Marcin Żółtowski

Marcin Żółtowski (fot. archiwum prywatne)

Puszczamy bańki mydlane. Wokół są mundurowi
z długą bronią. Relacja
z ukraińskiej granicy

Jest stolik. Leżą kartki. Setki kolorowych flamastrów i kredek, a dziewczynka bierze akurat czarną – o sytuacji na ukraińskiej granicy opowiada Marcin Żółtowski, gdański pracownik socjalny i socjolog, który jako wolontariusz pracował na przejściu granicznym przekraczanym przez uchodźców z Ukrainy.
Jacek
Wierciński
18.05.2022 / 07:00

Jako wolontariusz pracowałeś na przejściu granicznym z Ukrainą w Hrebennem. To miejsce formalnie się teraz nazywa: punkt recepcyjny?

Byłem tam z ramienia Polskiej Akcji Humanitarnej. To taki punkt przyjmowania osób. Miejsce poza polskimi granicznymi szlabanami, ale też już poza Ukrainą. Przestrzeń w ramach przejścia granicznego pomiędzy państwami, ale już po wstępnej kontroli polskiej Straży Granicznej.

Wjeżdża autokar, który jest kontrolowany, a pasażerowie, czekając aż go odprawią, mają chwilę, żeby rozprostować nogi, skorzystać z toalety czy zapalić papierosa. To bardzo specyficzne miejsce. Zawsze musiało być tranzytowe. Tam się na to mówiło „ziemia niczyja”, ale nie wiem, co ten termin w ogóle znaczy.

No ale jesteście tam na tej hali i co robicie?

PAH w zorganizowany i strukturalny sposób jeszcze w lutym, z tego, co wiem, zaczął działać na tym i na wszystkich innych przejściach granicznych z Ukrainą. Zgłosiłem się na wolontariat.

Ludzie wysiadają z autobusu. Są po kontroli granicznej...

Jeszcze nie. To jest kluczowe miejsce. Oni przeszli, ale autobus jest jeszcze poddawany kontroli. To może trwać albo 5 minut, albo 6 godzin. Ludzie mogą, czasami po wielu godzinach spędzonych w autobusie, podejść do nas, do naszego punktu. W płocie jest furtka. Działamy jednak w kontekście przejścia granicznego, wokół nas są ludzie w mundurach z długą bronią.

bańki mydlane na przejściu w Hrebennem
Bańki mydlane na przejściu w Hrebennem

Jesteście tam i krzyczycie: „Kawa, Herbata”?

W punkcie jest ciepły posiłek. Dwudaniowy.

Smaczny?

Nie pamiętam, kiedy tak dobrze jadłem. Tam działa World Central Kitchen. To jest organizacja humanitarna założona przez zawodowych kucharzy restauracyjnych. Ich ideą jest to, że w miejsca kryzysów humanitarnych – jak susza w Sudanie albo rzeź w Nigerii, starają się dostarczać jedzenie restauracyjne. To nie jest zwykła żywność jak na stołówce, tylko pyszne dania.

PRZECZYTAJ TEŻ: Uchodźcy z Ukrainy sprzątali Tczew. Chcieli się odwdzięczyć za pomoc

Ale jednak na jednorazowym talerzyku.

Na jakiejś eko-tekturowej tacce, ale nie dostajesz papki, kaszki i zupy mlecznej, tylko, na przykład: kurczaka na słodko z mango, ryżem i tak dalej. Są to ciepłe posiłki. My dawaliśmy: słodycze, przekąski, kawę, herbatę, owoce, a dla małych dzieci soczki, musy.

O sytuacji na granicy raz jest ciszej, a raz głośniej, ale jak to tam wygląda? Wydawałoby się, że po pierwszych tygodniach olbrzymiego ruchu sytuacja się trochę uspokoiła. Jest cisza i spokój?

Jest tłok jak w wakacje na gdańskim dworcu. Kilkadziesiąt autobusów dziennie. Zmiana dla wolontariuszy trwa 8 godzin. Faktycznie chwili odpoczynku miałem może ze 45 minut, i to raz. Tłumy ludzi. Wielu ochotników w swojej „normalnej” pracy nie narobi się tak, jak przy tym wolontariacie.

Przyjeżdżają kobiety z dziećmi?

Starsi ludzie, kobiety z dziećmi, nastolatki.

