W piątek, 12 lutego 1982 w „Dzienniku Bałtyckim”, w prowadzonej przez Stanisława Danielewicza rubryce Echa Muzyki Młodzieżowej, pojawił się tekścik na temat płyty Amandy Lear, artystki bardziej znanej ze względu na pogłoski o jej rzekomej tranzycji, niż z faktycznych dokonań artystycznych. Tym razem nie chodziło jednak ani o muzykę, ani plotki, ale o politykę.
Gomułka, który lubił się wtrącać do kultury, do bigbitu nie miał specjalnych zastrzeżeń. Wzięło się to z umiejętnej działalności różnych ludzi kręcących się wokół tego nurtu – mówi Stanisław Danielewicz, dziennikarz, muzyk, wykładowca, autor książki „Big-beatowy atak. Lata 60. w Trójmieście”.
Jazz jest dzisiaj muzyką niszową, jeśli weźmie się pod uwagę liczbę świadomych odbiorców – zarówno na tle muzyki tzw. poważnej, jak (czy zwłaszcza) na tle muzyki zwanej rozrywkową.
Po tym, jak Ignacy Wendt Band, nieznany wcześniej zespół pochodzącego z Tczewa trębacza Ignacego Wendta zdobył I nagrodę w konkursie Złotej Tarki na festiwalu Old Jazz Meeting w sierpniu br., musiałem się z liderem zobaczyć, by zadać mu kilka pytań.
Ile z zakrojonych na długie lata przedsięwzięć trójmiejskich przetrwało lat pięćdziesiąt lub więcej? Lista inicjowanych w chwale jest długa, niektóre przedsięwzięcia zapisały się złotymi zgłoskami (jak np. Piwnica u Kuzynów w „Żaku”, Sax Club w Teatrze Miejskim w Gdyni, miesięcznik kulturalny „Litery”), ale tych, które przetrwały próbę czasu, jest tylko kilka. Należy do nich Ogólnopolski Turystyczny Przegląd Piosenki Studenckiej „Bazuna”, który podziwiały w dniach 7-10 lipca, w klubie „Kwadratowa” i na placu przed głównym budynkiem Politechniki Gdańskiej tysiące osób. Po raz pięćdziesiąty.
Stanisław Danielewicz, krytyk muzyczny, dziennikarz, muzyk, nauczyciel akademicki, felietonista tygodnika „Zawsze Pomorze” zadebiutował w roli powieściopisarza. W miniony poniedziałek, 20 czerwca, w Bibliotece Manhattan w Gdańsku promował „Political fiction. Romans ahistoryczny”.
Kto pamięta tekst Wojciecha Młynarskiego „Żorżyk gitarzysta basowy”, nagrany w latach 60. XX wieku, ten zapyta, skąd u mnie pomysł, by owego Żorżyka awansować na doktora habilitowanego gitary basowej?
Nie wymyślono chyba na to powszechnie stosowane angielskie słowo („cover”) polskiego odpowiednika, który w zwięzły sposób opisywałby reinterpretację wcześniej powstałego utworu. Dlatego pozostańmy przy jednoznacznie kojarzonym „coverze”, który doczekał się, jak widać, nawet polskiej deklinacji. Decyzja sięgnięcia po cudzy repertuar rodzi się zwykle pod wpływem fascynacji utworem. Traktowanym jako połączenie tekstu z wszelkimi elementami dzieła muzycznego, zaistniałe dzięki indywidualnej interpretacji. Genezą niniejszych moich rozważań nad coverami jest pojawienie się kolejnej płyty z utworami, które tekstami opatrzyła Agnieszka Osiecka.
Dzięki reklamom możemy codziennie publikować wiadomości z całego Pomorza całkowicie za darmo. Wyłączenie blokady reklam to realne wsparcie lokalnych mediów