Powidoki gdańskie.
Żółta łódź podwodna

Chłopiec mieszkał na ulicy Szkockiej w dzielnicy Stare Szkoty w Gdańsku. Ogród wznosił się tarasami po łagodnym stoku wzgórza zwieńczonego fortem obronnym – wspomina Bogdan „Borys” Przylipiak
26.11.2023 / 12:56

Na tarasach rosło wszystko co dusza zapragnie. Jabłonie uginały się pod ciężarem owoców rozmaitych gatunków i kolorów.

Grusze rodziły dorodne klapsy i lilipucie pergamutki, a śliwy szkoda gadać, od węgierek po mirabelki. Wzdłuż płotów ciągnących się aż po ceglany mur fortyfikacji rosły agresty i dwukolorowe porzeczki. Całość – poprzedni właściciel ukoronował rosnącym najwyżej dostojnym, starym drzewem orzecha włoskiego, otoczonym krzakami leszczyny.

Chłopiec nazywał ogród – tajemniczym. O różnych porach dnia i nocy dało się słyszeć dźwięki ptasiego radia, a na ścieżkach i drewnianych stopniach pomiędzy tarasami widywało się jeża. Raz nawet pod nogami chłopca przebiegł tchórz lub kuna. Jeża na własnym pysku boleśnie odczuł Bary, wilczur pilnujący ogrodu.

Przylipiak ul. Szkocka
Autor przed domem na ul. Szkockiej
Fot. archiwum Bogdana Przylipiaka

 

Przed frontem niewielkiego domku pysznił się ogromny świerk z gałęziami przyciętymi do wysokości pół metra. Pień okalała niewielka ławeczka, niewidoczna, bo otoczona gęstym żywopłotem. Przestrzeń przed domem wypełniały klomby okolone bukszpanem z pachnącymi i kolorowymi piwoniami w środku.

***

Mimo tych wszystkich wspaniałości chłopiec nudził się okropnie. Jedynymi dzieciakami mieszkającymi w okolicy byli Dorotka i Andrzejek.

Chłopcy rywalizowali rywalizowali o względy pięcioletniej Dorotki i na ogół wygrywał Andrzejek. Miał przekonywujące argumenty: pistolet na wodę, zagraniczne czekoladki, kilka plastikowych zabawek (nie do zdobycia –wtedy) i wisienkę na torcie – czerwony, zagraniczny rowerek. A chłopca, który próbował jeździć pod ramą czarnego, męskiego roweru, pozostałego po poprzednim gospodarzu, naturalnie zżerała zazdrość.

Kiedyś bawili się z Andrzejkiem w jego pokoju w wojnę. Siły były prawie równe. Andrzejek miał plastikową łódź podwodną i mały czołg, a chłopiec dysponował całą armią poniemieckich ołowianych żołnierzyków. Były fajne, ale kolor miały niestety ołowiany...

Mimo, że chłopiec miał ogród, dużego psa i żołnierzyki, to solą w jego oku był ów nieszczęsny czerwony rowerek i – nomen omen – żółta łódź podwodna.

W ferworze bitwy okręt rozpadł się na dwie części i spód wylądował pod szafą.

Andrzejek machnął ręką, ale chłopiec zapamiętał miejsce „zatopienia” okrętu.

Tata przywiezie mi drugi… – Andrzejek nie przywiązywał wagi do takich drobiazgów, co dodatkowo drażniło chłopca.

Tata Andrzejka był kucharzem na Batorym, a tata chłopca tylko lekarzem.

Zdjęcie ilustracyjne

 

Po kilku dniach znowu bawili się razem i kiedy mama kolegi zwołała go na chwilę chłopiec błyskawicznie padł na podłogę i szybko wyciągnął spod szafy dolną część okrętu. Schował go do kieszeni spodenek.

Mocno się zaczerwienił, a plastik palił go żywym ogniem. W domu schował ogryzek łodzi w najdalszy kąt szuflady swojego biureczka i starał się o tym zapomnieć .