Jest przygotowane miejsce do przewijania niemowląt. Są pampersy w różnych rozmiarach, chusteczki, tampony, podpaski, a dla małych dzieci kaszki. Oczywiście są też ratownicy medyczni.

PRZECZYTAJ TEŻ: W Gdańsku otwarto punkt pomocy finansowej dla uchodźców z Ukrainy

Były sytuacje, gdy ich interwencja była potrzebna?

Na szczęście, nie i to, bo pytałem, na wcześniejszej zmianie też nie. Było ogółem, z tego, co słyszałem, parę zasłabnięć. Są zapewnione pełna obsługa i pomoc humanitarna, karma dla zwierząt, bo część osób przyjeżdża ze swoimi zwierzakami. Dawaliśmy też karty SIM z polskim numerem i pomagaliśmy rejestrować, a w siatki na drogę – cukierki, kanapki, wodę.

Co się uchodźcom mówi?

Że to wszystko jest za darmo i że mogą to brać, jeśli chcą.

PRZECZYTAJ TEŻ: 240 podopiecznych domów dziecka z Ukrainy mieszka na Kaszubach

W jakim języku mówiłeś? Rozumieli?

Po rosyjsku. Mówię na podstawowym poziomie. Ale w takiej sytuacji…

Ludzie, którzy przyjeżdżają, często mają wypisane na twarzach przerażenie i nie mogą uwierzyć, że wsparcie jest za darmo. Nie trzeba języka, żeby dać dziecku cukierka.

Jest noc. Godzina 22:00. Kobieta stoi na zewnątrz. Przykrywam ją kocem. Pewne rzeczy akurat znam z doświadczenia pracownika socjalnego. My naprawdę byliśmy pierwszym miejscem styku. Nasz punkt był dla tych osób pierwszym bezpiecznym miejscem. Lądujesz na brzegu – w kraju, który jest w NATO, w którym nie ma wojny, w którym ktoś ci daje coś za darmo. Daje ci ubranie, daje ci jedzenie. Bywało, że dawałem czapki, żeby komuś nie było zimno. Jesteś w kraju w NATO i tu nie ma wojny. To jest ważne i porażające. To byli ludzie, którzy wymagali zaopiekowania się psychicznego, nie głodujący. Owszem, byli tam ludzie ubodzy, ale też, że tak powiem, klasa średnia.

To są osoby, które uciekają przed konfliktem zbrojnym, a wszystko, co mieli, musieli zostawić. Nie uciekają przed klęską żywiołową, nie przed pożarem, ale boją się, że komuś z ich bliskich może zadziać się fizyczna krzywda, może zginąć. Niektóre osoby po prostu potrzebowały się przytulić. Były łzy. Były słowa: „Dziękuję, dziękuję”. Były miny dzieci pytających matki, czy mogą wziąć cukierka. Jedno, co mogę powiedzieć, to że na tych twarzach nie było obojętności.

Przeżycia. Nie wyobrażam sobie.

Reakcje były szokujące. Ogromna wdzięczność, łzy, a czasem ukrywanie emocji. Robiliśmy dla dzieci takie wielkie mydlane bańki.

Najlepszy sposób. Bańki są najlepsze.

No tak, ale to jest jednak przestrzeń zmilitaryzowana. Chodzą mundurowi z długą bronią, psy przeszukują autobusy. Puszczamy bańki mydlane, a wokół jest infrastruktura przejścia granicznego. Nie wiem jak ty, ale jak przekraczałem przejścia graniczne na paszporcie, się zawsze stresowałem. Zawsze była to przestrzeń kontroli, a nie gościnności czy opieki. Tam puszczaliśmy bańki przez 3-metrowy płot do ukraińskich celników, żeby ich trochę rozweselić. Dzieci mogą też porysować.

Pokazałeś rysunki. Dwa publikujemy.

Jest stolik. Leżą kartki. Setki kolorowych flamastrów i kredek, a dziewczynka bierze akurat czarną. Przy rysowaniu trudniej jest się powygłupiać, a to dzieciom potrzebne. Lepiej jest się poruszać i do tego zachęcaliśmy. Pracowaliśmy na 3 zmiany. Po 5-6 osób na zmianę. Obok było też przejście graniczne piesze, ale tam ruch był mały. My obsługiwaliśmy autokary.

rysunki dzieci z Hrebennego

Rysunki dzieci z Hrebennego

rysunki dzieci z Hrebennego

Rysunki dzieci z Hrebennego

Skąd przyjeżdżały?

