Reklama Pomorze i podróże

70 lat razem. Niezwykła historia miłości Haliny i Ryszarda z Gdyni

Halina i Ryszard Jaroccy z Gdyni poznali się na studiach farmaceutycznych 71 lat temu. Zawsze uchodzili za wzór małżeństwa.
70 lat razem. Niezwykła historia miłości Haliny i Ryszarda z Gdyni
Wesele odbyło się w mieszkaniu rodziców Haliny w Pelplinie. Przed młodą parą ślubny bukiet, w którym widać gałązki białego bzu

Autor: archiwum prywatne

Ona - Pomorzanka z Czerska, rocznik 1932. On – repatriant z Wilna, który po wojnie osiedlił się w Gdyni, rocznik 1928. Wojna… Gdyby nie zmiana granic, być może nigdy by się nie spotkali. Nie siedzieliby dzisiaj przy stoliku mieszkania z widokiem na Gdynię. Nie świętowaliby 70 rocznicy ślubu. Nie byłoby szczęśliwych małżeństw ich dwójki dzieci, Doroty i Jarosława, ani piątki wnucząt, o trójce prawnucząt nie wspomnę. Nie byłoby całej tej szczęśliwej rodziny, dla której są wzorem.

Poniedziałek, 26 grudnia 1955 r. Ślubu młodym małżonkom, Halinie i Ryszardowi Jarockim w pelplińskim kościółku udzielał ksiądz Bernard Sychta (fot. archiwum prywatne)

Jak ważny zatem jest dzień, gdy spojrzeli sobie w oczy po raz pierwszy. Dzień, gdy wszystko się zaczęło. Pamiętają go dobrze. Był rok 1954. Studiowali farmację na gdańskiej Akademii Medycznej. On - rok wyżej. Z fotografii spogląda świetny chłopak z błyskiem w oku, nosi oficerki po ojcu, który walczył u Andersa. Takie nosiło wtedy wielu z jego pokolenia.

- Na uczelnię szliśmy oficerskim krokiem – wspomina, niezmiennie wpatrzony w żonę, Ryszard Jarocki.

***

Gdy Halinę zobaczył po raz pierwszy, zakochuje się natychmiast. Ledwo usiądą naprzeciw siebie w gabinecie dziekana uczelni, który wezwał tych dwoje, starostów roku, by zdecydowali, jak sprawiedliwie rozdzielić studenckie stypendia. Sprawa nie była łatwa, u Ryszarda - 130 osób, niewiele mniej u dziewczyny.

- Był stanowczy i walczył o swoich jak lew – wspomina Halina Jarocka. - A i ja nie chciałam odpuścić! Więc pod stołem kopnęłam go w nogę. Ale się zdziwił! Chyba jednak mu zaimponowałam swoją odwagą, bo jeszcze tego samego dnia zaprosił mnie na kawę. Od razu zastrzegłam: Każdy płaci za siebie.

 Nie ma już tamtej kawiarni. „Maleńka” stała przy Grunwaldzkiej w Gdańsku. Schodziło się po schodkach, obok była kwiaciarnia i punkt sprzedaży biletów. Wpadali tu wykładowcy AMG, a i studenci, których stać było tylko na kawę lub herbatę.

 - Ależ to była piękna dziewczyna! - uśmiecha się Ryszard na wspomnienie pierwszego spotkania.

 - Dużo było pięknych dziewczyn na farmacji – wzrusza ramionami Halina. - Cała Politechnika biegała, by właśnie u nas szukać żony. Mój przyszły mąż nie biegał, a przychodził, na moje zajęcia z formacji stosowanej, pomagał rozwiązywać zadania, odprowadzał też do domu, wciąż było go pełno, wciąż był blisko…

Rodzina spotyka się co roku w drugi dzień Bożego Narodzenia, by uczcić rocznicę ślubu. Przy stole zasiadają bardzo dorosłe już dzieci - Dorota i Jarek z małżonkami... (fot. archiwum prywatne)

***

Oświadczyny? Nie było żadnego padania na kolana, Ryszard zapewnia, że od początku po prostu było wiadomo, że będą razem. Że zostaną mężem i żoną. To, uważa, było charakterystyczne dla tamtego pokolenia. Wtedy wszyscy szukali bliskości. Każdy pragnął domu, rodziny. Każdy marzył o miłości.