***

Wkrótce tata dostał niesamowitą propozycję wyjazdu do Stalowej Woli, gdzie miał być lekarzem w zakładach zbrojeniowych uruchamianych właśnie w halach przedwojennego Centralnego Okręgu Przemysłowego. Nie było go prawie dwa tygodnie.

Chłopiec podświadomie starał się zrekompensować koledze utratę okrętu i częściej bawili się u niego w ogrodzie dalej popisując się przed Dorotką.

Organizowali turnieje rycerskie uzbrojeni w małe miecze, hełmy i tarcze z blachy, które znalazł w szopie. Wyglądały jak prawdziwe. Ciągle czując się winny podarował koledze cały zestaw.

Walczyli wśród ukwieconych klombów, kiedy przyłapała ich mama Andrzejka i kazała mu natychmiast przerwać zabawę. Chłopiec nie rozumiał powodów jej zdenerwowania, dopóki nie podsłuchał rozmowy mam. Okazało się, że kolega ma poważną wadę serca i nie mógł się przemęczać. Dużo później dowiedział się, że Andrzejek jest adoptowanym dzieckiem i rodzice tym mocniej go kochali.

Musieli wymyślić jakieś inne zabawy i Dorotka wpadła na genialny pomysł: ona będzie Królewną Śnieżką, a oni krasnoludkami. Od razu się zgodzili, zwłaszcza, że ciągle jeszcze wierzyli w Świętego Mikołaja i w krasnoludki mieszkające w krzakach pod świerkiem.

Nosił gips dwa tygodnie i nawet nie zauważył, że mama w tajemnicy sprzedała rowerek. Nigdy nie słyszał aby tata tak wrzeszczał w domu na mamę…

Tata w końcu powrócił ze Stalowej Woli i przytaszczył ze sobą duży, ciężki pakunek. Zawołał synka przed dom i rozpakował duży, tajemniczy przedmiot.

Przed oczami chłopca dumnie stał mały, piękny rowerek.

Wyglądał dość ciężko, był jasno-szary, ale wymiary miał w sam raz. Kółka były średniej wielkości, siodełko i kierownica pochodziły od roweru męskiego, podobnie jak rama przycięta i zespawana do mniejszych rozmiarów. Nie miał wolnobieżki, jak rowerek kolegi, ani hamulców przy kierownicy, ale hamowało się naciskając pedały do tyłu.

Z przeprowadzki na szczęście nic nie wyszło, a synkowi na pierwszej próbie jazdy przydarzył się wypadek wjechał z impetem w krzaki agrestu i uderzył prawą ręką w drewniany słupek przy altance. Nosił gips dwa tygodnie i nawet nie zauważył, że mama w tajemnicy sprzedała rowerek.

Nigdy nie słyszał aby tata tak wrzeszczał w domu na mamę… Zaczęli, przez pośrednictwo synka rozmawiać ze sobą dopiero po dwóch tygodniach.

***

Cała nasza trójka spotkała się ponownie dopiero na studiach. Andrzejek oświadczył się Dorotce pod koniec trzeciego roku. Niestety, w trakcie obiadu zaręczynowego zasnął przy stole i już się nie obudził.

Na pogrzebie stawili się wszyscy studenci z roku. Na trumnie układano wieńce i kwiaty, tylko ja położyłem na wieku małe zawiniątko opasane żółtą wstążką.

Zapłakana Dorotka podeszła do mnie i zapytała:

Co to było?

Drobiazg.

Właśnie zatopiłem żółtą łódź podwodną.

Wesprzyj nas,

aby mieć wybór, alternatywę i dostęp do obiektywnej, wiarygodnej i rzetelnej informacji.
BEZ PROPAGANDY

Zawsze Pomorze Logo

 

ZAPRENUMERUJ E-WYDANIE

Zaprenumeruj

Komentarze