Reklama Pomorze i podróże

Bunt w Czarnem 1989. Czuliśmy, że nadchodzą ciemne chmury, ale nikt nie spodziewał się takiej burzy

Ta historia nawet po latach mrozi krew w żyłach. Nic dziwnego, że stała się kanwą serialu. „Bunt” z Borysem Szycem i Filipem Pławiakiem, inspirowany jednym z największym i najtragiczniejszych buntów więźniów w powojennej Europie
Bunt w Czarnem 1989. Czuliśmy, że nadchodzą ciemne chmury, ale nikt nie spodziewał się takiej burzy

Autor: Netflix

To kolejny, po „Wielkiej wodzie” i „Heweliuszu”, serial Netfliksa inspirowany prawdziwymi wydarzeniami. Akcja „Buntu” rozgrywa się w grudniu 1989 roku w Zakładzie Karnym w Czarnem. To tam, w czasie politycznego przełomu, więźniowie przejęli na trzy dni kontrolę nad więzieniem. 

Brutalna opowieść o granicy lojalności i przemocy

Bezpośrednim impulsem tych tragicznych, więziennych zamieszek była uchwalona przez Sejm amnestia, która – wbrew oczekiwaniom osadzonych – nie objęła recydywistów. W zakładzie przebywało wówczas około 1500 więźniów, w tym wielu skazanych na długoletnie wyroki. Po ogłoszeniu ustawy, więźniowie w Czarnem wpadli w furię. Niszczyli i podpalali pawilony, atakowali funkcjonariuszy, a po wycofaniu się strażników, opanowali teren zakładu karnego. Na szczęście ich próby sforsowania murów i głównej bramy zakończyły się niepowodzeniem. 

Skutki buntu były dramatyczne: ofiary śmiertelne, dziesiątki rannych, masowe transporty do innych zakładów i zniszczenia tak rozległe, że więzienie wymagało wieloletniej odbudowy. 

Serialowy „Bunt” to nie tylko wspomnienie o tamtych rozruchach więziennych, ale to także brutalna opowieść o granicy lojalności i przemocy. W głównych rolach występują: Borys Szyc jako Nowak – strażnik więzienny rozdarty między obowiązkiem, a dawną przeszłością oraz Filip Pławiak jako Tomek – były osadzony, który musi stanąć twarzą w twarz ze swoimi demonami. Obaj znajdują się po przeciwnych stronach krat, jednak bunt zmusza ich do współpracy. W momencie, gdy sytuacja wymyka się spod kontroli, a osadzeni przejmują władzę w więzieniu, bohaterowie próbują zapobiec masakrze.

Za reżyserię odpowiadają: Mateusz Rakowicz („Najmro”, „Radical”) i Marek Lechki („Erratum”, „Król życia”). Serial pojawi się na platformie Netflix jeszcze w tym roku. 

Gorąca jesień 1989

A my wracamy do prawdziwych wydarzeń w Czarnem w tamtym czasie. 

Waldemar Kowalski, mjr Służby Więziennej w stanie spoczynku, wspomina, że amnestia była tylko detonatorem tych buntów, ale napięcie wśród więźniów tliło się od miesięcy. Przed 1989 rokiem bywały różne protesty osadzonych. Ale wrzenie narastało w roku transformacji.

Tylko od czerwca do grudnia 1989 roku, zanotowano 99 zbiorowych wystąpień więźniów w polskich jednostkach penitencjarnych, na około 157 wówczas istniejących. Do wielkich, zbiorowych buntów osadzonych doszło nie tylko w Czarnem, ale także m.in. w Goleniowie i Nowogardzie.

– Postulaty były niemal wszędzie te same – przypomina Waldemar Kowalski. I wylicza: – Poprawa warunków socjalno-bytowych, warunków pracy i opieki medycznej, zmiany regulaminu wykonywania kary pozbawienia wolności, Kodeksu Karnego Wykonawczego. Najbardziej aktywni byli recydywiści, którzy domagali się zmniejszenia surowości wyroków i ewentualnej amnestii.

Bardzo ważnym postulatem było zniesienie ośrodków przystosowania społecznego – czyli miejsc, do których recydywiści obligatoryjnie trafiali na dwa do pięciu lat, po odbyciu kary. Te ośrodki powstały w latach 60. i dopiero w roku 1990, po tych więziennych zawieruchach i buntach, zostały zniesione.

Narastała agresja, zarówno wśród osadzonych jak i funkcjonariuszy. Podział na „my” i „oni” stawał się coraz bardziej wyraźny. 

