Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama Osiedle Antares Pruszcze Gdański Deweloper Activa

Pandemia depresji i samobójstw. Czy to atak wirusa na ludzki mózg?

Jeszcze kilka lat temu opowieść o okrutnym wirusie, atakującym ośrodkowy układ nerwowy i prowadzącym ludzkość do fali depresji i samobójstw, byłaby gotowym scenariuszem horroru w kinie klasy B. Dziś piszemy o kolejnych ludziach, którzy nikną w lesie i nad morzem, by tam odebrać sobie życie. I jest to naprawdę druga pandemia.
Fot. Pixabay

Najgłośniej jest o tych, którzy wychodzą z domów bez telefonów i dokumentów. Komunikaty w prasie, zdjęcia, apele rodzin i współpracowników. Zapewnienia, że wcześniej nic nie wskazywało na możliwość odebrania życia.  Potem krótka, tragiczna wiadomość. Ci, którzy decydują się na śmierć w domach, nie są uwzględniani w aktualnych, policyjnych wiadomościach. Tak samo, jak kolejne osoby przywożone do szpitali z ciężką depresją.

- Niedawno podczas dyżuru przyjmowałem człowieka, skierowanego do szpitala na gdańskim Srebrzysku, który pół roku temu przeszedł covid - mówi dr Leszek Trojanowski, lekarz psychiatra. - Ciężka depresja z myślami i zamiarami samobójczymi. Człowiek kompletnie się do niczego nie nadawał. Mówił, że nie jest w stanie ruszyć ani ręką, ani nogą. I że jedyne, o czym myśli, to o samobójstwie. I zamiast opiekować się swoją matką, ponad dziewięćdziesięcioletnią, musi iść do szpitala. Bo inaczej po prostu zginie.

Lekarz dodaje, że takich przypadków jest bardzo dużo, także u młodzieży, która się zgłasza o pomoc psychiatryczną. - To między innymi covid stał się jedną z przyczyn stanów depresyjnych u dzieci - twierdzi psychiatra.

Dookoła same trupy

Pan Edward, 75-letni mieszkaniec Gdańska, ma kłopoty ze snem. Boi się sam przebywać w pokoju. Musi nadal korzystać z tlenu. Kiedy zachorował na Covid-19 w grudniu ub. roku, w gdańskich szpitalach nie było wolnych miejsc. Trafił najpierw do szpitala w Kartuzach, a potem w Miastku. - Wypisałem się na początku stycznia na własne żądanie, nic mi już nie podawano, a dookoła były same trupy - mówi. - Szpital piękny, czysty, personel bardzo dobry, ale ludzie umierali przy mnie. A to straszna śmierć. Człowiekowi pracuje mózg, a przez pół godziny dusi się. Tak, jak mój sąsiad, który najpierw buntował się przeciw wizytom księdza, a w ostatniej chwili wołał siostrę, by przyszła, a na końcu krzyczał "Boże pomóż mi, bo umieram".

Żałuje, że wcześniej posłuchał kardiologa, który powiedział mu, że skoro ma rozrusznik, to nie powinien się szczepić.Gdyby mógł to zmienić... A tak dalej widzi w nocy biegające pielęgniarki, lekarzy, przesuwające się przed oczami twarze zmarłych, wyjeżdżające z pokoju łóżka z nieboszczykami. Dręczą noce nieprzespane. Cały czas dostaje leki na uspokojenie.

- Wspiera mnie rodzina, powoli dochodzę do siebie - twierdzi. - Ale to we mnie pozostało. Schudłem trzynaście kilo.

Bliscy, zaniepokojeni stanem psychicznym pana Edwarda, próbowali zamówić domową wizytę psychiatry. Obdzwonili przychodnie, poradnie, szpital. Wszędzie usłyszeli odmowę. Z jednym wyjątkiem. - Znalazłem prywatną firmę, oferującą takie wizyty - mówi syn pana Edwarda. - Za 600 złotych.  

Tylko w ub. roku na Pomorzu zanotowano 294 próby samobójcze i 16 samobójstw u  osób do 18 roku życia. Informacje dotyczące dorosłych kończą się na 2020 roku.

Dr n.med. Maciej Dziurkowski, lekarz psychiatra, ordynator w Szpitalu dla Nerwowo i Psychicznie Chorych Kocborowo w Starogardzie Gdańskim przyznaje, że załatwienie wizyty lekarza psychiatry w domu może być bardzo trudne, jeśli nie niemożliwe. Powodem jest brak psychiatrów i nadmiar chorych.

- Na przestrzeni ostatniego roku widać wyraźny wzrost liczby pacjentów, zmagających się z depresją na różnym etapie i o różnym nasileniu, niekoniecznie z myślami czy po próbie samobójczej - potwierdza. -  Powszechność stanów depresyjnych w społeczeństwie stała się znaczna. Często jest to depresja o niewielkim nasileniu, natomiast ze znacznym potencjałem stanów lękowych, z bezsennością. Depresja to nie tylko obniżony nastrój, ale także szereg objawów, które my, psychiatrzy i psychologowie musimy wyłuskać z wywiadu od pacjenta oraz z obserwacji klinicznej.

