Dorota i Jarosław Piechowscy to pasjonaci regionu. Sklep Kociewie Etno Design prowadzą w Mirotkach od trzech lat (fot. Bogdana Wachowska)

Kociewie w sercu. Małymi dziełami sztuki pokazują przynależność do regionu

Moda na etno, w tym przypadku na Kociewie - od drobiazgów - w stylu smyczy do klucza czy magnesu na lodówkę, do folkowej odzieży czy malowanej ręcznie biżuterii (zegarek, naszyjnik, kolczyki). Taki punkt mieści się w niewielkiej miejscowości Mirotki – na trasie między Skórczem a 6-kilometrowym dojazdem do A1 na węźle Kopytkowy.
Bogdana
Wachowska
13.02.2022 / 08:00

Właściciele sklepu Kociewie Etno Design – Dorota i Jarosław Piechowscy - to pasjonaci regionu, oboje pracują zawodowo, bo jak przyznają z samego Kociewia jeszcze się żyć nie da. Sklep prowadzą od 3 lat, ale tematami regionu żyją znacznie dłużej, interesowali się nim zanim się jeszcze poznali.

- Jeździliśmy na wszystkie spotkania, braliśmy czynny udział w organizowaniu Kongresów Kociewskich, miałam przyjemność występować tam jako prelegent – wylicza pani Dorota. - Cały czas słyszałam  jedno: „nie ma gadżetów, Kaszubi mają, my ich nie mamy”. Mówiłam, to zróbcie. „Ale jak?” pytali. Z drugiej strony pojawiały się opinie, że haft kociewski na kubku to profanacja. Były też dyskusje, że regionu nie powinno się komercjalizować. Musiałam też zaciągać w temacie praw autorskich opinii prawników, by uzasadnić, że haft kociewski jest dobrem narodowym. Inaczej jest z literaturą, np. słownikiem Bernarda Sychty.

Pomysł na otwarcie sklepu z regionalnymi gadżetami i ubraniami rodził się długo. - Moja żona od 15 lat marzyła o tym swoim Kociewiu – mówi pan Jarosław. Ale długo odkładali go szuflady.

- A on drążył, wiercił dziury w brzuchu, głowie i co jakiś czas wychodził – przyznaje pani Dorota. - Wszystko mieliśmy przygotowane, logo gotowe, ale mi się wydawało, że za mało wiem. Mówiłam do Jarka, ja muszę skończyć jakieś studia, muszę mieć kwity na to, że znam ten region. Zastanawialiśmy się, co wybrać - etnologię, etnografię…

Temat ciągle się przewijał, nie dawał im spokoju, z pomocą przyszła córka.

- I tak podczas jednej z rozmów nad talerzami, nasza córa Marta, była wtedy chyba w szóstej klasie, i mówi: „Wiecie co, nie mogę już was słuchać, ruszcie tyłki i to w końcu zróbcie” – wspomina pani Dorota. - I to był wtedy dla nas taki impuls. Zwołaliśmy naradę rodzinną – że jak robimy, to razem, by nikt nam potem nie zarzucił, że nie mamy czasu. No i ja mówię, Marta, jak mamy coś zrobić, to potrzebujemy twojej pomocy. Ty zrób nam między swoimi przyjaciółmi taki research, co to ma być? I oni nam wymyślali…

Dorota Piechowska

I wtedy nasza córka Marta mówi: „Wiecie co, nie mogę już was słuchać, ruszcie tyłki i to w końcu zróbcie”. I to był dla nas taki impuls

Potem przyszedł pomysł na ten sklepik i KOCIEWIE Design Festiwal.

- Tak właściwie to Marta ze swoimi przyjaciółmi zrobiła ten nasz pierwszy festiwal. Ona zebrała wolontariuszy. My byliśmy we dwójkę plus grupa dzieciaków z 7 klasy. I tak to się zaczęło. Dzięki Marcie - podkreślają Piechowscy.

Pierwszą edycję festiwalu zrobili w 2019 r.

– To jest dla mnie takie wzruszenie, już na samą myśl – przyznaje pani Dorota - że jak będę na łożu śmierci, to jeszcze będę o tym mówić. Bo my założyliśmy, że się nie da, nikt tego nie kupi, nie ma sensu robić takich rzeczy, bo wielu już próbowało. W dodatku w  jakimś Skórczu, nikt ci nie przyjedzie do takiej dziury... Ale stwierdziliśmy - znamy pięciu wystawców, to w tej sali w Skórczu to już będzie tłum. Ostatecznie mieliśmy ich 18!  Nagle się okazało, że Kaśka Gretkowska z Tczewa robi fajne rzeźby Kociewiaków, że zmobilizowały się Koła Gospodyń Wiejskich i porobiły różnego rodzaju gadżety, ktoś tam powyszywał poduchy.

No i rozkręciło się na dobre.

- Ja się uparłam na konferencję popularno-naukową, chciałam ludzi edukować, by nie bali się w wolnym czasie czy na emeryturze kociewskich gadżetów produkować. I były takie rozmowy: „przyjedziesz z wykładem? Tak, jasne. I zero rozmowy o pieniądzach, adwokat, socjolog, państwo doktorstwo... Ludziom potrzeba wiedzy, mają wiele pytań. Było koło 100 osób na konferencji, tłum na festiwalu. Zrobiliśmy też pierwszy pokaz mody kociewskiej i potem wysypały się kolejne. To wtedy skontaktowaliśmy się z Kamilą Froelke, która jeździła z tymi swoimi pokazami, m.in. sukien ślubnych, do Włoch czy Paryża, ale u nas nie była taka znana. I wszystko tak nagle fajnie wybuchło.