Z całej Ukrainy. Charków, Lwów, Odessa, Kijów, Zaporoże.

Rejsowych pewnie niewiele. Ludzie wspólnie wynajmują autokar? Jak to działa?

Bywają połączenia rejsowe, ale to pojedyncze przypadki. Większość to prywatne firmy komunikacyjne bez logo. Mówią, że ze wschodu Ukrainy, z Charkowa, bilety potrafią kosztować 4 tysiące dolarów. Ze Lwowa do Warszawy albo Poznania za bilet płaci się chyba z 400 dolarów.

Przecież Lwów jest niemal zaraz za granicą.

No właśnie. Można sprawdzić połączenia rejsowe. Tam jest taniej, ale jest też ograniczona liczba miejsc.

No i rejsowe połączenia nie jadą z Charkowa.

Nie jadą z Charkowa. Nie jadą z Irpinia. Nie jadą z Żytomierza. Jedna z kobiet opowiadała mi, jak wyjechali z Charkowa przez konwój humanitarny. Autobus przed nimi został ostrzelany, a autobus, w którym siedziała, go wyminął. Mogłaby nie żyć.

Nie wyobrażam sobie. O czym opowiadają uchodźcy?

Jest grupa osób, które koniecznie chcą pokazać „to” w telefonie. To jest najczęściej coś u nich w mieście – moja ulica, mój kolega. Nie chodzi o zdjęcia takie, jak publikowane w gazetach, tylko, na przykład, o zmasakrowane zwłoki. Nie chciałem tego oglądać, ale i tak patrzyłem. Rozumiałem ich potrzebę, żeby pokazać, że tam naprawdę jest wojna. Potrzebują się tym podzielić: zobacz, to mój telefon i moja sytuacja.

Podchodzi dziewczynka. Chcę dać cukierka. Ona nie reaguje. Zagaduję. Jej mama odpowiada, żebym się nie przejmował, że dziewczynka milczy, bo 16 godzin wcześniej wyszła z piwnicy, gdzie spędziła 1,5 miesiąca. Jej matka mówi: „Proszę się nie stresować, to nie pana wina, to są jej pierwsze godziny na świeżym powietrzu”.

bańki mydlane na przejściu w Hrebennem
bańki mydlane na przejściu w Hrebennem

Nie na podstawie statystyk, ale z obserwacji, kto przekracza granicę?

Chyba z 80 procent uchodźców, z którymi miałem do czynienia, to byli ludzie ze wschodu. Opowiadają o traumie wojennej tak beznamiętnym tonem, jakby to była historia o tym, że byliście wczoraj z kumplem na imprezie. Choć mówią na przykład: „W nocy strzelali rakietami w mój blok”. To są opowieści z takim spokojem wyparcia, że nie sposób z tym dyskutować. W Polsce i w naszej szkole dużo się mówi o historii, bohaterstwie i tak dalej. Niewiele się mówi o tym, co się ma przy tym czuć.

Zdarzali się przy tobie ludzie, których nie wpuszczono?

To były pojedyncze sytuacje. Jednego mężczyzny przy mnie początkowo nie chciano wpuścić. Miał jakieś kłopoty z dokumentami, chyba podwójne obywatelstwo. Generalnie zwykli ludzie nie byli jakoś bardzo restrykcyjnie kontrolowani i przeszukiwani, chyba że pies coś wyczuł. Raz zdarzyło się, że autobus przejechał przez bramkę wykrywającą substancje promieniotwórcze, zamknięto przejście i otoczyli go ludzie z karabinami. Wyglądało groźnie. Okazało się, że jedną z pasażerek autokaru była kobieta po chemioterapii i czujniki musiały to wykryć.

Spotkałem też syryjskiego Kurda, który 22 lutego przyleciał do Kijowa, bo uzyskał ochronę międzynarodową. Chciał tam ściągnąć rodzinę, a tu taki pech. Cieszył się światem bez wojny 2 dni. Później Rosja napadła na Ukrainę.

Podczas pobytu na granicy każdego dnia widziałem twarze tylu uchodźców, ilu przyjęcie poprzedni rząd deklarował w 2015 roku. To było chyba 5900 osób.

Jakieś 6 tysięcy.

No, niech będzie. Powiedzmy, że nie w ciągu jednego, ale dwóch dni przyjmowaliśmy w Hrebennem tylu uchodźców, ilu chciał przyjąć rząd Ewy Kopacz.