Na diagnozę depresji oprócz obniżonego nastroju składają się  przede wszystkim apatia, problemy z koncentracją, pamięcią, brak zainteresowania wcześniejszymi pasjami, trudności w organizacji życia codziennego, wzmożona drażliwość, niepokój. Oraz wspomniane wcześniej problemy ze snem, które mają charakter wybudzania się o godzinie drugiej, trzeciej, czwartej z przeświadczeniem, że coś złego może się wydarzyć,  a także występowanie koszmarnych snów. Takie stany odbijają się nie tylko na osobie, która się z tym zmaga, ale także na całym jej otoczeniu, przede wszystkim na najbliższych oraz w miejscu pracy.

Czy w ogóle ktoś to liczy?

Policja ostatnio opublikowała informację o dramatycznym wzroście prób samobójczych u dzieci. Tylko w ub. roku na Pomorzu zanotowano 294 próby samobójcze i 16 samobójstw u  osób do 18 roku życia. Informacje dotyczące dorosłych kończą się na 2020 roku. Jednak z materiałów, zebranych przez Franciszka Małeckiego Trzaskosia z Instytutu Badań i Analiz Działalności Jednostek Samorządu Terytorialnego wynika, że zjawisko to jest widoczne także u dorosłych. W 2021 r. do Centrum Powiadamiania Ratunkowego na Pomorzu trafiło ponad tysiąc więcej, niż przed dwoma laty, wezwań do prób samobójczych. Z danych NFZ wynika, że w porównaniu z 2020 r. w 2021 r. prawie  trzykrotnie wzrosła (do 91 584) liczba pacjentów z naszego województwa korzystających z leków przeciwdpresyjnych.

Czy to tylko skutek izolacji, związanej z pandemią? Rozpadu relacji międzyludzkich? Przewlekłego stresu, związanego z przejściem ciężkiej choroby? A może także - co potwierdzają kolejne badania naukowe - bezpośredniego wpływu wirusa na czynności ośrodkowego układu nerwowego?

Wprawdzie koronawirus SARS-CoV-2  przede wszystkim atakuje układ oddechowy, jednak może także przenikać do ośrodkowego układu nerwowego (OUN) pacjenta. Z publikacji naukowych (m.in. zaprezentowanych na ubiegłorocznym Kongresie Europejskiej Akademii Neurologii)  wynika, że już po wyjściu ze szpitala jedna trzecia pacjentów skarży się na stany depresyjne. Nie bez znaczenia jest fakt, iż u części chorych dochodzi w mózgu do uszkodzenia komórek nerwowych i włókien nerwowych. Badania obrazowe pokazują pocovidowy mózg, który ma dziurki jak sito. Objawy zaburzeń psychicznych występuję od miesiąca do pół roku po wyleczeniu choroby i mogą utrzymywać się nawet dwa lata.

Policzmy - od marca 2020 roku wirus SARS-CoV-2 zaatakował ponad 5 milionów Polaków. U ilu z nich przejście Covid-19 miało wpływ na zdrowie psychiczne? W jakim stopniu? I czy w ogóle ktoś to liczy?

- Dziś jest za wcześnie, by ocenić skutki covidu - uważa dr Dziurkowski. - Myślę, że przyjdzie na to czas na przestrzeni najbliższych lat, kiedy otrzymamy pełne dane statystyczne jak ta choroba przebiegała i jakie były jej późne powikłania. Natomiast w naszych praktykach psychiatrycznych rzeczywiście wraz z postępowaniem pandemii, jak i u osób, które już przechorowały covid, widzimy ten znaczący wzrost tendencji depresyjnych, czy wręcz momentami samobójczych. Podobne zjawisko mogłem zaobserwować wraz z narastającymi falami covidu jako lekarz szpitala - czy też jako lekarz oddziału, czy lekarz dyżurny izby przyjęć. Na dziś obserwujemy wręcz pełne obłożenie szpitali psychiatrycznych, co w przeszłości zdarzało się rzadko, a teraz w sytuacji pandemicznej jest po prostu normą.

Skutki na lata

Moi rozmówcy przyznają, że skutki przejścia Covid-19 mogą wystąpić u pacjentów z rozpoznanymi jeszcze przed pandemią zaburzeniami psychicznymi, ale także uderzają w ludzi niezależnie od wykształcenia, stanu majątkowego, wcześniejszych sukcesów zawodowych czy odczucia szczęścia rodzinnego. Również w tych, którzy powinni nas leczyć.

- Te same zjawiska obserwuję u personelu medycznego - twierdzi dr Maciej Dziurkowski. - Stan fizyczny i psychiczny lekarzy i pielęgniarek uległ znacznemu pogorszeniu. Często osoby, które przeszły covid nie wracają do pracy przez długie miesiące, a niektórzy wręcz z tej pracy szybko wypadają. To już nie jest ta sama siła fizyczna i psychiczna. Pojawiają się także objawy neurologiczne.

