa, ale pomarańczowa opaska wciąż pełni swoją funkcję: wystarczy, że ktoś ją nosi, żeby wiedzieć, iż można podejść oraz zagadać. 

Salę zresztą i tak zapełniają głównie przypadkowi turyści, nieświadomi, że kilka metrów od nich dogasają resztki wydarzenia, które miało nauczyć rozmawiać z obcymi. Krążę między kilkoma grupkami, wymieniam się kontaktami. Rozmawiam też z wolontariuszami, którzy chętnie się ze mną zapoznają, mimo że dla nich to koniec zmiany, a nie początek wieczoru.

Czy znajomości przetrwają?

Mijają dni. Z żadną z poznanych tamtego wieczoru osób – ani z tą z matchingu, ani z grupki spod „Spontanicznych rozmów”, ani z wolontariuszami – kontakt się nie utrzymuje. Sama też celowo nie piszę pierwsza, chcąc sprawdzić, ile z tych znajomości przetrwa poza strefą działania opaski i aplikacji. Odpowiedź: żadna – choć to pytanie raczej o naturę takich ulicznych spotkań, niż o samą aplikację.

PicMe, spotkanie w Gdańsku 2026
(fot. Oliwia Szczełuszczenko | Zawsze Pomorze)

Jeden wieczór z aplikacją PicMe. Wnioski

To zjawisko braku kontaktu może lepiej ilustruje odpowiedź na pytanie postawione na początku niż jakikolwiek cytat z założyciela: PicMe potrafi na chwilę zbliżyć do siebie ludzi, którzy inaczej by się minęli. Czy potrafi sprawić, że zostaną blisko siebie na dłużej, to już zupełnie inna sprawa, zależna od tego, co obie strony zrobią z tą znajomością później. I chyba nie do rozwiązania przez żadną aplikację.

Przez jeden letni wieczór dziesiątki nieznajomych ludzi na moich oczach zrobiły coś, co jeszcze kilka lat temu wydawałoby się oczywiste, a dziś wymaga aplikacji, opaski i wolontariusza z identyfikatorem, żeby w ogóle do spotkania doszło. Nie jestem pewna, czy to powód do optymizmu, czy niepokoju. Prawdopodobnie jedno i drugie naraz.


tekst alternatywny
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama Ziaja kuracja peptdowa
Reklama Ziaja kuracja peptdowa