– Ciekawostką może być to, że dopiero w latach 90. przyszedł nakaz, żeby do więźniów zwracać się per pan, a nie traktować ich bezosobowo, jak to wcześniej robiono – mówi mjr Kowalski.

Współczujący parlamentarzyści

Jego zdaniem, do tej więziennej zawieruchy w grudniu 1989 roku przyłożyła się też sama władza, ówcześni posłowie i senatorowie, a także działacze NSZZ Solidarność, którzy pochylali się nad warunkami, w jakich żyli skazani. Można było ich zrozumieć, bo wielu z nich spędziło lata w zakładach karnych, jako polityczni więźniowie albo internowani w stanie wojennym. Włączyli się więc w prace na ustawą, dotyczącą więźniów, popierając to środowisko.

– To prowadziło czasami do farsy – opowiada dalej Waldemar Kowalski. I podaje przykład: 18 listopada 1989, podczas pracy nad ustawą o amnestii, czterech skazanych – dwóch z Goleniowa i dwóch z Nowogardu, ubranych w odzież cywilną, pojechało wraz z funkcjonariuszami służbową Nyską do Warszawy na spotkanie z senatorami. Po drodze zatrzymali się na obiad. Do obiadu była też wódka. Więźniowie upili się. Zażądali, żeby ich zawieść do znajomych. Na brak zgody funkcjonariuszy, zareagowali demolką samochodu. Zanim spotkali się z senatorami, musieli najpierw trafić do aresztu na Mokotowie i tam wytrzeźwieć.

– Lekceważono też sygnały płynące do Ministerstwa Sprawiedliwości o tym, że wrzenie w zakładach narasta. Służba Więzienna była odsunięta od negocjacji nad ustawą, przyjęła więc pasywną postawę. Błędem była też akceptacja dla komitetów protestacyjnych w zakładach karnych, które otrzymywały zbyt wiele uprawnień i coraz bardziej rozzuchwalały się. Autorytet użby Więziennej upadał w oczach osadzonych. Rosła siła recydywy i tzw. grypsery, która rządziła w więzieniach. A potem przyszła ta iskra, która wywołała wielkie zamieszki, czyli upublicznienie informacji o amnestii 7 grudnia 1989 roku. Amnestia nie objęła recydywistów w takim zakresie, w jakim ci chcieli – puentuje Waldemar Kowalski.

Atmosfera gęstniała z godziny na godzinę

Franciszek Tarasewicz, były dyrektor zakładu karnego w Czarnem, podczas buntu w 1989 roku jako młody podporucznik działu gospodarczego, zajmował się sprawami żywnościowymi w tym więzieniu.

– Wszyscy przed buntem czuliśmy, że nadchodzą ciemne chmury. Ale nikt nie spodziewał się takiej burzy – zaczyna wspomnienie. – 7 grudnia osadzeni w celach słuchali przy radioodbiornikach transmisji z Sejmu, dotyczącej głosowania nad ustawą o amnestii. Wcześniej wprost zapowiadali, że jeśli wynik głosowania nie będzie dla nich korzystny, to oni tę „wylęgarnię gruźlicy” spalą. Tak nazywali zakład karny w Czarnem, ponieważ był tu jedyny w Polsce oddział szpitalny dla chorych na gruźlicę.

Atmosfera w więzieniu tego dnia gęstniała z godziny na godzinę. Podczas głosowania w Sejmie przyszło polecenie, żeby funkcjonariusze, którzy pracują na terenie ścisłym zakładu, opuścili swoje miejsca pracy i przenieśli się do budynku administracji, który miał być bezpiecznym schronieniem. Na oddziałach wystawiono podwójne służby.

Franciszek Tarasewicz dobrze pamięta moment, kiedy po godz. 17, w radiu i telewizyjnym Teleexpresie podano, że wynik głosowania jest niekorzystny dla recydywistów.

Pięć minut ciszy i furia

– Najpierw w więzieniu zapanowała totalna cisza. Aż brzęczała w uszach. I nagle, po pięciu minutach, jak na umówione hasło, rozległ się wielki brzdęk tłuczonego szkła niemal we wszystkich oknach cel. Więźniowie tłukli tym, co mieli pod ręką: łyżkami, drążkami od szczotek…

Niektórym osadzonym udało się wyrwać kaloryfery ze ścian, mimo iż były specjalnie zabezpieczone. W związku z tym, że na miesiąc przed buntem, ze względu na coraz bardziej napiętą atmosferę, nie robiono im przeszukań w celach, zdołali przemycić jakieś rurki, hantle do ćwiczeń itd, którymi sobie pomagali. W jednym pawilonie kilku skazanych, tymi wyrwanymi kaloryferami wyważyło drzwi swoich cel. To wystarczyło, żeby wyjść na korytarz i przy pomocy wytrychów zacząć wypuszczać innych osadzonych.