 

Dzisiaj w Mirotkach kupimy mnóstwo gadżetów, kociewskie stroje, książki, płyty, ręcznie malowaną biżuterię, zakładki do książek – takie małe dzieła sztuki. Piechowscy współpracują z gronem regionalnych artystów i firm, m.in. z gdyńskim Artfolk, który stworzyła Małgorzata Bądkowska, artysta-plastyk. – To ona stworzyła design kociewski, czyli tę  rozsypankę z kwiatów kociewskich. I my się tym posiłkujemy – zaznacza pani Dorota. – Ostatnio przygotowała  tkaninę z napisem Kociewie między tymi kwiatkami. Tego oczekiwali klienci. Bardzo dobrze nam się z Gośką współpracuje.

Inną firmą, która robi kociewskie rzeczy i współpracują z nią Piechowscy, jest Nanaelo.

- To jest w ogóle taka szalona kobieta, która ten haft kociewski od lat przekształca w różne cuda – śmieje się pani Dorota. - Ona sobie pozwala na takie rzeczy, jak podkładka pod garnek (wygląda jak kafelka) z haftem kociewskim – w kanonie, dodaje jakąś biedronkę, czy coś w tym stylu.

Dla promowania regionu pani Dorota zrobi wszystko. Można powiedzieć, że dzięki niej i znajomym, których zaangażowała do pewnej akcji, Kociewie zaistniało w gdańskim Forum.

 

- Folkstar to firma, której nie mamy u siebie i nie będziemy mieli, bo są za drodzy. Oni mają produkty z wielu regionów, z całej Polski – opowiada pani Dorota. - Otworzyli kiedyś sklep w Forum w Gdańsku i nie mieli Kociewia. No to zrobiliśmy między znajomymi taką akcję. Pisaliśmy do Folkstaru przez miesiąc. Oni dostali dziesiątki, nie powiem, że setki listów. Ubaw był po pachy, bo dzwoni po miesiącu do mnie kolega, i mówi: „Kociewie – jest cały regał w Forum!”. 

Czy dzisiaj Kociewiak (10 lutego obchodziliśmy Światowy Dzień Kociewia) może narzekać na brak regionalnych gadżetów?

- Jesteśmy na rynku od trzech lat i powiedzieliśmy ludziom: Hej, są gadżety kociewskie! No przestańcie się wygłupiać. Mamy je! Ale też, jeśli Kociewiak narzeka, że nie ma gadżetów, to jest ignorantem, nie ma wiedzy albo się nie stara – uważa Dorota Piechowska.

Ale nie samymi gadżetami Kociewie Etno Design żyje. Duża część działalności to stroje kociewskie – od komercyjnych, np. przykład minispódniczki w stylu Cleo z teledysku „My Słowianie (co wymusiły klientki) po ludowe stroje według kanonu dla kociewskich zespołów.

Dorota Piechowska

Jesteśmy na rynku od trzech lat i powiedzieliśmy ludziom: Hej, są gadżety kociewskie! No przestańcie się wygłupiać. Mamy je! Ale też, jeśli Kociewiak narzeka, że nie ma gadżetów, to jest ignorantem, nie ma wiedzy albo się nie stara

- Mieliśmy też okazję uszyć stroje bardzo mocno odwzorowane na tym, co rysował Gajek. Te stroje widzieliście w tym filmie „Chata”, który robiło Zblewo – mówi pani Dorota. - Oni wzięli sobie kartkę z Gajka, gdzie jest ta siermiężna spódnica, pasiasty fartuch, mężczyzna w długim płaszczu. I powiedzieli, tak to nam uszyj. Ale to nie miało nic wspólnego z tym, do czego byliśmy przyzwyczajeni. Tak nam uszyj, tak jak tu jest. No i myśmy uszyli te koszule, długie spódnice. Najtrudniej było dostać ten szary pasiasty materiał na fartuchy.

Nie ma miesiąca, by Piechowscy nie wprowadzili jakiejś nowej rzeczy.

- Staramy się ściągać do współpracy  takich małych wariatów, którzy tę małą ojczyznę mają w serduchu, a my pomyślimy, co z tym dalej zrobić – mówią.

Mają na stanie jeszcze coś – kociewskiego fjuta (syrop z buraka cukrowego), którym często polewa się ruchanki (racuszki) lub zwykłe naleśniki.

- Syrop produkuje Marzenka Przytarska, ona jest z Przyrowy – to Kociewie Świeckie – jedyna na świecie producentka fjuta, która robi to komercyjnie. Ona robi też wiele innych rzeczy, ale my ją tu wychwalamy pod niebiosa, że tego fjuta możemy sprzedawać – mówi pani Dorota.

Oczywiście z tym wyrobem wiąże się wiele anegdot (czasami niecenzuralnych) i śmiechu.

- Wystawiamy się m.in. na Jarmarku Dominikańskim w Gdańsku, Sporo tam sprzedajemy i sporo się zawsze nagadamy czasami w różnych językach, na migi. Ludzie o wiele pytają. No i powiedzcie, jak Niemcowi wytłumaczyć, co to jest ten fjut. No to Jarek bierze grafikę, pokazuje buraka cukrowego i mówi „sugarbatat”. Niezły z tego był ubaw.

Współpraca: Krystyna Paszkowska

Wesprzyj nas,

aby mieć wybór, alternatywę i dostęp do obiektywnej, wiarygodnej i rzetelnej informacji.
BEZ PROPAGANDY

Zawsze Pomorze Logo

 

ZAPRENUMERUJ E-WYDANIE

Zaprenumeruj

Komentarze