Dr Janusz Dębski, wieloletni ordynator oddziału diagnostyki obrazowej w Szpitalu im. Mikołaja Kopernika w Gdańsku i konsultant wojewódzki w dziedzinie radiologii (fot. Karol Makurat | Zawsze Pomorze)

W człowieku możemy zobaczyć wszystko. Tylko dusza nam została

Czy można, zaglądając do głowy, zobaczyć smutek, radość, złość lub miłość?- pytamy dr. Janusza Dębskiego, wieloletniego ordynatora oddziału diagnostyki obrazowej w Szpitalu im. Mikołaja Kopernika w Gdańsku i konsultanta wojewódzkiego w dziedzinie radiologii, uhonorowanego 20 maja 2022 r. medalem prezydent miasta Gdańska za zasługi dla pomorskiej i polskiej radiologii.
Dorota
Abramowicz
6.06.2022 / 06:00

Dlaczego postanowił pan zaglądać do wnętrza człowieka?
Zupełny przypadek. Rozpoczynając wstępną edukację po studiach, w 1966 roku, myślałem o ortopedii. Znalazł się jednak człowiek, który najpierw dobrze mnie podglądał. Był to dr Jerzy Śmigielski, radiolog i jednocześnie internista, wychowanek szkoły wileńskiej. Uznał, że mam talent do oglądania zdjęć i myślenia o wyglądzie człowieka i jego różnych parametrach. I tak rzeczywiście było, bo zajmowałem się fotografią.Uznał, że powinienem wykorzystać te walory. Przekonał mnie.

Jak ponad pół wieku temu wyglądała diagnostyka?
Była to wąska dziedzina. W tamtym czasie dysponowaliśmy tylko jedną metodą obrazowania, czyli radiologią. Używano promienia rentgenowskiego do rozróżniania różnych stanów patologii i normy. Było to obwarowane regułami bezpieczeństwa, nie można było przekraczać dawek, znacznie poszerzać badań. A potem, od lat 70. XX wieku zaczęły następować gwałtowne zmiany w diagnostyce. Narodziły się nagle trzy wielkie dziedziny diagnostyki - ultrasonografia, badania tomokomputerowe i rezonans magnetyczny. Potem doszła jeszcze czwarta dziedzina - radioizotopy. Obecnie baza diagnostyczna składa się z tych pięciu głównych struktur.Przy czym radiologia pozostała już raczej zwiędłą dziedziną.

Dlaczego?
Większość klinicystów jest tak zafascynowana techniką i możliwościami rozpoznawczymi, że przestali myśleć o tym, co jest źródłem informacji dla lekarza i w konsekwencji wyborem sposobów terapeutycznych. Powstała dziś ogromna przepaść między lekarzem zajmującym się pacjentem w całości, a lekarzami technik elektronicznych. W związku z tym pacjent traktowany jest jak przedmiot. Można go położyć na plecach, brzuchu, spojrzeć z boku...Lekceważy się przy tym duszę człowieka, która w dużej części składa się z chorób, różnych ułomności, przyzwyczajeń.Stanęliśmy na rozdrożu. Narodziły się wirtualne formacje myślowe, które rujnują wszystko to, co było poprzednio, a diagnostyka obrazowa stała się formacją rozwojową. Jest to z jednej strony fascynujące, z drugiej stanowi dowód, że tych ułomności jest niebywale dużo i powinniśmy stale się uczyć, dbając o to, by nie trafić w ślepy zaułek.

(fot. Karol Makurat | Zawsze Pomorze)

Przez 58 lat pracy lekarza był pan świadkiem ogromnych zmian. Kiedy kolejne odkrycia przewracały wszystko do góry nogami, trzeba było zachować wyjątkową elastyczność. Jak się pan z tym czuł?
Zmiany przyjmowałem z pokorą. Każda nowa dziedzina powodowała zachwyty, ale także niejednokrotnie uczyła uległości wobec natury rzeczy. Byliśmy zaskakiwani, czasami dodatkowa wiedza rujnowała to, czego uczyliśmy się przez lata. Wszystko to ujęte jest w wielkim kluczu rozwoju, który miesza rozczarowanie z zachwytem.Taka jest naturalna kolej rzeczy. I tak powinniśmy na to patrzeć, nie upierając się i nie stając na starość konserwatystami. Nie mam na myśli konserwatyzmu politycznego, chociaż można tu znaleźć wiele analogii. Dziś jesteśmy świadkami namacalnego, kapitalnego i bezprzykładnego rozwoju diagnostyki w Gdańsku, w szpitalu im. Kopernika Składałem już gratulacje dyrektorowi, że myśląc nie tylko o chirurgii czy pediatrii uznał diagnostykę za bardzo ważną dziedzinę i zdecydował się włożyć w to wiele udoskonaleń. Kierująca oddziałem moja uczennica, dr Joanna Sawicka, jest znakomitym lekarzem, wtajemniczonym w najnowsze osiągnięcia tej dyscypliny naukowej.

dr Janusz Dębski
konsultant wojewódzki w dziedzinie radiologii

Im głębiej się zagląda, tym rzecz staje się bardziej skomplikowana. Do tego dochodzą możliwości genetyczne, które udowadniają, że możemy sięgać jeszcze dalej. Dziś podajemy jeden lek - określony gen do tej pory nieuleczalnie chorym dzieciom i eliminujemy chorobę.