(fot. Netflix)

– Zrobiło się groźnie. Grupa szturmowa próbowała ich powstrzymać. Napór skazanych był jednak tak duży, że funkcjonariusze musieli się wycofać – mówi pan Franciszek.

Niedługo główna ulica między pawilonami, którą nazywali potocznie Marszałkowską, zaroiła się od ciemnych uniformów skazanych. Były ich tłumy. Zaczęli się organizować, rozbestwieni tym, że siły więzienne wcześniej nie dały im rady. Powołali swój „sztab dowodzenia” i umiejscowili go na terenie szpitala. Włamali się do apteki, dostali do lekarstw i spirytusu. Po drodze były zakłady naprawcze więzienia, w których zaopatrzyli się w łopaty, kilofy i młotki. Zaczęli biegać od pawilonu do pawilonu, nabuzowani tym, że wydostali się z cel.

„Gady walą ostrymi”

Ale grupa przywódcza skazanych miała jeden cel: dostać się na oddzielony bramą i murem teren administracji ponieważ obok był magazyn z bronią. Gdyby dostali się do broni, doszłoby pewnie do totalnej jatki. 

Kiedy buntownicy podeszli pod bramę i zaczęli wspinać się na mur, służba więzienna użyła armatek wodnych. Strumień wody zrzucał atakujących z muru. Podczas tej obrony służby więzienne oddawały też strzały ostrzegawcze z ostrej broni, strzelając w mur. To miał być sygnał dla osadzonych, że żartów nie ma. Wóz albo przewóz. 

– Słyszeliśmy wtedy ich krzyki: „Gady walą ostrymi”… – wspomina Franciszek Tarasewicz.

Ten atak udało się zatrzymać.

Po wycofaniu się, więźniowie próbowali przebić się dwoma, pobocznych bramami. Ale tam też stali funkcjonariusze. I dla ostrzeżenia poszła w ruch ostra amunicja. Przy tych rykoszetach nastąpiły śmiertelne trafienia. Sześciu więźniów zginęło.

Nieżywych przynosili pod bramę na drzwiach od cel, krzycząc z daleka „niesiem trupa”. Było też wielu rannych, których potem odwożono do okolicznych szpitali.

Największą robotę zrobił śmigłowiec

Jak wspomina pan Franciszek, po tej pierwszej, niezwykle trudnej nocy zaczęły przyjeżdżać do Czarnego posiłki, w tym wojsko, by wesprzeć więziennych funkcjonariuszy. Ściągnięto też dodatkowych milicjantów, antyterrorystów, spychacz i helikopter. Teren został otoczony.

Trzeciego dnia buntu nastąpił atak sił porządkowych. Zaatakowano od strony głównej bramy i bram pobocznych. Pierwsi ruszyli antyterroryści. Skazani przygotowali się jednak do szturmu. Zbudowali pięć barykad, z których każda miała wysokość kilku metrów. Były łóżka, szafy, wszystko to, co mieli pod ręką. Kiedy antyterroryści ruszyli, więźniowie podpalili te barykady. Dopiero kiedy spychacz rozepchnął je na boki, antyterroryści mogli dalej przejść.

Więźniowie przenieśli się więc na dachy pawilonów, na których wznieśli mini-fortece, gdzie czekali, uzbrojeni m.in. w pałki i kije. 

Wówczas do akcji ruszył milicyjny helikopter, który latając nisko nad dachami, wywoływał podmuchy zrzucając nie tylko części „umocowań”, ale samych skazanych. I to on zrobił największą robotę. 

Po oczyszczeniu dachu większość więźniów spędzono na boisko, a część na teren spacerniaków. Po przeszukaniu każdego z nich i sprawdzeniu, czy nie mają przy sobie niebezpiecznych narzędzi, upchnięto ich do czterech pawilonów, które uchowały się podczas buntu. Skazani byli ściśnięci jak śledzie w puszcze. I to przez kilka nocy, dopóki nie rozwieziono ich do innych zakładów. Ale bunt został spacyfikowany.

Samo więzienie przedstawiało straszny widok. Z wielu pomieszczeń zostały niemal same zgliszcza. 

– Odbudowa tego zakładu karnego trwała wiele lat – podsumowuje Franciszek Tarasewicz.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama
ReklamaPomorze i podróże