Szczegóły? Wiadomo jedynie, że ostatnim czasie zginęli (wcześniej poszukiwani): znany sopocki onkolog, którego ciało wyłowiono w pobliżu Kłajpedy i ratownik medyczny z gdańskiego pogotowia ratunkowego. O pielęgniarkach Anna Czarnecka, przewodnicząca Okręgowej Izby Pielęgniarek i Położnych w Gdańsku  mówi krótko: - Personel jest załamany. Przeciążony pracą od dwóch lat dwa, niepewnością jutra, długą izolacją, pozostawieniem samym sobie.

Niektóre pielęgniarki nie chcą już wrócić do zawodu. Powikłania pocovidowe sprawiają, że duszność nie pozwala im przejść z pokoju do łazienki. A to też wpływa na psychikę.

- Jeszcze bardziej przeraża informacja o możliwych neurogennych przyczynach depresji - mówi Anna Czarnecka.- Pojawia się pytanie - czy można z tego wyjść?

Stan fizyczny i psychiczny lekarzy i pielęgniarek uległ znacznemu pogorszeniu. Często osoby, które przeszły covid nie wracają do pracy przez długie miesiące, a niektórzy wręcz z tej pracy szybko wypadają.

Dr Maciej Dziurkowski / ordynator w Szpitalu dla Nerwowo i Psychicznie Chorych Kocborowo

Na stronach OIPiP w Gdańsku pojawiła się ankieta na temat problematyki zachowań samobójczych. Prawdopodobnie od maja br. zostaną zorganizowane dla pielęgniarek warsztaty online radzenia sobie z depresją jako wynikiem pocovidowym.

Nie ma na razie danych statystycznych dotyczących prób samobójczych lekarzy. -  Byłby to ciekawy temat do badań, ale obecnie nikt nie ma czasu na ankiety - uważa dr Dziurkowski. - Na razie karetki czekają na podjazdach. Jeśli, jak chciałby pan minister zdrowia skończy się pandemia koronawirusa ( w co wątpię, patrząc na przyrosty chorych w szpitalach, gdzie dwie trzecie stanowią osoby zakażone), to skutki covid będziemy obserwować jeśli nie miesiącami, to latami. Myślę, że środki i siły w służbie zdrowia w obecnej sytuacji powinny być szczególnie przekierowane na psychiatrię, zwłaszcza na psychiatrię osób młodych, których ta pandemia w bardzo mocny sposób dotknęła.

A co teraz?

Zanim jednak pacjent, którego mózg został zaatakowany przez wirusa, trafi do psychologa, psychiatry lub psychoterapeuty (i jeśli trafi, przy obecnym obciążeniu poradni i szpitali) może być za późno. O ile jeszcze powikłania pocovidowe w przypadku płuc czy serca wykrywane bywają rutynowo podczas badań w przychodni, to już depresja, apatia, przewlekłe zmęczenie mogą umknąć lekarzom poz.

Może więc u pacjentów, którzy przeszli zakażenie, obok rutynowych badań ekg czy prześwietleń rentgenowskich wprowadzić podczas wizyt w przychodniach obowiązkowe wypełnianie krótkich ankiet, pozwalających na określenie skali depresji?

- Testy są sprawdzoną metodą diagnozowania, używaną zwłaszcza przez psychologów - potwierdza dr Jerzy Karpiński, pomorski lekarz wojewódzki. - Jednak przy obecnym obciążeniu przychodni trudno jest wyobrazić sobie  obarczanie lekarzy poz dodatkową pracą. Jestem ponadto przekonany, że doświadczeni lekarze podstawowej opieki zdrowotnej  i tak są w stanie postawić diagnozę po rozmowie z pacjentem. Równocześnie uważam, że o wiele więcej trzeba mówić o wpływie wirusa SARS-CoV-2 na kwestię zdrowia psychicznego.  Świadomość, ze przyczyna depresji  może leżeć w przejściu choroby i przyczynach biologicznych, ułatwia zrozumienie obecnej sytuacji i ułatwia decyzję o podjęciu leczenia

Jedyna nadzieja w tym, że  stany depresyjne i depresyjno-lękowe są leczone.- Mamy kilkadziesiąt leków przeciwdepresyjnych, pozostaje kwestia prawidłowej diagnozy i trafienia z lekiem - mówi dr Dziurkowski. -Ważne jest też wsparcie psychoterapeutyczne i wsparcie osób najbliższych. Wczesne wykrycie objawów ma szczególne znaczenie u osób młodych.Zwłaszcza teraz, gdy dzieci i młodzież są uwięzione w domach, a ich cały świat jest światem wirtualnym.


Podziel się
Oceń

Napisz komentarz
Komentarze
ReklamaOsiedle Antares Pruszcze Gdański Deweloper Activa