PRZECZYTAJ TEŻ: Widzieliśmy umierających w lesie, przerażonych ludzi. Nam wszystkim to na resztę życia zostanie

Wróćmy na granicę. Uchodźcy dostają karty SIM, posiłek… System działa? System wie, co się z nimi dalej dzieje? Ty wiesz?

Nie wiemy. Państwo zadziałało w tym względzie, że umożliwiło nam i kucharzom – dwóm organizacjom, działalność w tej strefie. Państwo zapewniło bezpieczeństwo granicy. To są obowiązki państwa. My jesteśmy organizacją humanitarną i naszym obowiązkiem jest ich powitać. Chociaż muszę powiedzieć, że polscy mundurowi też, w tym moim doświadczeniu, ciepło witają uchodźców. Tylko, że to jest wręcz wykroczeniem ponad obowiązki państwa, które zajmuje się prześwietlaniem dziesiątek autobusów dziennie, w których muszą znajdować się przecież jacyś szpiedzy, separatyści…

Raz przyjechał strażnik graniczny, już po pracy, po dyżurze, i przywiózł cały zestaw misiów. Zorganizował wcześniej w szkole swojej córki taką akcję, że dzieci dają zabawki dzieciom. Mówię tylko o tym, co ja tam widziałem.

PRZECZYTAJ TEŻ: Pierwszy konwój z pomocą od pomorskich strażaków wyruszył z Tczewa na granicę z Ukrainą

Pierwszy raz w życiu naprawdę czułem to, że żółty słupek, który mijałem kilkadziesiąt razy dziennie, z napisem „granica NATO”, to jest granica mojego bezpieczeństwa i mojego funkcjonowania. Można być anarchistą albo lewicowcem, ale to jest ważne i o tym też należy powiedzieć.

Niektórzy uchodźcy mi mówili, że w ogóle nie chcieli wyjeżdżać z kraju. Najpierw przyjechali do zachodniej Ukrainy, ale tam ich nie chciano. Bardzo niewiele mówi się o sytuacji wewnątrz tego olbrzymiego i bardzo dynamicznego kraju. To jest kraj dwujęzyczny. Większość ludzi, z którymi się stykałem, śni po rosyjsku, myśli po rosyjsku i mówi po rosyjsku. Przez „Rusków” są uważani za podludzi – gorszych Rosjan, przez niektórych Ukraińców z zachodu nazywani są moskalami.

Dramatyczne historie.

Facet płacze i mówi: „Moi rodacy mnie tak nie przyjęli, jak wy tutaj”. Kiedy indziej jakaś matka pyta, czy jest cukier do herbaty, czyli „сахар”po rosyjsku. Podchodzi chłopak – synek, tak 13-14 lat, i mówi jej: „ні, цукор”. Tłumaczy, że powinna pytać po ukraińsku.

O czymś takim czytałem.

Mówię z doświadczenia. Nie wiemy, co się dzieje wewnątrz Ukrainy. Mamy w głowach zromantyzowany obraz tego kraju i tej wojny. Bywa, że mieszkańcy wschodniej Ukrainy czują się wszędzie nieswojo, jak choćby Mazurzy, Warmiacy czy Kaszubi, gdy ktoś do nich krzyczał: „wypier… do Niemiec!”, a Niemiec odpowiadał, że przecież nie są Niemcami.

PRZECZYTAJ TEŻ: Olena Ulianova z Chersonia wyplata siatki maskujące dla walczących w Ukrainie

Jest też ruch graniczny w drugą stronę. Do Ukrainy jeździ bardzo wiele samochodów i autobusów. My ich nie obsługiwaliśmy. Za 5-metrowym płotem stoją autobusy w kolejce, auta dostawcze. Oni po prostu chcą wrócić. To są nastroje jak w Polsce po wojnie – wielu ludzi wróciło odbudowywać, chociaż bardzo im się ta powojenna Polska nie podobała. Te historie znam z przekazów rodzinnych. Nasz język życia codziennego nie odda tych wydarzeń, emocji i tego, co się tam dzieje. To jest zawieszenie rzeczywistości.

Wesprzyj nas,

aby mieć wybór, alternatywę i dostęp do obiektywnej, wiarygodnej i rzetelnej informacji.
BEZ PROPAGANDY

Zawsze Pomorze Logo

 

ZAPRENUMERUJ E-WYDANIE

Zaprenumeruj

Komentarze