Czy jesteśmy już dziś w stanie obejrzeć naprawdę wszystko w człowieku bez nacinania skóry, czy coś jeszcze zostało?
Została jeszcze dusza, ale nie wiem, czy dojdziemy do tego, by mieć w nią wgląd taki, jak w pozostałe dziedziny. Anegdotycznie mogę przypomnieć moją rozmowę z prof. Romualdem Sztabą, nieżyjącym już kierownikiem Kliniki Chirurgii Dziecięcej, znakomitym lekarzem. Będąc już na emeryturze profesor przyszedł na rehabilitację do szpitala im. Kopernika. Staliśmy na korytarzu, profesor nie za bardzo orientował się w zmianach, jakie zaszły w placówce po remoncie i dopytywał się o przeznaczenie poszczególnych pomieszczeń. - Tam mieści się niskopolowy aparat rezonansu magnetycznego - pokazałem kolejną salę. Profesor poprosił o szczegóły, więc wytłumaczyłem, że jest to dziedzina oparta na analizie atomów wodoru.Na podstawie tej analizy możemy - znając płyny czyste, płyny zmieszane, płyny innego typu, a również tkankę, składającą się z tychże atomów, ale w zupełnie innej wersji - podzielić to wszystko na drobne części i czerpać z tego bardzo głęboką wiedzę. Profesor zastanowił się przez chwilę, widzę, że nie rozumie niczego, wreszcie rzucił: - Ale co dalej? Odparłem: - Krótko mówiąc, jesteśmy na etapie poznania całej medycyny człowieka, pozostała nam jeszcze tylko dusza. Profesor spojrzał na mnie z kamienną twarzą i rzekł, nie wiem, czy żartobliwie, czy poważnie: - Kolego Januszu, jak dojdzie do tego, proszę natychmiast do mnie zadzwonić!

Naprawdę tylko dusza wam została?
Chyba tak. Oprócz tych pięciu dziedzin, jakie uprawiamy, pojawiają się już dodatkowe elementy, które możemy dzielić na jeszcze drobniejsze rzeczy. Dziś już dajemy sobie znakomicie radę z badaniami czynnościowymi, o których się mówi, że są przedsionkiem do tej duszy. Zwłaszcza są to badania neurologiczne, gdzie pod każdym względem badamy przewodnictwo nerwowe, również w sposób obrazowania kolorowego. Poznajemy pewne stany napięcia nerwowego i jednocześnie pewne stany napięć emocjonalnych. Jest to sfera wymagająca trochę sztuki, a jednocześnie trącająca o coś, co było do tej pory niedostępne.

(fot. Karol Makurat | Zawsze Pomorze)

Może pan zajrzeć do mojej głowy, by sprawdzić, czy jestem smutna czy wesoła? Albo zła lub pełna nadziei?
Gdyby włączyło się aplikację badającą i odwzorowującą liczbę szalonej ilości pośrednich stanów emocjonalnych, to można by było dużo znaleźć. Trzeba oczywiście znać badaną osobę i wiele innych czynników pozamedycznych. Myślę, że jesteśmy już w przededniu takiego odkrycia, chociaż jeszcze nie wiem, jaki element aplikacji trzeba by było podłączyć.

Wasze badania pozwalają już na przewidzenie, co nam może grozić?
Oczywiście, że tak. Ponadto im dalej się sięga i głębiej zagląda, tym skala wątpliwości jest większa. Skala naszej wyobraźni połączonej z wyobraźnią utworzoną badaniami zaczyna się mocno poszerzać. Kiedyś rozpoznawaliśmy białaczkę i było to rozpoznanie główne. Natomiast dziś rozróżnia się kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt typów białaczek. Każdy z tych typów może być schorzeniem, które trzeba inaczej leczyć. Równocześnie poszerzeniu uległy sposoby leczenia. To nie tylko radioterapia, ale i celowana chemioterapia, która potrafi niekiedy w pełni wyleczyć chorobę. Im głębiej się zagląda, tym rzecz staje się bardziej skomplikowana. Do tego dochodzą możliwości genetyczne, które udowadniają, że możemy sięgać jeszcze dalej. Dziś podajemy jeden lek - określony gen do tej pory nieuleczalnie chorym dzieciom i eliminujemy chorobę.

Z nadzieją patrzy pan w przyszłość?
Z nadzieją i z obawą. Im dalej jesteśmy od obecnego punktu, tym bardziej stajemy się wyprani z naturalnej cechy medyka, który powinien rozumieć pacjenta pod każdym względem. Znać jego upodobania, słabe strony, psychologię. Rzecz nie kończy się na diagnozie i leczeniu. I nigdy nie wiadomo, w jakim kierunku pójdzie medycyna.

Kiedy mówi pan o swoim zawodzie, w głosie słychać pasję...
Ludzie dzielą się na optymistów i pesymistów, oczywiście są też stany pośrednie. Trzeba mieć w sobie pozytywnego ducha, pozwalającego patrzeć na świat z nadzieją. Dzięki Bogu go mam, wielokrotnie z tego korzystałem. Brak tego przymiotu może oznaczać niespełnienie wymogu związanego z nauką, poszerzaniem wiedzy, życzliwym patrzeniem na ludzi. Profesor Tadeusz Bilikiewicz powiedział kiedyś, że psychiatrów dzieli się na dwa rodzaje. Pierwszy to lekarz, który patrząc na drugiego człowieka szuka jego wad i mankamentów, występujących w psychice. Drugi typ psychiatry wszystko analizuje i szuka rzeczy pozytywnych. Tych części zdrowia, które jeszcze istnieją. I to on jest idealnym lekarzem. Podobnie jest z lekarzami innych specjalności, a właściwie z każdym człowiekiem, niezależnie od wykonywanego zawodu.

Wesprzyj nas,

aby mieć wybór, alternatywę i dostęp do obiektywnej, wiarygodnej i rzetelnej informacji.
BEZ PROPAGANDY

Zawsze Pomorze Logo

 

ZAPRENUMERUJ E-WYDANIE

Zaprenumeruj

Komentarze