 Najpierw był ślub cywilny. Ryszard właśnie skończył studia i jako jeden z najlepszych absolwentów dostał nakaz pracy do Warszawy. Nie chciał jechać, był zakochany. Wiedział, że rozłąka zniszczy wszystko. Halina nie mogła mu towarzyszyć, przed nią był jeszcze rok studiów. Zawarcie związku małżeńskiego okazało się świetnym pretekstem, by prosić o możliwość pozostania na Wybrzeżu. Zostają. W drugi dzień świąt Bożego Narodzenia 1955 roku staną przed ołtarzem. Ślubu udzieli im, w małym kościółku w Pelplinie, ks. Bernard Sychta. 
W ślubnej wiązance są gałązki białego bzu.

***

O własnym gniazdku mogą tylko pomarzyć. Po ślubie on mieszka z rodzicami w Gdyni, ona - w sublokatorskim mieszkaniu na Skotnickiej w Gdańsku, gospodarze jednak zgadzają się, by zamieszkali razem. Halina kończy studia będąc w ciąży. Wkrótce na świat przychodzi Dorota. Jak mówi Ryszard, narodziny córki to moment, gdy zaczęło się spełnianie małżeństwa.

***

Mijają lata, toczy się ich zwykłe niezwykłe życie. Stają się ważną częścią historii pomorskiej farmacji, prowadzą apteki, uczą studentów, działają w Polskim Towarzystwie Farmaceutycznym.

Dużo pracują, ale zawsze mają czas, dla dzieci - które dziś oddają im ten czas z nawiązką, dla przyjaciół. Dla siebie.

Prowadzą ciepły, otwarty dom. Dom, który czeka na człowieka. Halina to jego serce. Troszczy się, gotuje, obdarowuje ciepłem. Ryszard jest wygadany, szarmancki, dowcipny. To para, która jest duszą towarzystwa.

Podróżują, brylują na parkietach, zgrani, podziwiani, w środowisku zawsze przedstawiani są jako wzór małżeństwa.

Do zdjęcia z Dziadkami ustawiają się też wnuki. W tym roku obiecują sobie, że wszyscy razem, łącznie z najmłodszymi – Iwem, Stefanią i Henrykiem – staną do fotografii (fot. archiwum prywatne)

***

- Miłość.. - zastanawia się Ryszard. - Zawsze trzymałem się zasad. Kiedy braliśmy ślub, po prostu wiedziałem, że przysięgamy sobie na śmierć i życie, i że zawsze będziemy razem. Rozbite małżeństwo to rozbite życie, byłem o tym przekonany. Wspólnie troszczyliśmy się o siebie nawzajem, o naszą rodzinę, ta troska niejako warunkowała nasze życie. Lubiliśmy być razem. Tak jest do dziś.

 - Miłość… - zastanawia się Halina. - To wartości. To umiejętność przebaczania, łagodność, tolerancja… Jesteśmy szczęśliwi, że nasze dzieci udało nam się wychować na ludzi, którzy wiedzą, co jest dobre, a co złe. Byliśmy w sobie zakochani i sobie wierni. Codzienne życie przynosiło kłopoty, ale wspólnie dawaliśmy sobie z nimi radę. Wiele niepokoju wprowadziły w nasze życie problemy zdrowotne męża, ale razem pokonaliśmy je. Pomogła nam w tym wszystkim wiara, świadomość, że biorąc ślub w tym małym pelplińskim kościele przysięgaliśmy trwać w naszym małżeństwie, wspierać się… Nigdy nie czuliśmy się samotni. Mieliśmy siebie.

 - Nie ma idealnych małżeństw, ale najważniejsze to chcieć z sobą być – kwituje Ryszard. - Czasem mieliśmy różne zdania, ale ideały zawsze wspólne. Ja zawsze byłem przekonany, że my jesteśmy małżeństwem nie do rozbicia!

***

Nie ma już tamtej kawiarni, gdzie postanowili, że zawsze będą razem. Kawiarni nie ma, ale oni wciąż tam są, zapewniam. Świetny chłopak w oficerkach po ojcu, który walczył u Andersa i ta piękna dziewczyna, w której zakochał się natychmiast. W dniu 70. rocznicy ślubu, 26 grudnia, jak co roku, wręczy jej bukiet białego bzu. Biały bez zimą? Zawsze udaje mu się go zdobyć.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama
ReklamaPomorze i podróże